Za co Żydzi nas nie lubią. Odmienne spojrzenia na kwestię „polskich” obozów koncentracyjnych

Gorące tematy Państwo Zagranica dołącz do dyskusji (304) 28.01.2018
Za co Żydzi nas nie lubią. Odmienne spojrzenia na kwestię „polskich” obozów koncentracyjnych

Udostępnij

Rafał Chabasiński

Tego nie spodziewał się chyba nikt. Przy okazji 73 rocznicy wyzwolenia obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau rozpętała się pokaźnych rozmiarów awantura. Ta z kolei przeradza się powoli w kryzys dyplomatyczny. Przedstawicielom Izraela nie podoba się przyjęta przez Sejm ustawa zmieniająca ustawę o Instytucie Pamięci Narodowej. Kością niezgody jest przewidziana przez tą ustawę odpowiedzialność karna za używanie sformułowań takich jak „polskie obozy śmierci.”

Sprawa wydaje się być poważna. Premier Izraela, Benjamin Netanjahu, oczekuje natychmiastowego spotkania ambasador tego kraju z Mateuszem Morawieckim, by móc przekazać swój sprzeciw przeciwko zapisom ustawy. Sama pani ambasador postanowiła zmienić przemówienie, które miała wygłosić w trakcie obchodów rocznicy wyzwolenia Auschwitz, by przedstawić izraelski punkt widzenia na tę sprawę. Otóż, zdaniem chociażby izraelskiego premiera, w ustawie chodzić ma o negowanie polskiego udziału w holocauście. Konsekwencją takiego a nie innego zapisu miałaby być również możliwość karania świadectw ocalałych z Zagłady.

Prawda z pewnego punktu widzenia

Oliwy do ognia dodał Ja’ir Lapid, były minister w rządzie Bejamina Netanjahu, poseł izraelskiego Knesetu i przewodniczący partii „Jest Przyszłość.” Jego zdaniem „setki tysięcy Żydów zostało zamordowanych bez spotkania z niemieckim żołnierzem. Były polskie obozy śmierci i żadne prawo tego nie zmieni”. W trakcie twitterowej polemiki z polską ambasadą dodał również, że jego babcia została zamordowana w Polsce przez Polaków i Niemców. Na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło, że mamy do czynienia ze zwyczajną bzdurą. Nie jest to jednak jakiś odosobniony przypadek postrzegania Polski w ten sposób.

Ja’ir Lapid ma bardzo ciekawy życiorys. Ktoś mógłby próbować się przyczepić do jego niekoniecznie imponującego formalnego wykształcenia – należy jednak pamiętać, że mamy do czynienia nie tylko z wieloletnim politykiem, ale również dziennikarzem, scenarzystą, aktorem, weteranem wojny libańskiej oraz bokserem. Należy założyć, że mamy do czynienia z człowiekiem świadomym, obytym. Takim, po którym można się spodziewać, że faktycznie ma przynajmniej blade pojęcie na temat, o którym się w ten sposób wypowiada. Jego ojciec, Tommy Lapid, pochodził z serbskiego Nowego Sadu, był jednym z ocalonych z getta w Budapeszcie przez szwedzkiego dyplomatę, Raoula Wallenberga.

W przytoczonych fragmentach wypowiedzi Lapida nie należy też doszukiwać się kłamstwa czy ignorancji. W stworzonych przez III Rzeszę obozach koncentracyjnych personel nie składał się wyłącznie z Niemców. Byli wśród nich Ukraińcy, Łotysze, Białorusini czy Litwini. Pełnili oni funkcje pomocnicze, w niektórych obozach mogli nawet przewyższać liczebnie personel niemiecki. Przykładem może być chociażby obóz w Treblince, w którym na 30-40 Niemców przypadało nawet 120 strażników werbujących się ze wschodnioeuropejskich narodów kolaborujących z nazistami. Siłą rzeczy, to ze strażnikami więźniowie spotykali się najczęściej. Warto przy tym zauważyć, że część spośród tych współuczestników niemieckich zbrodni najprawdopodobniej była przed wojną obywatelami II Rzeczypospolitej. Tyle tylko, że nie czyni ich to Polakami. Ciężko spodziewać się, żeby ukraińscy czy litewscy nacjonaliści poczuwali się w jakimkolwiek stopniu do polskości – śmiem twierdzić, że było wręcz przeciwnie.

Polska, okupacja i Holocaust. Bestialstwo, którego zachód nie jest w stanie zrozumieć.

