Referendum konstytucyjnego nie będzie, Senat bezceremonialnie wyrzucił wniosek prezydenta do kosza. Oto powody

Państwo dołącz do dyskusji (79) 26.07.2018
Referendum konstytucyjnego nie będzie, Senat bezceremonialnie wyrzucił wniosek prezydenta do kosza. Oto powody

Udostępnij

Rafał Chabasiński

Miało być referendum konstytucyjne na stulecie odzyskania przez Polskę niepodległości. Prezydent bardzo zabiegał o jego przeprowadzenie. Zaprezentowane nawet zostały pytania. Prawo i Sprawiedliwość od początku miała do prezydenckiego pomysłu stosunek co najmniej ambiwalentny. Teraz, zdominowany przez partię rządzącą, Senat wyrzucił go do kosza. 

Referendum konstytucyjne na stulecie niepodległości – czy to w ogóle mogło się udać?

Na pierwszy rzut oka, pomysł zapytania Polaków, co sądzą o obowiązującej ustawie zasadniczej, miał rację bytu. Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej została uchwalona w 1997 r., a więc już przeszło dwadzieścia lat temu. Okoliczności były wówczas szczególne. Klasa polityczna jeszcze do końca nie otrząsnęła się po prezydenturze Lecha Wałęsy, czemu zresztą zawdzięczamy dość problematyczne rozwiązania ustrojowe. Przede wszystkim w kwestii władzy wykonawczej – relacji pomiędzy prezydentem a rządem. Brak precyzji zapisów Konstytucji co rusz skutkowały też różnymi kłopotami, wliczając w to chociażby obecny spór o sądownictwo między partią rządzącą a opozycją.

Prezydent Andrzej Duda od samego początku swojej kadencji forsował projekt referendum konstytucyjnego, a także wprost sugerował konieczność stworzenia nowej konstytucji. Powoływał się przy tym chociażby na tradycje Konstytucji 3 Maja, która to również miała po dwudziestu pięciu latach być poddawana rewizji na specjalnie zwołanym sejmie. Nie bez powodu złożenie w Senacie wniosku o przeprowadzenie referendum prezydent ogłosił właśnie 3 maja tego roku. Planowana data, w której miałoby się ono odbyć, również była symboliczna – 10 i 11 listopada. Referendum konstytucyjne na stulecie niepodległości. Andrzej Duda wywodzi się wprost z obozu politycznego, który w Senacie ma absolutną większość. Co więc poszło nie tak?

Kontrowersyjne pytania  z pewnością nie pomogły referendum

Po zapowiedzi złożenia wniosku opinia publiczna mogła się zapoznać z zaproponowanymi przez prezydenta pytaniami referendalnymi. Część pytań była dość oczywista – chociażby samo pytanie o to, czy w ogóle wyborcy chcą zmiany konstytucji. Niektóre były naprawdę niezłym pomysłem. Mam tu na myśli uregulowanie na poziomie konstytucyjnym kwestii członkostwa Polski w Unii Europejskiej oraz relacji pomiędzy prawem unijnym a prawem krajowym, ot żeby nie było co do tego w przyszłości żadnych niedomówień czy wątpliwości.

Większość pytań dotyczyła jednak głównie, co tu dużo mówić, podstawowych założeń programowych Prawa i Sprawiedliwości. Było więc pytanie o 500+, było o odwołaniu do chrześcijaństwa w preambule, było o szczególnej ochronie polskiego rolnictwa, czy o wzmocnieniu pozycji rodziny. Pewnym ukłonem w stronę środowisk zrzeszonych w ruchu Kukiz’15 było pytanie o wprowadzenie obligatoryjnego referendum po złożeniu miliona ważnych podpisów. Ich lista jednak stopniowo ewoluowała.

