Czy Polsce grozi wojna? Konflikt rosyjsko-ukraiński znowu się zaostrza

Gorące tematy Zagranica dołącz do dyskusji (111) 27.11.2018
Czy Polsce grozi wojna? Konflikt rosyjsko-ukraiński znowu się zaostrza

Udostępnij

Rafał Chabasiński

Konflikt rosyjsko-ukraiński znowu się zaostrzył. Na Morzu Azowskim rosyjskie okręty wojenne przechwyciły i zdobyły abordażem trzy okręty ukraińskie. Natychmiastowym skutkiem tych wydarzeń jest z jednej strony wprowadzenie na Ukrainie stanu wojennego, z drugiej zaś kapitał zaczął odpływać z Rosji. W takich sytuacjach można sobie zadawać pytanie: czy grozi nam wojna?

Dzisiejszy konflikt rosyjsko-ukraiński wynika bezpośrednio z wydarzeń z zeszłej dekady

Wyjaśnienie aktualnych zdarzeń na arenie międzynarodowej bardzo często tkwi w historii, często nieodległej. Walka pomiędzy Rosją a zachodem toczona niejako o duszę Ukrainy trwa od bardzo dawna. Najpierw, na przełomie 2004 i 2005 r. mieliśmy „Pomarańczową Rewolucję”. Jej bezpośrednią przyczyną były fałszerstwa, jakich w trakcie wyborów na prezydenta Ukrainy dopuszczały się ówczesne władze. Choć ich zwycięzcą miał być Wiktor Juszczenko (to od pomarańczowego motywu jego kampanii wyborczej cała rewolucja wzięła swoją nazwę), ogłoszono wygraną Wiktora Janukowycza, popieranego przez ustępującego prezydenta Leonida Kuczmę.

Po długotrwałych protestach, ukraiński Sąd Najwyższy zdecydował o powtórzeniu felernej drugiej tury. W powtórzonych wyborach zwyciężył Juszczenko. Ukraina pod względem rozwiązań ustrojowych przestała dryfować w stronę autorytarnych sąsiadów, Białorusi i Rosji.

Niestety, szczęśliwego zakończenia nie było. Nowo wybrany prezydent szybko poróżnił się z drugą gwiazdą stronnictwa „pomarańczowych”, i jedną ze swoich kontrkandydatek w pierwszej turze, Julią Tymoszenko. W tym czasie Ukraina nie została dogłębnie zreformowana a ścisłe powiązania pomiędzy polityką a lokalnymi miliarderami stały się jednym ze znaków rozpoznawczych tamtejszej polityki. Nie udało się, pomimo oczekiwań sporej części społeczeństwa, osiągnąć głębszego zbliżenia z Unią Europejską.

Użycie przemocy w trakcie Euromajdanu przez władze tylko podsyciło protesty i doprowadziło do upadku Janukowycza

W końcu Juszczenko postanowił dogadać się z Partią Regionów kierowaną przez Wiktora Janukowycza, Tymoszenko zaś przeszła do opozycji. Partia Regionów wygrała następne wybory parlamentarne z 2007 r., Janukowycz zaś został w 2010 r. następnym prezydentem Ukrainy. Rządziłby pewnie długo i szczęśliwie, gdyby nie postanowił odłożyć w czasie umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską. To wywołało kolejne protesty, nowy Majdan. O ile „Pomarańczowa Rewolucja” przebiegała bezkrwawo, o tyle tym razem ukraińskie władze postanowiły użyć siły.

Im bardziej tej siły używała i im więcej obywateli ginęło w starciach ze specjalnymi oddziałami Berkutu, tym bardziej narastał gniew społeczeństwa przeciwko władzy. Janukowycz musiał ratować się ucieczką do Rosji. Jego luksusową rezydencję zajęły spontaniczne ochotnicze milicje, cały świat obiegły zdjęcia pirackiego statku w ogrodzie czy złotego sedesu w samym domu. Jeszcze niedawno prezydent przeszło czterdziestomilionowego kraju został pozbawiony funkcji, części majątku i resztek godności. Wciąż jednak okazał się przydatny Władimirowi Putinowi.