Podstawowym problemem w postrzeganiu Zagłady przez mieszkańców różnych części świata zachodniego są zupełnie inne doświadczenia. Mieszkańcy zachodniej Europy nie doświadczyli całego spektrum potworności, jakie w Polsce i Związku Radzieckim zafundowali naziści. Okupacja niemiecka była nad wyraz brutalna i nierzadko barbarzyńska, jednak niemieckie podejście do Francuzów, Holendrów czy Norwegów bardzo różniło się od tego, jak traktowali Polaków, Rosjan czy Żydów. W przypadku krajów zachodnich ilość ofiar cywilnych – w tym także ofiar zbrodni wojennych – liczy się w tysiącach, dziesiątkach czy setkach tysięcy. Polska oraz ZSRR w wyniku II Wojny Światowej straciły miliony mieszkańców. Liczba około sześciu milionów Żydów zamordowanych przez nazistów jest powszechnie znana. Warto w tym momencie zauważyć, że na zachodzie często to I Wojna Światowa, określana jako „Wielka Wojna”, stanowi ciągle narodową traumę i symbol wszelkich okropieństw wojny – nic dziwnego, wówczas także te państwa poniosły wielomilionowe straty w ludziach.

Kolejną różnicą jest kolaboracja. Na zachodzie była ona zjawiskiem powszechnym. Przykłady można by mnożyć – Francja Vichy, Vidkun Quisling, przeróżne ochotnicze oddziały waffen-SS. Kolaborowano również na wschodzie – węgierscy Strzałokrzyżowcy, rumuńska Żelazna Gwardia, chorwaccy Ustasze, czy niesławne SS-Galizien oraz Rosyjska Wyzwoleńcza Armia Ludowa. Kolaborowano, rzecz jasna, z różnych powodów. Chęć przetrwania wojennej zawieruchy, poprawy swojego losu – czasem kosztem sąsiada, ideologiczna zbieżność z nazistami, chęć wyzwolenia własnego państwa z rąk ZSRR. Wszędzie też kolaboranci prędzej czy później splamili się krwią Żydów, w których eksterminacji pomagali Niemcom.

Konsekwencje szaleństwa nazistowskiej teorii rasowej

Nie ma się co dziwić, że mieszkaniec zachodniej Europy tak chętnie wierzy w zapewnienia, że w Polsce nie kolaborowano powszechnie, instytucjonalnie (bo kłamstwem byłoby twierdzić, że nikt w Polsce nie splamił się współpracą z nazistami). Przecież tak było wszędzie! Różnica jest jednak oczywista, gdy tylko przyjrzy się samej nazistowskiej ideologii. Niemiecka „rasa panów” poczuwała się do pewnego pokrewieństwa ze skandynawskimi „Nordykami”, akceptowała jako „nieco tylko gorszych” Francuzów czy Holendrów. Rosjanie czy Polacy byli dla nazistów podludźmi – stanowiącymi zagrożenie, nadającymi się jedynie do zniewolenia czy eksterminacji. Owszem, w pierwszej kolejności wymordowani mieli zostać Żydzi i Romowie. My jednak byliśmy niejako następni na liście. Ten plan skądinąd Niemcy sukcesywnie na terenach podbitych realizowali, już od samego początku – przykładem może być planowa eksterminacja polskiej inteligencji przeprowadzana już od września 1939 roku. Skądinąd nie był to wcale wynalazek nazistów. Pierwszowojenna niemiecka koncepcja Mitteleuropy zakładała przecież dla Polski mniej-więcej to samo – eksploatację, czystki etniczne i stopniową germanizację kadłubowego polskiego państewka.

Ciężko też na Zachodzie zrozumieć, że w okupowanej Polsce nie było żadnych lokalnych struktur władzy współpracujących z Niemcami i tym samym umoczonych w morderczy proceder. U nich przecież były! W związku z tym niemożliwym wręcz do pojęcia staje się fakt, że te wszystkie obozy śmierci ulokowane przez nazistów w dużej mierze na terytorium II Rzeczypospolitej powstać mogły bez wiedzy i przynajmniej milczącej aprobaty ludności polskiej. Z naszego punktu widzenia, oczywiście jest to bzdura. Polacy pod niemiecką okupacją nie mieli nic do powiedzenia a za wszelką formę sprzeciwu groziła kara śmierci. Na zachodzie Niemcy nie wprowadzili tak drakońskich kar za ratowanie Żydów, na wschodzie owszem – w Polsce czy chociażby w Serbii. Nie bez znaczenia jest fakt, że nasz kraj po II Wojnie Światowej znalazł się pod niechcianym przez Polaków ustrojem, narzuconym nam siłą przez Stalina, przy aprobacie mocarstw zachodnich. Tak samo wola Stalina przesądziła chociażby o pozbawieniu RPL możliwości ubiegania się o pomoc w ramach planu Marshalla czy reparacje wojenne od RFN. Nie ma się co dziwić, że w Polakach rośnie poczucie niesprawiedliwości, gdy przychodzi do wszelkiej maści wojennych rozliczeń.

