Ostatnie tygodnie pokazują, że ustawa „Prawo o zgromadzeniach” jest zbędna. W końcu nikt jej nie musi już przestrzegać, prawda?

Państwo Prawo dołącz do dyskusji (51) 13.11.2020
Ostatnie tygodnie pokazują, że ustawa „Prawo o zgromadzeniach” jest zbędna. W końcu nikt jej nie musi już przestrzegać, prawda?

Rafał Chabasiński

Teoretycznie wszelkiej maści marsze i demonstracje powinny odbywać się w zgodzie z przepisami ustawy „Prawo o zgromadzeniach”. W praktyce mamy stan epidemii a demonstracje może organizować każdy, kiedy i jak mu się podoba. Dotyczy to nie tylko tegorocznego Marszu Niepodległości, ale również protestów Strajku Kobiet.

Prawo o zgromadzeniach już chyba nie obowiązuje – wygląda na to, że każdy może demonstrować w trakcie pandemii do woli

W ostatnich tygodniach przez Polskę przetoczyły się manifestacje aborcyjne przeciwko wyrokowi Trybunału Konstytucyjnego oraz polityki partii rządzącej. 11 listopada byliśmy wszyscy świadkiem zamieszek w trakcie tegorocznego Marszu Niepodległości. Obydwa wydarzenia mają ze sobą wspólnego coś więcej, niż tylko zatrzymanych przez policję pseudokibiców-zadymiarzy.

Teoretycznie zarówno Marsz Niepodległości jak i protesty w ramach Strajku Kobiet nie powinny się w ogóle odbyć. W grę wchodzi tutaj nie tyle może ustawa „Prawo o zgromadzeniach” co przepisy wprowadzone w ramach walki z epidemią koronawirusa. Obecnie zgromadzenia powyżej 5 osób są nielegalne. A jednak tysiące osób regularnie wychodzi na ulicę.

Czyżby zarówno organizatorzy protestów przeciwko zakazowi aborcji embriopatologicznej jak i narodowcy znaleźli lukę prawną, która za dotknięciem magicznej różdżki legalizuje demonstracje? Nic z tych rzeczy.

Marsz Niepodległości to, zgodnie z ustawą „Prawo o zgromadzeniach”, zgromadzenie cykliczne

W przypadku Marszu Niepodległości cała procedura wyglądała wręcz modelowo. Coroczny przemarsz przez Warszawę 11 listopada jest zgłoszony jako zgromadzenie cykliczne. Postępowanie w takich przypadkach reguluje rozdział 3a ustawy „Prawo o zgromadzeniach”.

Sens całej instytucji jest bardzo prosty: chodzi o to, by organizatorzy nie musieli co rusz spełniać tych samych formalności, skoro wiadomo że ich zgromadzenie będzie miało miejsce regularnie. Nie oznacza to jednak, że do zgromadzenia organizowanego cyklicznie nie stosuje się kluczowego art. 14 ustawy. Mowa o przypadkach, w których gmina może wydać zakaz zgromadzenia.

Organ gminy, w przypadku Warszawy – prezydent miasta stołecznego – może podjąć taką decyzję nie później niż cztery doby przed planowanym terminem zgromadzenia. Przesłanki są trzy. Powodem do wydania zakazu jest kolizja z innym organizowanym w danym miejscu zgromadzeniem, pierwszeństwo mają te cykliczne. Tak samo jest w przypadku zgromadzeń w natury niezgodnych z prawem – na przykład o niespecjalnie pokojowym charakterze.

Tegoroczny Marsz Niepodległości podpadał jednak pod trzecią przesłankę. Jest nią zagrażaniu życiu lub zdrowiu ludzi. Przyczyna jest oczywista: epidemia koronawirusa. Prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski wydał decyzję o zakazie, podtrzymały ją sądy w obydwu instancjach.

Tyle tylko, że przemarsz i tak się odbył. Organizatorzy przezornie ogłosili w zastępstwie przejazd samochodami przez Warszawę. W rzeczywistości gwoździem programu był zdecydowanie tradycyjny Marsz Niepodległości w formie znanej z lat poprzednich. A także zamieszki.