Przy pierwszym Majdanie Rosjanie nie byli gotowi na bardziej drastyczne posunięcia, za drugim razem sytuacja wyglądała inaczej

Ponad dekada politycznych zmagań na Ukrainie oraz kolejnych majdanów i rewolucji od samego początku nie była sprawą wyłącznie ukraińską. „Pomarańczową Rewolucję” bardzo ochoczo popierał zachód, w tym Polska. Prezydent Aleksander Kwaśniewski, razem ze swoim litewskim kolegą, prowadził mediacje pomiędzy zwaśnionymi stronami. Celem zachodu było przeciągnięcie Ukrainy w swoim kierunku. To z kolei, siłą rzeczy, nie pasowało Rosji, którą akurat Władimir Putin zdołał wyprowadzić z kryzysu rządów Borysa Jelcyna. Wtedy jeszcze Rosja najwyraźniej nie czuła się na tyle pewnie, by otwarcie rzucić rękawicę swoim zachodnim rywalom. Raptem niedawno oficjalnie zakończyła drugą wojnę w Czeczenii, Stany Zjednoczone dopiero co skutecznie najechały Irak.

Za drugim razem sytuacja zmieniła się diametralnie. W 2008 roku Rosjanie wygrali wojnę z Gruzją o Abchazję i Osetię Południową. Nominalnie były one częścią Gruzji, w praktyce władzę sprawowały tam zależne od Rosji „niepodległe” państewka. Zachód nie był w stanie z tym faktem nic zrobić. Wracając do lutego 2014 r. Janukowycz dostarczył Putinowi wygodny pretekst. Oto wybrany zgodnie z prawem prezydent Ukrainy, zdaniem Rosji nielegalnie obalony, prosi swojego rosyjskiego odpowiednika o pomoc. Sama Ukraina jest podzielona. Prozachodnie tendencje przeważają na ukraińskojęzycznym zachodzie i w centrum kraju. Na wschodzie, na którym mówi się po rosyjsku, „Euromajdan” uważany jest za pucz „faszystów”. Po stronie protestujących, ponownie, opowiedział się zachód. W tym także ówczesne polskie władze. Moskwa ostrzegała o „odradzaniu się faszyzmu na Ukrainie”, zresztą do dzisiaj chętnie z tej narracji korzysta.

Janukowycz prosi Rosjan o pomoc, niczym Łokietek Krzyżaków w sprawie Gdańska

Rosjanie postanowili pomóc. Mają w końcu długą tradycję wyzwalania poszczególnych państw od faszystowskiej opresji. Zaczęli od „wyzwolenia” Krymu, przy praktycznie braku oporu ze strony ukraińskiego wojska oraz marynarki wojennej. Na półwyspie bardzo szybko zorganizowano referendum, które zadecydowało o aneksji Krymu do Federacji Rosyjskiej. Rosjanie, rzecz jasna, z pewnością wolą mówić o powrocie do macierzy – wszak o przyłączeniu półwyspu do Ukrainy zdecydował w 1954 r. Nikita Chruszczow. Brak oporu na Krymie zachęcił Rosjan do kontynuowania ofensywy. Następnym celem słynnych „zielonych ludzików”, a więc rosyjskich żołnierzy i najemników bez oznaczeń wskazujących na przynależność do konkretnych sił zbrojnych, miał paść silnie uprzemysłowiony Donbas. A potem, kto wie?

Mówi się, że Rosjanie liczyli na wykrojenie z Ukrainy całej rosyjskojęzycznej części, stworzenie niejako „Noworosji”, która bardzo szybko znowu „poprosiłaby” o przyłączenie do Federacji Rosyjskiej. Tym razem jednak Ukraińcy stawili najeźdźcy opór. Zachód, kiedy tylko otrząsnął się z pierwszego szoku, również zareagował stanowczo. Dozbrojenie ukraińskiego wojska to jedna sprawa, jednak decydujące okazały się sankcje gospodarcze. Te nałożyły się na spadki cen ropy i gazu ziemnego, związane chociażby z wydobyciem z łupków uskutecznianym w Stanach Zjednoczonych. Okazało się, że samozwańcze republiki w Doniecku i Ługańsku to maksimum tego, co w danym momencie można było osiągnąć.