Z początku pytań miało być 15, ostatecznie stanęło na 10. Część zniknęła, pojawiły się nowe. Na przykład właśnie o preferowany przez Polaków model władzy wykonawczej. Nie jest tajemnicą, że Andrzej Duda jest zwolennikiem systemu prezydenckiego. Obowiązuje on chociażby we Francji. Wśród prominentów Prawa i Sprawiedliwości jednak większym uznaniem cieszy się system kanclerski, stosowany w Niemczech. W tym drugim przypadku rola głowy państwa, wybieranej najczęściej przez parlament, zostaje sprowadzona do funkcji czysto reprezentacyjnych a całość realnej władzy przejmuje szef rządu. Warto zauważyć, że politycy partii rządzącej w medialnych wypowiedziach nieszczególnie palili się do chwalenia prezydenckiej inicjatywy. Obowiązującą narracją stało się to, że przecież głowa państwa jest suwerenna w realizowaniu swoich uprawnień. Obóz „Dobrej Zmiany” oczywiście przyjrzy się konkretnej propozycji, nie mówi nie…

Partia rządząca nigdy nie pałała entuzjazmem wobec prezydenckiego pomysłu

24 lipca pojawiły się pierwsze konkretne zapowiedzi, że referendum może się nie odbyć. Senacka komisja ustawodawcza „nie zarekomendowała wyrażenie zgody na referendum”. Czytaj: w ładniejszych słowach ujęła to, że w istocie zaleca Senatowi, by wniosek prezydenta odrzucił. Następnego dnia izba wyższa parlamentu dokładnie tak zrobiła. Senacki klub Prawa i Sprawiedliwości już po zakończeniu prac w komisji zapowiadał, że żadnej dyscypliny partyjnej nie wprowadzi. Za przeprowadzeniem referendum zagłosowało tylko dziesięciu senatorów. Ci partii rządzącej w zdecydowanej większości się wstrzymali. W tym przypadku wymagana była większość bezwzględna.

Rzecznik Prawa i Sprawiedliwości, Beata Mazurek, przekonywała po głosowaniu, że partia rządząca jest pełna szacunku do prezydenta i zawsze pozostaje w gotowości do rozmowy z nim. Niemniej, stwierdziła również, że przeważyło myślenie techniczne. Zdaniem Państwowej Komisji Wyborczej, wybrany przez prezydenta termin referendum mógł utrudnić, bądź wręcz uniemożliwić, jego przeprowadzenie. Warto zauważyć, że były swego czasu pomysły, żeby połączyć przeprowadzenie prezydenckiego referendum z wyborami samorządowymi. PiS jednak stał twardo na stanowisku, że wybory w święto, do tego okrągłą rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości, to ostatnie czego im do szczęścia potrzeba. Trzeba przyznać, że jest to argument całkiem trafny. Można się spodziewać, że Polacy, już i tak niespecjalnie zainteresowany referendami, będą woleli po prostu pozostać w domach.

Referendum konstytucyjne a gry w obozie „Dobrej Zmiany”

Dlaczego Prawo i Sprawiedliwość od początku starało się zdystansować od prezydenckiego projektu, będącego skądinąd oczkiem w głowie Andrzeja Dudy? Możliwości wydają się w zasadzie dwie. Pierwsza z nich to koncepcja odwetu. Nie jest tajemnicą, że prezydent w ostatnim czasie parę razy pomieszał obozowi „Dobrej Zmiany” szyki. Wszyscy pamiętamy prezydenckie weta na początku batalii o panowanie nad sądami i trybunałami. Później mieliśmy do czynienia ze skierowaniem do Trybunału Konstytucyjnego kłopotliwej ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej. Na końcu zaś Andrzej Duda zawetował ustawę degradacyjną, mającą spore znaczenie symboliczne zjednoczonej prawicy. Politycy Prawa i Sprawiedliwości nie byli zbytnio zachwyceni postawą prezydenta, najdelikatniej mówiąc. Mieliśmy już zresztą w najnowszej historii „szorstką męską przyjaźń” między prezydentem a premierem i zarazem przywódcą partii rządzącej. Tyle, że wtedy chodziło o Aleksandra Kwaśniewskiego i Leszka Millera.

