Greenpeace bierze pieniądze na ochronę pszczół. A na co je wydaje?

Gorące tematy Społeczeństwo Technologie Zdrowie dołącz do dyskusji (96) 30.10.2018
Greenpeace bierze pieniądze na ochronę pszczół. A na co je wydaje?

Udostępnij

Emilia Wyciślak

Wymieranie pszczół jest faktem – alarmuje Greenpeace i zbiera pieniądze. Bzdury gadają – odpowiada Łukasz Sakowski z „To tylko teoria”. Kto ma w tym wszystkim rację? Czy jesteśmy jako gatunek skazani na zagładę? 

Greenpeace znane jest z tego, że na sercu leży im dobro zwierząt. Jak każda organizacja zajmująca się sozologią, ma jednak swoich przeciwników. Łukasz Sakowski ze strony To Tylko Teoria podzielił się swoimi spostrzeżeniami z portalem donald.pl. Jego zdaniem, pszczoły miodne wcale nie wymierają, ponieważ są hodowane przez ludzi i jest ich coraz więcej. Akcja „Adoptuj pszczołę” ma się tyczyć więc tylko tych zapylaczy, które są gatunkiem zagrożonym. Tak jest w rzeczywistości: jednak trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego… i dokąd idą pieniądze z tej akcji.

Wymieranie pszczół

Na stronie internetowej „Adoptuj pszczołę” znajduje się opis sugerujący, że chodzi głównie o dzikie zapylacze, z których połowa to gatunki zagrożone wyginięciem. Greenpeace buduje im „hotele”, dzięki którym łatwiej jest im przetrwać. Konkurencja na pszczelim rynku pracy jest jednak duża: chodzi głównie o to, że pszczół hodowlanych jest więcej niż dzikich, ponieważ te drugie giną w ramach doboru naturalnego (i nie tylko, ale o tym za chwilę). Pszczoły i trzmiele są bardziej efektywne niż cała reszta, mówią pszczelarze.

Jednak Greenpeace, zdaniem Łukasza Sakowskiego, wprowadza swoich ekofilantropów w błąd. Tworzy Wielki Spis Zapylaczy, który dotyczy przede wszystkim pszczoły miodnej. Na stronie znajduje się nawet Społeczny Monitoring Pszczół, jednak jeśli się mu przyjrzymy, dotyczy całej rodziny pszczołowatych, po prostu najczęściej zauważano owady hodowlane. Według Sakowskiego aktualizacja polega na tym, że dany działacz spostrzega pszczołę, toteż aktualizuje bazę. Skutek jest taki, że najwięcej zauważono ich w Warszawie. Nie wygląda to jak dobra metodologia naukowa, nawet, jeśli nie zgodzimy się z Sakowskim. Jednakże warto zauważyć, że w ramach Społecznego Monitoringu Pszczół otwierano stacje badawcze, w których oceniano wpływ urbanizacji na zapylacze. Jeśli przyjmiemy takie założenie, nagle „wysyp” zgłoszeń w stolicy ma sens.

Część pieniędzy idzie więc na oznaczanie pszczół i trzmieli na mapie. Reszta, zapewne, na hotele dla dzikich zapylaczy i samą organizację. Taka akcja to jednak zdecydowanie za mało, by ocalić te stworzenia, które nie radzą sobie na środowiskowym „wolnym rynku”. W tym roku wpłaty pójdą na Narodową Strategię Ochrony Owadów Zapylających i dalsze badania mające na celu pozyskanie informacji o wymieraniu pszczół.

Odpowiedzmy sobie na parę pytań.

Czy pszczoły wymierają?

Nie ma jednoznacznych badań wskazujących na wymieranie pszczoły miodnej. Giną natomiast jej słabsi kuzyni. Winą obarcza się neonikotynidy (które nie zostały jednak zabronione z obawy o to, że rolnicy zaczną wtedy używać pestycydów dużo gorszych – pisał o tym m.in. Die Zeit), monokulturę rolnictwa (a więc zmniejszoną bioróżnorodność – to jeden z powodów, dla których ginie hawajski gatunek pszczoły Hylaea) oraz fakt, że gatunki hodowlane wypierają te dzikie. Wśród powodów ginięcia zapylaczy znajduje się również warroza (roztocza z gatunku Varroa destructor), telefony komórkowe (istnieje teoria, że zaburzają naturalne pole elektromagnetyczne i utrudniają pszczołom powrót do ula), zanieczyszczenie powietrza (już dawno powinniśmy przerzucić się na elektrownie atomowe) czy stres. Pojawiały się też dziwne zachorowania, wskutek – na przykład – izraelskiego wirusa paraliżu pszczół (jego geneza jest jednak nieznana).

Unia Europejska wydaje miliony euro na badania, mające określić rozmiary spadku populacji zapylaczy. W Polsce ochroną gatunkową objęte zostały między innymi: zadrzechnia fioletowa (xylocopa violacea), zadrzechnia czarnoroga (xylocopa valga), trzmiel parkowy (bombus hypnorum), trzmiel kamienny (bombus lapidarius), trzmiel łąkowy (bombus pratorum) czy trzmiel rudoszary, zwany też leśnym (bombus sylvarum). Liczba hodowlanych rodzin pszczelich wynosiła 1,5 miliona (jedna rodzina to od 60 tysięcy do 100 tysięcy) w roku 2016. Najwięcej hoduje się ich w województwie lubelskim, najmniej – w podlaskim.

