Zdaniem Przemysława Czarnka wolności nauki nie ma. Dlatego chce znieść odpowiedzialność dyscyplinarną wykładowców o takich samych poglądach jak on

Państwo dołącz do dyskusji (84) 16.11.2020
Zdaniem Przemysława Czarnka wolności nauki nie ma. Dlatego chce znieść odpowiedzialność dyscyplinarną wykładowców o takich samych poglądach jak on

Rafał Chabasiński

Zdaniem ministra edukacji i nauki Przemysława Czarnka „wolności nauki nie ma”. Powodem ma być rzekome prześladowanie przedstawicieli myśli chrześcijańskiej, konserwatywnej i narodowej. Dlatego chce im zapewnić wyłączenie spod odpowiedzialności dyscyplinarnej.

Czy polskie środowisko akademickie dyskryminuje prawicę? Minister edukacji i nauki uważa że tak

Minister edukacji i nauki na zjeździe klubów Gazety Polskiej wskazał kilka problemów, jakie dostrzegł w funkcjonowaniu polskiego szkolnictwa wyższego. Sprowadzają się do słów: „Wolności nauki nie ma”. Ściślej mówiąc, jak podaje gazeta.pl, słowa ministra brzmiały następująco:

Podstawowa rzecz, która jest dziś widoczna, to jest wolność nauki – jej nie ma. (…) Kierunek rozwoju zwłaszcza nauk humanistycznych czy społecznych poszedł nie tam, gdzie byśmy sobie życzyli i to musimy zawracać.

Zdaniem ministra, polskie środowisko akademickie traktuje poglądy konserwatywne, chrześcijańskie i narodowe w nierówny sposób. Przemysław Czarnek przekonuje że preferuje ono myśl lewicową czy wręcz „lewacką”.

Jako przykład trudności piętrzących się przed przedstawicielami szeroko rozumianej prawicy podał organizowanie konferencji przez środowiska pro-life czy o tematyce katolickiej albo konserwatywnej. Takie próby kończyć się mają albo piętrzeniem trudności przez uczelnie, albo po prostu odmową.

Przemysław Czarnek zapowiada rozwiązanie kwestii spraw dyscyplinarnych wobec wykładowców za pomocą „pakietu wolnościowego”

Skoro więc „wolności nauki nie ma”, to trzeba ją w jakiś sposób przywrócić. Odpowiedzią miałby być swoisty „pakiet wolnościowy”. W jego skład wejdą już zaprojektowane przepisy mające zwolnić „nauczycieli akademickich o poglądach konserwatywnych, chrześcijańskich, narodowych, z odpowiedzialności dyscyplinarnej, a nawet wyjaśniającej za poglądy”.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że minister edukacji i nauki chce w ten sposób zapewnić szczególny status prawny poglądom bliskim swojemu sercu. Warto jednak wspomnieć o art. 73 Konstytucji. Zgodnie z tym przepisem, „każdemu zapewnia się wolność twórczości artystycznej, badań naukowych oraz ogłaszania ich wyników, wolność nauczania, a także wolność korzystania z dóbr kultury.” Niewątpliwie dotyczy to także naukowców o poglądach prawicowych.

Przepis ten stanowi fundament szkolnictwa wyższego w Polsce. Jego przejawem jest chociażby zasada autonomii uniwersytetów i uczelni. Nasz kraj nie jest też miejscem, w którym poglądy lewicowe są jakoś szczególnie popularne. Zwłaszcza w kwestiach czysto światopoglądowych. Można by wręcz zaryzykować stwierdzenie, że polskie społeczeństwo – w tym także środowisko akademickie – ma ciągotki raczej centroprawicowe.

Skąd więc tak drastyczne stanowisko ministra Czarnka? I jaki związek z wolnością nauczania mają akurat postępowania dyscyplinarne?

Warto postawić sobie pytanie: wolności nauki nie ma, czy może brakuje absolutnie nieskrępowanej wolności słowa?

Nie da się ukryć, że Przemysław Czarnek reprezentuje bardziej radykalne skrzydło polskiej prawicy. Przedstawiciele tego nurtu wśród wykładowców akademickich faktycznie mają tendencje do popadania w kłopoty. Głośnym przykładem takiego postępowania dyscyplinarnego może być przypadek prof. Ewy Budzyńskiej, socjolog związanej wcześniej z Uniwersytetem Śląskim.