Druga możliwość jest dość zaskakująca. Wynika z niej, że senatorowie Prawa i Sprawiedliwości zwyczajnie.. uratowali prezydenta przed kompromitacją. Nie jest tajemnicą, że zainteresowanie prezydenckim referendum jest w społeczeństwie raczej niewielkie. Deklaruje je raptem około 40% i jest to wynik porównywalny, jeśli nie gorszy, z tym zorganizowanym przez Bronisława Komorowskiego na półmetku wyborów. Nie ulega wątpliwości, że spektakularne fiasko referendum byłoby w przyszłości świetną bronią przeciwko Andrzejowi Dudzie, gdyby przyszło do walki o reelekcję z jakimś poważnym kandydatem, w rodzaju na przykład Donalda Tuska. Co więcej, klęska obozu „Dobrej Zmiany” w tak błahej sprawie mogłaby też dać opozycji odrobinę wiatru w żagle. Czy PiS zrobiłby to w trosce o samego prezydenta? Mało prawdopodobne. Wyborcza.pl opublikowała słowa domniemanego informatora pośród polityków PiS, który wprost stwierdził, że “Szkody dla naszego obozu z referendalnej klapy będą większe niż miesiąc dąsów prezydenta”.

Prezydenckie „dąsanie się” i wzajemne zależności między głową państwa a jego politycznym zapleczem

Czy Andrzej Duda będzie się teraz „dąsał” na swoje polityczne zaplecze? Być może relacje między jedną a drugą stroną popsują się jeszcze bardziej. Niemniej, nie ulega wątpliwości, że prezydent potrzebuje zaplecza partyjnego, jeśli chce myśleć o reelekcji. Prawu i Sprawiedliwości niezbędny jest jednak popularny prezydent, który będzie miał przewagę nad Donaldem Tuskiem w następnych wyborach. Nie jest tajemnicą, że Tusk niedawno próbował „wyzwać wyborczy pojedynek” Jarosława Kaczyńskiego dlatego, że ma praktycznie pewność, że go wygra. W przeciwieństwie do bardziej prawdopodobnego starcia z urzędującą głową państwa. Dostrzegł to również PiS. Partia rządząca zaczęła w końcu otwarcie mówić, że ich kandydatem w następnych wyborach prezydenckich będzie właśnie Andrzej Duda.

Czy odrzucenie przez Senat prezydenckiego wniosku o przeprowadzenie referendum będzie miało jakieś inne, bardziej istotne skutki? Niespecjalnie. Oczywiście, budżet państwa zaoszczędzi trochę pieniędzy, które musiałyby zostać przeznaczone na jego organizację. To jednak właściwie wszystko. Nawet gdyby referendum zostało przeprowadzone a frekwencja odbiegałaby od wartości, które możemy uznać za „śmiesznie niskie”, to i tak nie byłoby ono wiążące. O ile powstać mógłby konkretny projekt nowej konstytucji, o tyle w obecnych realiach politycznych, przy ogromnej polaryzacji społeczeństwa, szanse na uzyskanie większości 2/3 w parlamencie są praktycznie zerowe.

Czy przeprowadzanie jakiegokolwiek referendum w Polsce ma jeszcze jakiś sens?

Kolejne tego typu zamieszenie, co smuci, jest kolejnym ciosem w samą instytucję referendum. Można się spodziewać, że politycy – często już mylący się co do tego, kto tak naprawdę jest w Polsce suwerenem a kto jedynie reprezentantem – jeszcze rzadziej będą po nią sięgać. Z drugiej strony patrząc, Polska nie jest Szwajcarią, ani nawet Rzeczpospolitą Obojga Narodów. Tutaj, jeśli władza organizuje referendum, to wyłącznie po to, żeby je wygrać. W każdym razie, właśnie ta konsekwencja senackiego głosowania spowodowała bardzo emocjonalną reakcją Pawła Kukiza. Przedstawicielom klasy politycznej, bo chyba nie tylko senatorom jako takim, oberwało się między innymi od „bydlaków” i „gnojów pod krawatami”. Czy słusznie?