Jak cię widzą, tak cię piszą. Żydowska perspektywa wspólnej historii.

Z punktu widzenia Żydów sprawa przedstawiać się może zgoła inaczej. W II Rzeczpospolitej mieszkało ich przeszło trzy miliony, przeszło 10% populacji całego kraju. Działały żydowskie partie polityczne, kluby piłkarskie, wydawnictwa, czasopisma. Ciężko przecenić wkład tych obywateli Rzeczypospolitej w rozwój także polskiej kultury. Każdy, na przykład, zna Jana Brzechwę czy Juliana Tuwima – nie każdy jednak wie, że mieli oni żydowskie pochodzenie. Nie oznacza to jednak, że stosunki polsko-żydowskie były sielankowe. Największe problemy pojawiały się na początku istnienia niepodległego państwa polskiego, zwłaszcza w okresie Wojny Polsko-Bolszewickiej, oraz po śmierci Józefa Piłsudskiego. W Polsce antysemityzm jak najbardziej był realnym problemem. Najczęściej utożsamia się go z obozem narodowym, jednak to sanacyjny Obóz Zjednoczenia Narodowego w maju 1938 r chciał „rozwiązać kwestię żydowską poprzez jak najbardziej wydatne zmniejszenie liczby Żydów w Państwie Polskim”. Chodziło o przymusową emigrację, na przykład, na Madagaskar. Nic dziwnego, że Żydzi niekoniecznie najlepiej wspominają ten okres naszej wspólnej historii.

Bardzo lubimy się szczycić tym, że Polacy pomagali Żydom w trakcie okupacji – i to pomimo szczególnego dramatu, w jakim się w jej trakcie znaleźliśmy. Wyliczamy ilu to znalazło się polskich Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata. Wskazujemy na to, że to Polacy raportowali krajom zachodnim o tym, co Niemcy zgotowali Żydom – skądinąd przy zupełnej bierności tychże państw wobec rozmiarów tragedii. Przywołujemy przykład Witolda Pileckiego, Ireny Sendlerowej. Problem polega na tym, że zaraz po wojnie bardzo szybko zaczęło dziać się źle.

Źle, gorzej, katastrofa.  Dyplomacja w wykonaniu Polski Ludowej.

Na stronie ambasady Izraela w Polsce można zobaczyć, jak powojenna historia polsko-żydowska wygląda od drugiej strony. Zaczyna się latem 1946 r pogromem w Kielcach, który to skłonił wielu Żydów do emigracji. Nie ma się zresztą co dziwić ludziom, którzy ledwo co uciekli przed piekłem Holocaustu. Władze komunistyczne wspierały emigrację ludności żydowskiej do momentu, gdy spowodowało to pogorszenie stosunków z Wielką Brytanią i Czechosłowacją. Należy pamiętać, że ówczesna Palestyna znajdowała się pod zarządem brytyjskim. Polska była jednym z pierwszych państw, które uznały powstanie państwa Izrael a wcześniej podział brytyjskiego mandatu na część arabską i żydowską. Zezwoliła również szkolenie rekrutów syjonistycznych organizacji na terenie Polski. W drugiej połowie lat pięćdziesiątych stopniowo rosła emigracja Żydów z Polski. Nasz kraj opuściło wówczas ich kilkadziesiąt tysięcy. Jednym z głównych powodów był antysemityzm. Teoretycznie jednak relacje między Polską Ludową a Izraelem układały się względnie poprawnie.

Sytuacja pogorszyła się diametralnie, gdy doszło do kolejnych przetasowań na arenie międzynarodowej. 12 czerwca 1967 roku PRL zerwała stosunki dyplomatyczne z Izraelem. Nie miała większego wyboru, wszak taki rozkaz przyszedł z Moskwy dla wszystkich krajów bloku komunistycznego. Przyczyną takiego posunięcia była upokarzająca klęska sojuszników Związku Radzieckiego w wojnę sześciodniowej. Władza zamierzała w sposób zinstytucjonalizowany walczyć z „syjonizmem” i „imperializmem”. Czy mogło stać się jeszcze coś gorszego dla obrazu Polski w Izraelu? Oczywiście! Zarówno skutki wojny sześciodniowej, jak i wydarzenia z marca 1968 r zostały wykorzystane w wewnętrznych porachunkach w obrębie PZPR.