Studenci zarzucali jej przede wszystkim prowadzenie zajęć w oparciu o własny, narzucany studentom, światopogląd o charakterze wartościującym. Padały takie zarzuty jak „nietolerancja”, „homofobia” czy akurat dość absurdalne „propagowanie radykalnego katolicyzmu”. Wiele wskazuje jednak na to, że chodziło nie tyle o przekazywaną przez socjolog wiedzę, lecz o pojawiające się na wykładach „luźniejsze” uwagi, czy dygresje.

Profesor odeszła z uczelni w ramach protestu po tym, jak rzecznik dyscypliny wniósł o ukaranie jej karą nagany. Równocześnie wziął ją w obronę instytut Ordo Iuris. Studentom skarżącym się na swojego wykładowcę próbowano postawić zarzut pomówienia. Na Uniwersytet Śląski weszła nawet policja. Prawnicy Ordo Iuris mieli brać udział w przesłuchaniach studentów. Prokuratura ostatecznie zdecydowała o umorzeniu śledztwa.

Wiele wskazuje na to, że to właśnie przypadek prof. Budzyńskiej stanowił bezpośrednią inspirację dla inicjatywy ministra edukacji i nauki.

Ustawowe preferencje dla prawicowych wykładowców i tak ich nie uchronią przed postępowania dyscyplinarnymi

Pytanie w takim razie czy „pakiet wolnościowy” ministra Czarnka może w ogóle przynieść spodziewane przez niego rezultaty? Zwłaszcza w przypadku nauk społecznych. Same poglądy, niezależnie od tego czy są „lewackie” czy „prawackie”, nigdy nie powinny być przedmiotem postępowania dyscyplinarnego na uczelni.

Wyróżnienie jednej strony światopoglądowego sporu za pomocą przepisów prawa z pewnością nie byłoby przejawem równego traktowania. Tymczasem trudno byłoby się doszukiwać dominacji lewicy na polskich uczelniach. Co więcej, postępowania dyscyplinarne tego typu dotyczą nie nauczania „nieprawomyślnych” treści, lecz bardziej formy komunikacji ze studentami poza istotą samego nauczania.

Trudno byłoby bronić tezy że „wolności nauki nie ma”. Nie ma za to nieskrępowanej wolności słowa – rozumianej jako mówienie co komu ślina na język przyniesie bez żadnych konsekwencji. Tego aspektu nie sposób byłoby obejść tworząc jakiś specjalny immunitet dla przedstawicieli opcji światopoglądowej miłej ministrowi edukacji.

Wolności nauki nie ma, bo osoby niemające nic wspólnego z nauką nie mogą promować swoich poglądów na uniwersytetach?

Niestety, wiemy już że minister edukacji i nauki nie jest entuzjastą zasady autonomii i chciałby wyciągać konsekwencje wobec uczelni wspierających jakkolwiek chociażby protestujących przeciwko rządowi studentów. Osobną kwestią jest domniemany sens postulowanych rozwiązań. Warto w końcu zauważyć, że chociażby przedstawiciele pro-life, o których wspominał Przemysław Czarnek, niekoniecznie są członkami społeczności akademickiej.

Trudno w końcu byłoby oczekiwać od uczelni nobilitowania środowisk reprezentowanych przez Kaję Godek czy Roberta Bąkiewicza. W końcu w kolejce czekają chociażby antyszczepionkowcy czy przeciwnicy stawiania masztów 5G. Nie sposób nie zauważyć, że w świecie radykalnej polskiej prawicy te środowiska często się zazębiają. Oczywiście, antynaukowe bzdury wygadywane przez osoby o poglądach lewicowych, czy jakichkolwiek innych, powinny być traktowane w dokładnie taki sam sposób.

„Wolności nauki nie ma”, bo uczelnie wymagają od swoich pracowników zachowania określonych form a osoby niemające nic wspólnego z nauką nie mogą propagować swoich poglądów na uniwersytetach? Może to i lepiej. Minister Czarnek powinien również wziąć pod uwagę, że nie sposób ustawą sprawić, że jakieś poglądy nagle staną się atrakcyjne dla większości społeczeństwa.