Dlaczego nazwanie „złodziejką” i „osobą z plebsu” nie było zniesławieniem? Bo sądy nie są tak głupie jak artykuł 212

Zbrodnia i kara dołącz do dyskusji (55) 13.10.2017
Dlaczego nazwanie „złodziejką” i „osobą z plebsu” nie było zniesławieniem? Bo sądy nie są tak głupie jak artykuł 212

Udostępnij

Marcin Maj

Sprawy sądowe o zniesławienie często dotyczą przypadków, w których oskarżony pisał prawdę, tylko niepotrzebnie dodał do tej prawdy słowa takie jak „złodziej”. Czy obraźliwe słowa wyrwane z kontekstu są wystarczające, aby sprowadzić karę na autora krytyki? 

W przeszłości wielokrotnie pisałem o tym, że w normalnym demokratycznym kraju nie powinno być karania za zniesławienie. Jeśli ktoś czuje się urażony słowami innej osoby, powinien wnieść przeciwko tej osobie pozew cywilny. Niestety w Polsce ciągle funkcjonuje artykuł 212 kodeksu karnego, który pozwala uruchomić postępowanie karne przeciwko komuś, kto powiedział zbyt dużo. To jest relikt komunizmu, którego żadna władza nie chce się pozbyć.

Wysoki sądzie! Bo oni mnie obrazili!

Samo uruchomienie postępowania z art. 212 jest dość łatwe i tanie. Niestety to sprawia, że ludzie mają trochę błędne wyobrażenie o tym jak przepisy działają w praktyce. Osoby krytykowane np. w internecie uruchamiają postępowanie z art. 212 sądząc, że sąd przeczyta wyrwane z kontekstu „soczyste” wypowiedzi i wlepi komuś grzywnę. To na szczęście tak nie działa, czego dobrym przykładem jest wyrok Sądu Okręgowego Warszawa-Praga z 13 września 2017 roku (sygn. akt. VI Ka 261/17).

Sprawa wyglądała następująco. Pewna kobieta (nazwijmy ją „Panią E.R.”) prowadziła firmę, która zatrudniała ludzi do robót budowlanych na rzecz zagranicznego kontrahenta. Dwóch panów zatrudniło się w tej firmie i pojechało do pracy. Na miejscu okazało się, że nie ma co robić bo kontrahent zbankrutował. Właścicielka firmy chciała odesłać pracowników na inną budowę, ale oni woleli wrócić do kraju i zerwać współpracę. Pani E.R. zwolniła ich dyscyplinarnie, co naturalnie trochę ich rozgniewało.

Panowie wystąpili do sądu przeciwko Pani E.R. Mniej więcej w tym samym czasie zrobiły to inne osoby. W firmie Pani E.R. przeprowadzono kontrolę, która zakończyła się nałożeniem grzywny za pewne naruszenia. Firma zaczęła zmieniać właścicieli, ale ciągle świadczyła podobne usługi.

Byli pracownicy zaczęli ostrzegać w sieci przed współpracą z Panią E.R.  To się kobiecie nie spodobało i postanowiła ona skorzystać z przepisów o zniesławieniu. W ramach dowodów zgromadziła „zniesławiające” wpisy, choć do części z nich oskarżeni się nie przyznali. Te wpisy, które niewątpliwie były ich autorstwa, zawierały w dużej mierze fakty o działaniu firmy Pani E.R, a pomiędzy faktami zdarzały się słowa pisane pod wpływem emocji.

Krytykowali działalność, nie osobę

Pani E.R. najwyraźniej sądziła, że te mniej grzeczne fragmenty wystarczą by obu Panów ukarać. Sprawa trafiła najpierw do Sądu Rejonowego w Nowym Dworze Mazowieckim, a ten uznał, że wpisy nie naruszały prawa, nawet jeśli oskarżona była nazywana „złodziejką”. Niestety postępowania prowadzone przeciwko firmie E.R. potwierdziły, że nie wszystko było po jej stronie w porządku. Jeśli zaś oskarżeni ostrzegali przed jej firmą na portalach poświęconych pracy to można wierzyć, że ich celem było ostrzeżenie innych ludzi a nie zniesławienie pracodawcy. W uzasadnieniu Sąd Rejonowy napisał.

Podnieść trzeba, że niewątpliwie wpisy na portalu dotyczyły osoby prywatnej, ale nie koncentrowały się na samej osobie oskarżycielki prywatnej, lecz na jej postępowaniu, sposobie prowadzenia działalności gospodarczej, wywiązywaniu się z roszczeń względem pracowników.