Grupa rodzimych komunistów o ciągotkach populistycznych i nacjonalistycznych, tzw. „partyzanci”, wykorzystała żydowskie pochodzenie swoich przeciwników politycznych w swojej próbie zagarnięcia władzy w partii. Po wydarzeniach marca 1968 r. doszło do antysemickich czystek w partii i instytucjach państwowych. Wiele osób zostało zmuszonych do emigracji. Tych, które się na ten krok zdecydowały dodatkowo pozbawiano obywatelstwa polskiego. Nie trzeba dodawać, jak fatalnie skończyło się to dla reputacji Polski wśród Żydów na całym świecie. Z całą pewnością smród po tamtych wydarzeniach ciągnie się za nami do dzisiaj – wszak ci ludzie mieli rodziny, dzieci, wnuki. I na pewno nie zapomnieli, co ich spotkało. Stosunki dyplomatyczne między Polską a Izraelem zostały wznowione dopiero 7 lutego 1990 roku.

Niezręczność czy spisek? Pochodzenie „polskich obozów śmierci.”

Pytanie, które warto sobie zadać, to skąd się to nieszczęsne określenie wzięło? Swego czasu wicepremier Jarosław Gowin powiedział w wywiadzie dla TVP info, że zostało ono ukute przez komórkę tajnych służb RFN, skądinąd składającą się z byłych nazistów, w celu stopniowego oczyszczania dobrego imienia Niemiec oraz rozmycia niemieckiej odpowiedzialności za zbrodnie wojenne. Taką samą tezę w wywiadzie dla portalu dziennik.pl postawił prof. Grzegorz Kucharczyk, specjalizujący się w historii Niemiec.

Na pierwszy rzut oka teoria ta brzmi niczym wyciągnięta z powieści sensacyjnej. Łatwo też przedstawicielom prawicy przypiąć łatkę doszukujących się wszędzie spisku. Niemniej, warto zauważyć, że z punktu widzenia powojennych Niemiec posunięcie takie byłoby ze wszech miar racjonalne – zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę, że PRL i RFN trafiły do dwóch wrogich obozów politycznych. Teoria wybielania się Niemców kosztem Polaków przewijała się również w trakcie kontrowersji związanych z emisją w TVP serialu „Nasze matki, nasi ojcowie” w czerwcu 2013 r. Serial ten zawierał kontrowersyjne sceny przedstawiania żołnierzy Armii Krajowej jako antysemitów, w kontraście wobec sposobu przedstawienia niemieckich bohaterów produkcji.

Przeciwnicy reagowania przez polskie władze na przypadki użycia zwrotu „polskie obozy śmierci” wskazują, że przecież „wszyscy wiedzą, że obozy były niemieckie – a to tylko skrót myślowy, chodzi o geografię.” Trudno bronić takiego stanowiska. Obozy koncentracyjne były przez Niemców zakładane w całej okupowanej przez nich Europie. Ciężko jednak znaleźć przypadki takich skrótów myślowych odnoszących się do innych okupowanych przez III Rzeszę państw. Warto przy tym zauważyć, że w miażdżącej większości europejskich języków znaleźć można odpowiednik sformułowania, na przykład, „obóz koncentracyjny ulokowany w Polsce”.

Półprawdy, semantyka i odwracanie kota ogonem.

Od czasu do czasu pojawi się także argument, że przecież w historii Polski faktycznie były polskie obozy koncentracyjne. Rosjanie, w myśl starej tradycji argumentowania spod znaku „a u was Murzynów biją”, wskazują na obozy, w których przetrzymywano jeńców pojmanych w trakcie Wojny Polsko-Bolszewickiej. Niekiedy pojawia się przykład sanacyjnego obozu w Berezie Kartuskiej. Po II Wojnie Światowej na terenie Polski faktycznie funkcjonowały obozy jenieckie oraz obozy pracy założone przez komunistów. Faktycznie były one zorganizowane w sposób mocno przypominający sposób funkcjonowania niemieckich obozów koncentracyjnych, choć oczywiście nie były to obozy zagłady. Warto zauważyć, że totalitaryzmy hitlerowski i stalinowski wcale aż tak bardzo się od siebie nie różniły. Zarząd w tych obozach sprawowało UB.