Wiele na mediacjach pomiędzy Rosją, zachodem, Ukrainą i „separatystami” zyskała Białoruś. Do tej pory izolowany Aleksander Łukaszenko powrócił na europejskie salony. Zawarty 5 września 2014 r. Protokół Miński przewidywał obustronne zawieszenie broni, regulować też miał sytuację w rejonie walk. W teorii miał pozwolić na deeskalację konfliktu i jego zakończenie. W praktyce, porozumienie bardzo szybko przestało być przestrzegane. Skądinąd to właśnie fakt jego nieprzestrzegania był bezpośrednią przyczyną nałożenia sankcji gospodarczych na Rosję przez państwa zachodnie. Warto na marginesie zauważyć, że tam gdzie zyskała Białoruś, tam straciła Polska. Żadna ze stron nie była już wówczas zainteresowana naszym udziałem w negocjacjach.

Gdyby zachód nie przegrywał na Bliskim Wschodzie na własne życzenie, to być może sytuacja na Ukrainie wyglądałaby dzisiaj inaczej

Kartę odwróciły długofalowe konsekwencje Arabskiej Wiosny, w szczególności zaś wojny w Syrii. Od 2010 do 2012 r. świat zachodni miał nadzieję, że Arabowie obalą rządzących w poszczególnych państwach autokratów, dyktatorów i satrapów – w efekcie czego region się zdemokratyzuje. Niestety, wspomniani autokraci, jak chociażby w Egipcie, byli sojusznikami tegoż zachodu. Tam, gdzie byli obalani, tam najczęściej zamiast demokracji do głosu dochodził radykalny, salaficki islam, hojnie sponsorowany skądinąd przez kolejnego zachodniego sojusznika w postaci Arabii Saudyjskiej. Dodatkowym problemem, i ogromnym obciążeniem, dla Europy stała się fala niekontrolowanej migracji z państw arabskich i Afryki.

W samej Syrii protesty przeciwko prezydentowi Baszarowi al-Asadowi przerodziły się w wojnę domową. Zachód, ze szczególnym uwzględnieniem Stanów Zjednoczonych i Francji,  wsparł „demokratyczną rebelię”, którą w dużej mierze sam stworzył. Sytuację, oraz słabość rządu w sąsiednim Iraku, wykorzystali islamscy radykałowie proklamując „Państwo Islamskie”, kalifat żywcem wzięty z fundamentalistycznych wyobrażeń o ideale zapisanych w wersetach Koranu. Publiczne egzekucje, krzyżowanie skazańców, zrzucanie homoseksualistów z wysokich budynków, palenie ludzi żywcem, branie sobie seksualnych niewolnic, regularny handel niewolnikami – wszystkie te potworności wieków minionych wróciły na pierwsze strony gazet.

Wojnę w Syrii zwyciężył Baszar el-Asad, a także wszyscy którzy na niego postawili

Tymczasem Rosjanie wsparli al-Asada. Ochronili go nawet w momencie, kiedy pojawiły się poważne oskarżenia o użycie przez niego broni chemicznej przeciwko własnym obywatelom. Warto przypomnieć, że do takich oskarżeń należy podchodzić ostrożnie. Na przykład amerykańskie rewelacje o „broni masowego rażenia Saddama Husseina” przed inwazją z 2003 r. okazały się tyle samo warte, co twierdzenia Władimira Putina, że przecież mundury, jakimi dysponowały „zielone ludziki” można sobie kupić w sklepie.

Syryjskiego prezydenta wsparł także Iran, w ramach regionalnej rozgrywki o hegemonię z Arabią Saudyjską. W konflikt wmieszała się także Turcja – bardzo niezadowolona z faktu, że żyjący w Syrii oraz Iraku Kurdowie mają realne szanse na uzyskanie jakiejś formy niepodległości. Byłoby to Turkom szczególnie nie na rękę, dlatego, że mniejszość kurdyjska w samej Turcji jest na południowym wschodzie kraju liczna i przez długi czas walczyła o wyrwanie się spod władzy Ankary. Prezydent Erdogan, choć Turcja jest członkiem NATO, pamięta swoim europejskim i amerykańskim partnerom bierność w trakcie puczu z 2016 r.