Patologicznym zjawiskiem, które dotyka pszczół miodnych, jest efekt masowego ginięcia pszczół, czyli Colony Collapse Disorder. Naukowcy próbują ciągle zbadać te szczególne przypadki – w samym roku 2010 dotknęło ono 34% tych pożytecznych stworzeń w Stanach Zjednoczonych. Żeby doszło do tego zespołu chorobowego, musi wystąpić kilka czynników, ocenia się jednak, że przedstawiciele dotkniętych (i zniszczonych) tą chorobą kolonii posiadali więcej pasożytów i pestycydów w organizmie niż pozostałe pszczoły. Obecnie w Stanach Zjednoczonych, zgodnie z raportem ichniego Departamentu Rolnictwa, stracono 16% kolonii w okresie styczeń-kwiecień 2018 oraz 10% kolonii w okresie kwiecień-grudzień 2018.

Co mówią badania?

Podajmy kilka przykładowych badań.

Jak zauważa doktor Weronika Banaszak-Cibicka z poznańskiego Instytutu Zoologii przy Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza, faunistyka oraz systematyka nie są modnymi dziedzinami w Polsce. Skutkuje to brakami w badaniach entomologicznych, pozwalających na szersze nakreślenie problemu, co w konsekwencji dałoby możliwość zapobiegania mu.

Z raportu IPBES wynika, że populacja samej pszczoły miodnej wzrasta z roku na rok. Zauważają oni jednak, że los człowieka jest nierozerwalnie związany z dobrostanem zapylaczy. Raport jest dość długi, zachęcam jednak do zapoznania się z nim, proponują oni bowiem szereg interesujących rozwiązań w celu zapobieżenia problemowi. IPBES jest jednak krytykowany za to, że w swoich badaniach w ogóle nie bierze pod uwagę czynnika ludzkiego. Sozologów tego rodzaju rzadko interesuje bowiem to, że część rolników może zostać bez pracy – a przynajmniej tak twierdzą ich przeciwnicy.

Przeciwko argumentacji o wymieraniu pszczół staje American Council of Science and Health. Wskazują oni na to, że populacja pszczoły miodnej rośnie, zaś ich wymieranie staje się coraz bardziej marginalne i w ciągu ostatnich kilku lat nie przekroczyło dwudziestu procent. Organizacja ta jest jednak krytykowana za to, że zbytnio faworyzuje technologię i przemysł kosztem środowiska.

Co zrobimy?

Europejski Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności nie śpi – prowadzi szereg akcji edukacyjnych, organizuje sympozja, dba o rzetelne informowanie Parlamentu Europejskiego. Skutki tej edukacji można zauważyć nawet w małych, polskich gminach, gdzie umieszcza się plakaty w rodzaju „Rolniku – dbaj o pszczoły”. Z kolei 20 maja jest przez ONZ ustanowiony Światowym Dniem Pszczoły. Warto zauważyć również, że Adoptuj Pszczołę – a więc Greenpeace – przygotowało zestaw materiałów edukacyjnych dla dzieci i młodzieży. Nauczyciele mogą zrealizować je w szkołach. Pszczołom i pasiekom na pewno nie pomogą kary w rodzaju 2000 złotych za użądlenie.

Jak rozwiązać problem? Pójście w rolnictwo ekologiczne nie jest rozwiązaniem, bo – chociaż nie stosuje ono sztucznych środków ochrony roślin – to jest zdecydowanie bardziej ekstensywne niż to zwykłe, co w konsekwencji niszczy bioróżnorodność i pogłębia monokulturę rolniczą (również szkodliwą dla pszczół). Zmniejszenie emisji CO2 mogłoby pomóc, gdybyśmy zdecydowali się na elektrownie atomowe, ale co do tego wątpliwości ma bardzo wielu ludzi. Niesłusznie. Największą katastrofą była awaria elektrowni wodnej (ekologicznej!) w Banqiao w Chinach, która doprowadziła do bezpośredniej śmierci 26,000 ludzi, zaś długoterminowo życie straciło 145,000 osób wskutek klęski głodu. Zniszczonych zostało prawie sześć milionów domów. Takiego żniwa nie zebrał Czernobyl z Fukushimą razem wziętych. Gdyby „zostały” przy tym tylko pestycydy, problem nie byłby tak znaczący.

Najbardziej przydałoby się nam więcej łąk i paśników bartniczych. Skorzystałyby na tym zarówno pszczoły miodne, jak i te dziko żyjące pszczołowate. Jednak łąki szybko trafiają albo pod zabudowę, albo na użytek rolny. Podsumowując: pszczole miodnej czy trzmielowi wiele nie zagrozi, ale objadają swoich mniejszych i słabszych kuzynów, których nie da się udomowić.