Polskie kluby koncertowo zmarnowały piękny prezent jaki przygotował im Michael Platini swoją reformą i do Ligi Mistrzów nie zakwalifikowały się w ostatnich latach ani razu. Raz nawet wyjątkowo nie przegrały na murawie, ale najbardziej prestiżowe rozgrywki i tak przekroczyły możliwości organizacyjne Legionistów. Szkoda, bo łatwiej już chyba nie będzie. 

Pamiętacie czasy, gdy o Ligę Mistrzów Wisła Kraków musiała grać z FC Barceloną lub Realem Madryt? Tak to własnie wyglądało, nim Michael Platini za sprawą swojej reformy ułatwił „klubom trzeciego świata” awans do rozgrywek poprzez możliwość mierzenia się ze sobą w gronie tych nieco gorszych drużyn. I tak oto w dużej mierze dzięki tej reformie Legia Warszawa odwiedzi dziś irlandzki Dundalk i jeśli stołeczny klub nie wyjdzie na tarczy z tej konfrontacji, to przynajmniej będziemy mieli jasność – ktoś rzucił klątwę na polską piłkę klubową.

Szkoda tylko, że nawet jeśli uda się po blisko dwóch dekadach przerwy awansować do elitarnego turnieju, prawdopodobnie polskie kluby nie zagoszczą tam na dłużej. Wszystko za sprawą reformy rozgrywek, za którą bardzo mocno lobbują największe kluby piłkarskie świata. Wiadomo – to dzięki nim Liga Mistrzów jest tak dochodowym marketingowo przedsięwzięciem i nie do końca marzą o tym, żeby dzielić się pomniejszymi drużynami z zaplecza wielkiej piłki.

Reforma Ligi Mistrzów 2018/19

Należy zaznaczyć, że planowana reforma Ligi Mistrzów wciąż jeszcze nie wyszła poza fazę jedynie szeroko dyskutowanych koncepcji, choć warto zaznaczyć, że sprzyjają jej prezesi najbardziej wpływowych drużyn w światowej piłce. Wydaje się mało prawdopodobne, by zaakceptowane zostały wszystkie z postulatów, ale zapewne rokowania pomiędzy UEFA a uczestnikami przyniosą jakieś daleko idące kompromisy.

UEFA musi się obawiać klubów z najwyższej półki, ponieważ już dawno temu zdały sobie sprawę z tego, że europejska federacja nie jest im w zasadzie do niczego potrzebne. Od ponad dekady we własnym zakresie rozmawiają nawet o stworzeniu własnych rozgrywek dla światowej elity.

Reforma Ligi Mistrzów miałaby zacząć obowiązywać od sezonu 2018/19 a jej okres „testowy” potrwałby do sezonu 2020/21. Cztery najlepsze ligi mają otrzymać zagwarantowane czwarte miejsca w rozgrywkach, bez konieczności męczenia się w eliminacjach. Oczywiście jest w tym pewna logika, na przykład z punktu widzenia Włochów, którzy zwykle rozpoczynają przygotowania do nowego sezonu pod koniec lipca, a czasem trzeba już wtedy grać pierwsze mecze na peryferiach Europy.

Plan minimum reformatorów

Proponowany postulat to tak naprawdę „plan minimum” reformatorów. Wielkie kluby w ogóle nie chciały mierzyć się z potęgami pokroju BATE Borysow, Dinamo Zagrzeb czy Legii Warszawa. Rozważano między innymi – poprzez powołanie tzw. Superligi – zmniejszenie realnej Ligi Mistrzów do 16 drużyn, a także wariant wprowadzający dziką kartę dla najbardziej utytułowanych drużyn z danej ligi. Zespoły grałyby ze sobą… ligę, na kształt rozgrywek krajowych w dwóch grupach po 8 drużyn.

Co więcej – wyobraźmy sobie, że z Serie A do rozgrywek Ligi Mistrzów kwalifikuje się Inter, Juventus i Napoli, ale AC Milan zajmuje 10 miejsce w lidze. Jedna z propozycji zakładała wysłanie Milanu do LM pomimo ich dyspozycji sportowej, ze względu na zasługi w przeszłości.

Legia w Lidze Mistrzów – warszawski sen

Jako zadeklarowany kibic Interu Mediolan (od 1998 roku) patrzę na tę dyskusję (bo nadal nie są to żadne konkrety) z perspektywy miłośnika podupadłego klubu, jednak z wielką historią. Inter prawdopodobnie byłby jednym z beneficjentów takiego rozwiązania, jednak mimo to… nie jestem do końca do niego przekonany. Pomimo zastrzyku gotówkowego płynącego z rozgrywek Ligi Mistrzów, należy mieć na uwadze, że są to rozgrywki sportowe. Zaprzeczeniem sportu byłoby wystawianie zespołów wyłącznie za zasługi.

Z drugiej strony reforma Platiniego… działa umiarkowanie sprawnie. Z jednej strony zwiększa szanse na sukces dla klubów takich jak Legia, w skali mikro, ale kiedy spojrzymy na regularnie występujące w Lidze Mistrzów Dinamo Zagrzeb, ciężko odnieść wrażenie, iż klub ten choć trochę dogonił nawet średniaków zachodniej piłki. Czy ktoś dziś przeniósłby się z Fiorentiny do Dinama? Wątpię. A przecież drużyna niemal regularnie gra z elitą, niemal regularnie dostaje tam solidne lanie, prawie co sezon udaje im się też sprzedać jakiegoś zawodnika za poważne miliony.

Czasem mam wrażenie, że więcej szkody, niż pożytku, w kwestii rozwoju futbolu sprawia finansowe fair play. Wyobraźmy sobie abstrakcyjny scenariusz, że Legia pozyskuje nagle bogatego chińskiego inwestora. Warszawa jest wielkim miastem w skali Europy, ma wielu kibiców, to dobry grunt pod budowanie poważnej piłki. Ale skoro nie udało jej się zbudować uczciwymi, sportowymi metodami nawet w Zagrzebiu, to trudno będzie nawet na „polski Zenit” czy „polski Szachtar” w Warszawie.