Poseł Prawa i Sprawiedliwości Adam Abramowicz obiecuje: wkrótce Polacy zaczną zarabiać na rękę nawet 30% więcej niż obecnie. Szkoda tylko, że to niemożliwe do realizacji mrzonki.

Pomysły posła Abramowicza nie powinny być czytelnikom Bezprawnika obce. Raptem parę miesięcy temu, gdy niektórzy wierzyli jeszcze w rządowe obietnice wdrożenia jednolitego podatku dochodowego, Adam Abramowicz był twarzą rewolucji podatkowej w iście kopernikańskim stylu.

PiS z rewolucją podatkową, jakiej nie powstydziłby się Balcerowicz, a może nawet Korwin. Szanse realizacji…

Od tego czasu trochę wody w Wiśle upłynęło, a drzew wycięto, a obiecywanej rewolucji podatkowej nie ma – jest za to jej zapowiedź, choć w nieco innym wymiarze. Poseł Abramowicz obiecuje bowiem błyskawiczny wzrost zarobków Polaków. Nawet 30% więcej mamy zarabiać dzięki zmniejszeniu tzw. pozapłacowych kosztów zatrudnienia. Jak tłumaczy poseł:

My proponujemy obniżenie tych kosztów do 25-30 proc. Różnica zostanie w kieszeni pracownika […], koszty dla pracodawcy pozostaną na takim samym poziomie jak obecnie […]. To będą podwyżki dość znaczące. Ktoś, kto zarabia dziś na rękę np. 3 tys. zł po zmianach otrzymałby 3 tys. 750 zł. Taki system byłby dużo prostszy niż obecny, bowiem dziś pracodawcy płacą składki z ośmiu różnych tytułów, składają trzy przelewy do ZUS i przelew do urzędu skarbowego. Tu zasada byłaby prosta – firma płaciłaby jeden podatek w wysokości 25 proc. od całego funduszu płac, co wiązałoby się z wykonaniem obowiązków podatkowych za pracowników wobec państwa.

Prostsze podatki = niższe podatki i wyższa pensja?

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że takie rozwiązanie jest sensowne. W końcu kto by nie chciał płacić niższych podatków, na podstawie prostszych reguł? Nasuwają się jednak dwie, zasadnicze wątpliwości.

Po pierwsze: skąd pewność, że obniżka podatków w 100% zostanie przekazana pracownikom? Oczywiście, można sobie wyobrazić zapis ustawy, który by do tego zobowiązywał pracodawców, ale doświadczenie uczy, że taki zapis jest de facto martwy. Pokazało to wdrożenie podatku bankowego, który również miał zostać sfinansowany przez palących cygara bankowców, a koniec końców zapłacili za niego klienci, płacąc więcej za usługi bankowe. To pierwsza wątpliwość.

Po drugie: kto za to wszystko zapłaci? Skoro podatki będą niższe, to i niższe będą wpływy do budżetu państwa. Poseł Abramowicz szacuje powstałą w ten sposób lukę na 30 miliardów złotych. Sfinansowane to miałoby zostać przez… podatek obrotowy w miejsce podatku CIT. Takie rozwiązanie, niewątpliwie rewolucyjne, mogłoby jednak mocno uderzyć w polskie firmy. Podatek obrotowy w miejsce dochodowego oznacza bowiem, że każdy etap obrotu (np. producent – hurtownia – sklep) podlegałby opodatkowaniu. Jeśli takich szczebelków jest mało – nie jest to duży problem. Jeśli firma zajmuje się produkcją skomplikowanych urządzeń, składających się z wielu elementów, do tego produkowanych w kraju, a nie sprowadzanych z zagranicy – koszty drastycznie rosną.

Czy to się bilansuje? Odpowiedź poznamy już niebawem – projekt ustawy ma być przedstawiony na dniach. Znamienne jest jednak, że projektu tego nie firmuje rząd (zwłaszcza minister Mateusz Morawiecki), ale szeregowy poseł. A to oznacza, że na rzeczywistą, skokową podwyżkę pensji nie ma co liczyć.