Pierwsze protesty przeciwko zakazowi aborcji były niewątpliwie zgromadzeniami spontanicznymi

Narodowcy przekonywali w trakcie zawirowań prawnych związanych z zakazem zgromadzenia, że skoro Strajkowi Kobiet wolno zorganizować „spontaniczne zgromadzenie”, to oni zrobią tak samo. Na pierwszy rzut oka brzmi to całkiem logicznie. Warto jednak zastanowić się, jak przepisy ustawy „Prawo o zgromadzeniach” odnoszą się do zgromadzeń spontanicznych. Ich definicję prawną znajdziemy już w art. 3 ust. 2:

Zgromadzeniem spontanicznym jest zgromadzenie, które odbywa się w związku z zaistniałym nagłym i niemożliwym do wcześniejszego przewidzenia wydarzeniem związanym ze sferą publiczną, którego odbycie w innym terminie byłoby niecelowe lub mało istotne z punktu widzenia debaty publicznej

Nie da się zaprzeczyć, że pierwsze protesty przeciwko wyrokowi Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji miały charakter spontaniczny. Odbywały się w związku z wyrokiem, ten ma ścisły związek ze strefą publicznym. Ich odbycie po zakończeniu pandemii sprawiłoby, że z punktu widzenia debaty publicznej nie miałyby już żadnego znaczenia. Teoretycznie nie można także przewidzieć wyroku formalnie niezależnego Trybunału. Praktyka w postaci upolitycznienia tego organu w tym przypadku nie ma znaczenia prawnego.

Warto przy tym zauważyć, że Prawo o zgromadzeniach nie wymaga by zgromadzenia spontaniczne rzeczywiście były organizowane w sposób spontaniczny w słownikowym rozumieniu tego słowa. Tymczasem protesty przerwane natychmiast po upomnieniu przez rządzących stałyby się „niecelowe z punktu widzenia debaty publicznej”. W końcu byłyby sygnałem dla rządzących, że opór społeczeństwa wcale nie jest taki znowu silny.

Wygląda na to, że jeśli ktoś poniesie jakieś konsekwencje po rozróbach na Marszu Niepodległości, to tylko policjanci

Tym niemniej, zgodnie z art. 28 ust. 1 pkt 1) ustawy, zgromadzenie spontaniczne również może być rozwiązane – tym razem przez policję – jeżeli jego przebieg zagraża życiu lub zdrowiu ludzi. Obostrzenia w związku z epidemią koronawirusa cały czas obowiązują. Dlatego mimo wszystko ostatnie działania policji polegające na dążeniu do rozwiązania nowych protestów na samym im początku są całkiem racjonalne.

Po co nam jednak „Prawo o zgromadzeniach”, jeśli w praktyce władze naszego państwa traktują tą ustawę jako nieistniejącą? W najlepszym wypadku: przypominają sobie o jej istnieniu wtedy, kiedy im wygodnie. Znamienna jest ich reakcja właśnie po Marszu Niepodległości. Prawo i Sprawiedliwość stara się kokietować narodowców, uznając sam marsz za „wielką demonstracją patriotyzmu„. Szczególnie chwali planowany przejazd – będący najpewniej głównie fortelem mającym uśpić czujność policji i władz Warszawy.

Kto więc był winny tegorocznych zamieszek? Chuligani, prowokatorzy oraz – jakże by inaczej – opozycja. W tym także Konfederacja podważająca hegemonię rządzących na prawicy. Słowa o „prowokacjach” są tym ciekawsze, że pokrywają się z wersją samych organizatorów. Kto jednak dokonywał tych prowokacji? Zapewne policja.

Prokuratura nie zapewnia o gorliwości w wyjaśnianiu sprawy, nie słyszymy nic o zagrożeniu epidemiologicznym. Ani słowa o pseudokibicach zatrzymywanych i na Marszu Niepodległości i w trakcie Strajku Kobiet. Politycy partii rządzącej kładą nacisk bardziej na incydenty z udziałem funkcjonariuszy. To oni mają być „potraktowani zgodnie z prawem”.

Najwyraźniej prawo obowiązuje jedynie tych, którzy mają obowiązek jego egzekwowania. Tym, którzy je tworzą, brakuje choćby szczątkowej konsekwencji jeśli chodzi o jego stosowanie.