„Szambo” to nawet nie pomówienie

To powinien być koniec sprawy, ale E.R. postanowiła złożyć apelację. Sprawa trafiła do Sądu Okręgowego Warszawa-Praga, gdzie jej pełnomocnik podniósł następujący argument. We wpisach oskarżonych padły stwierdzenia, że…

…oskarżycielka robi przekręty i lewe interesy, że straszyła Z. M. i namawiała do jego pobicia, że jest złodziejką, osobą z plebsu, błędziarą, a jej działalność to szambo.

Sąd Okręgowy uznał, że to nie było pomówienie. Dlaczego?

Po pierwsze trzeba odróżnić pomówienie od zniesławienia. Pomówienie to mówienie o kimś nieprawdy, natomiast znieważanie to obrażanie kogoś słowami wulgarnymi. Skoro ta sprawa dotyczyła pomówienia (pod takim zarzutem oskarżeni zostali postawieni przed sądem), to słowa o „szambie” nie miały żadnego znaczenia.

Sąd Okręgowy również uznał,  że oskarżeni mieli prawo krytykować byłego pracodawcę. Mieli prawo ostrzegać innych. Niewątpliwie mieli żal do oskarżycielki, ale kierowali się interesem społecznym.

Moim osobistym zdaniem szczególnie istotny jest jeden fragment uzasadnienia wyroku.

Można dyskutować, czy język formułowanych wypowiedzi nie był zbyt dosadny, ale zauważyć należy, w jakich okolicznościach był używany. Wpisy miały niewątpliwie charakter emocjonalny, ale zdaniem Sądu były adekwatne do powszechnie przyjętej na tych forach konwencji. Warto przypomnieć, że ten styl przerysowanych wypowiedzi i ocen nie był obcy również i samej oskarżycielce prywatnej, która na rozprawie sądowej (k 167) użyła pod adresem oskarżonych zwrotu „okradli mnie”, choć materiał dowodowy nie pozwolił ustalić, by zostali oni prawomocnie skazani za jakąkolwiek formę kradzieży. Jak widać wyrywanie z kontekstu poszczególnych wypowiedzi, z pominięciem całości i dość luźnej konwencji dyskusji prowadzi do wypaczenia intencji i wadliwej oceny, iż doszło do spełnienia przesłanek, w których powinno interweniować prawo karne.

Specjalnie pogrubiłem to jedno zdanie. Regularnie śledzę różne sprawy dotyczące zniesławienia (sprawy karne) lub dóbr osobistych (sprawy cywilne). Standardową praktyką pełnomocników osób urażonych jest wyrywanie wypowiedzi z kontekstu i przedstawianie w akcie oskarżenia tych wyrwanych wycinków w taki sposób, jakby stanowiły one wyłączne lub najważniejsze treści.

Ten wyrok pięknie pokazuje, że „łapanie za słówka” to trochę za mało, aby ukarać kogoś za zniesławienie. Szczególnie, jeśli osoba urażona sama była na bakier z prawem.

Uniewinnienia nie bronią artykułu 212

Jest mnóstwo spraw o zniesławienie, które kończą się uniewinnieniem. To nie oznacza, że artykuł 212 można tolerować („bo przecież osoba niewinna się obroni”). Sprawy z artykułu 212 są prowadzone za pieniądze podatników. Siły organów ścigania są angażowane w załatwianie prywatnych spraw osób, które poczuły się urażone. Pomyślcie, że opisana wyżej sprawa też wymagała „inwestowania” publicznych pieniędzy. Ten problem można rozwiązać instytucją „ślepego pozwu”, której w polskim prawie nie ma.

Politycy broniący artykułu 212 często mówią, że jego zaletą są mniejsze koszty postępowania po stronie osoby urażonej. Tylko czy te koszty powinny być zaniżane? Jeśli ktoś uważa, że jego dobra osobiste zostały naruszone, powinien mieć na tyle silne podstawy tego przekonania, aby nie bać się bardziej kosztownej sprawy cywilnej. Obniżanie kosztów po stronie urażonych zachęca do pieniactwa. Poza tym artykuł 212 jest używany do taniego identyfikowania autorów wpisów niekoniecznie faktycznie pomawiających (tzn. sprawa kończy się umorzeniem, ale policja zdążyła ustalić autora wpisów). To sprawia, że np. burmistrz może łatwo ukarać osobę, która krytykowała go w sieci. W małej społeczności wystarczy poznać autora i nacisnąć w odpowiednie miejsce.