Można się spierać, jak bardzo funkcjonariusze narzuconego Polsce siłą ustroju, którzy bardzo często byli po prostu radzieckimi żołnierzami akurat przydzielonymi do „pełnienia funkcji Polaka” mogą faktycznie Polskę reprezentować. Śmiem twierdzić, że niespecjalnie. Niemniej, prawo międzynarodowe powszechnie uznało polskich komunistów za legalną władzę w Polsce, niech będzie że przy takim właśnie rozumowaniu jakieś „polskie obozy koncentracyjne” rzeczywiście istniały. Tyle tylko, że cały spór nie dotyczy czasów powojennych a rzekomej współodpowiedzialności Polaków za Holocaust.

Polskie obozy koncentracyjne a prawo międzynarodowe

Podkreślić należy, że Polska – czy to II Rzeczpospolita, czy to PRL, czy to państwo w którym żyjemy obecnie – nie może w świetle prawa odpowiadać za to, co się działo na jej terytorium w trakcie niemieckiej okupacji. Przesądzają o tym artykuł 42 i 43 konwencji haskiej. Zgodnie z pierwszym z nich, terytorium jest okupowane, jeżeli faktycznie znajduje się pod władzą armii nieprzyjaciela. Nie ulega wątpliwości, że od Kampanii Wrześniowej aż po pochód Armii Czerwonej w kierunku Berlina władza nad terytoriami polskimi znajdowała się w rękach wojsk niemieckich. Treść następnego jest w świetle tych rozważań znamienna: „Z chwilą faktycznego przejścia władzy z rąk rządu legalnego do rąk okupanta, tenże poweźmie wszystkie będące w jego mocy środki, celem przywrócenia i zapewnienia, o ile to jest możliwem, porządku i życia społecznego, przestrzegając, z wyjątkiem bezwzględnych przeszkód, prawa obowiązujące w tym kraju.” Nie trzeba dodawać, że III Rzesza z tego obowiązku się w żadnym stopniu nie wywiązała.

W tym momencie warto pochylić się nad treścią uchwalonego przez polski Sejm przepisu. W kwestii tego o jakie niemieckie zbrodnie nie wolno będzie pomawiać Polski i Polaków odsyła on do art. 6 Karty Międzynarodowego Trybunału Wojskowego załączonej do Porozumienia międzynarodowego w przedmiocie ścigania i karania głównych przestępców wojennych Osi Europejskiej, podpisanego w Londynie dnia 8 sierpnia 1945 r. Ten z kolei zawiera definicje zbrodni przeciwko pokojowi, zbrodni wojennych oraz zbrodni przeciwko ludzkości.

Nie wszystko da się załatwić prawem karnym

Nie ulega wątpliwości, że w świetle tego przepisu, publiczne głoszenie tez o polskiej współodpowiedzialności za Holocaust będzie karalne. Czy faktycznie może być wykorzystany do kneblowania ust ocalałym z Zagłady, którzy zetknęli się w Polsce na przykład ze szmalcownikami? Teoretycznie rzecz ujmując, nie jest to niemożliwe. Domyślić się należy, że obok walki z „polskimi obozami śmierci” jednym z celów takich a nie innych zapisów ustawy są historycy forsujący tezę o szerokim udziale Polaków w Holocauście, jak chociażby Jan Tomasz Gross. Niezależnie od tego, jak szlachetne intencje przyświecały pomysłodawcom ustawy, obawy strony izraelskiej nie wydają się być takie bezzasadne. Z drugiej strony, jak inaczej Polacy mają się bronić przed jawną niesprawiedliwością?

Trzeba przyznać, że polskie rządy dotychczas nie mają zbyt wielu sukcesów w walce z przypisywaniem Polakom udziału w zbrodniach, których nie popełniono. W 2007 r UNESCO, na wniosek Polski, zmieniło oficjalną nazwę obozu Auschwitz-Birkenau na liście Światowego Dziedzictwa tak, by uwzględniała ona przymiotnik „niemiecki.” I to właściwie tyle. O wiele większe zasługi na tym polu przypisać można organizacjom pozarządowym i poszczególnym obywatelom wytaczającym pozwy cywilne tym, którzy określenie „polskie obozy śmierci” z uporem maniaka stosują.

Czy dążenie do ochrony dobrego imienia Polski spowoduje konflikt z Izraelem? Miejmy nadzieję, że uda się znaleźć konsensus. Proces legislacyjny spornej ustawy jeszcze trwa – czeka ją rozpatrzenie przez Senat, później zaś będzie musiał podpisać ją prezydent. Z drugiej strony, w poniedziałek ambasador Izraela spotka się z szefem gabinetu tego ostatniego. Pozostaje mieć nadzieję, że jeden i drugi rząd zechce zrozumieć, o co chodzi drugiej stronie zamiast twardo upierać się przy swoim, jak to niestety często bywa.