Konflikt rosyjsko-ukraiński a wojna domowa w Syrii i gry wojenne pomiędzy mocarstwami

Konflikt syryjski z wojny domowej zamienił się w wojnę „każdy na każdego”. Rosja toczyła swoją „proxy war” ze Stanami Zjednoczonymi, Iran swoją z Arabią Saudyjską. Turcja i Izrael walczyły o swoje interesy. Wszyscy walczyli z Państwem Islamskim, wliczając w to lokalną al-Kaidę, przynajmniej oficjalnie. Teraz Baszar el-Asad wygrał wojnę w Syrii. „Demokratyczna opozycja”, która wykazała nadspodziewaną tendencję do szybkiej islamizacji, praktycznie przestała się liczyć. Samozwańczy Kalifat ledwo zipie pozbawiony większości terytorium i zasobów. Kurdowie najprawdopodobniej znowu zostaną poświęceni przez zachodnich sojuszników, tym razem innym zachodnim sojusznikom. Razem z el-Asadem wygrali wszyscy ci, którzy na niego postawili.

Co ma z tym wspólnego konflikt rosyjsko-ukraiński? Syria pokazała, że zachód wcale nie jest taki skuteczny, za jakiego chciałby uchodzić. Że można go ograć, a także podzielić i skłócić ze sobą. Co więcej, Rosji udało się pokazać swoim zachodnim „partnerom”, że ciągle jest im potrzebna. To z kolei utwierdziło najwyraźniej Rosjan w przekonaniu, że mogą sobie znowu pozwolić na więcej, tym razem na Ukrainie. I tak wracamy do trzech nieszczęsnych ukraińskich okrętów, które próbowały wpłynąć na Morze Azowskie. Dla Ukraińskiej gospodarki dostęp do portu w Mariupolu, kontrolowanego przez Ukrainę a bardzo bliskiego terenom opanowanym przez „separatystów”, jest bardzo istotny. Po zajęciu Krymu jednak Rosja jest w stanie z Morza Azowskiego zrobić swoje wewnętrzne jezioro. Do tego dysponuje miażdżącą przewagą, jeśli idzie o marynarkę wojenną. Czasem przepuszczała ukraińskie statki, czasem nie. Do tej pory jednak nie uciekała się do abordażu, zajęcia jednostek i wzięcia w niewolę załóg.

Największym możliwym błędem jest traktowanie Rosji, jak jednego z państw zachodnich

Najprostszą odpowiedzią na pytanie „dlaczego?”, w przypadku Rosji byłoby zapewne „bo może”. Tak naprawdę nie jest to jednak tak oczywiste. Społeczeństwa zachodniej Europy ulegają złudzeniu, jakoby Rosja była w zasadzie takim samym państwem, jak ich ojczyzny. Błąd ten popełniają mniej-więcej od panowania Piotra Wielkiego. Powtarzany był z uporem godnym lepszej sprawy zarówno gdy filozofowie Oświecenia popadli w zauroczenie Katarzyną Wielką, jak i w okresie ZSRR. Także w trakcie rządów Władimira Putina zachodnie rządy zwykły traktować Rosję, jakby była normalnym, demokratycznym państwem prawa. Tak, oczywiście, nie jest.

Rosja jako państwo jest właściwie wyjątkowe. Owszem, pewne tradycje nabyła po Bizancjum, czym się do dzisiaj szczyci. Najwięcej jednak w sferze symbolicznej. Niektóre elementy swojej tradycji politycznej istotnie podpatrzyła na zachodzie. Co najmniej taki sam wpływ na Rosję jak Bizancjum czy zachód miał jednak okres mongolskiej dominacji nad Rusią. Nie wspominając nawet o okresie po Rewolucji Październikowej. Z jednym i drugim wiąże się otwarte stosowanie metod, które w zachodnich demokracjach są bardzo niemile widziane przez społeczeństwo. Mowa, oczywiście, o tych bardziej agresywnych.

Jeśli Rosja nie może być światowym hegemonem, albo supermocarstwem, to niech przynajmniej Stany Zjednoczone też nie będą

Rosja ma również swoją dziejową misję jednoczenia tradycyjnych ziem ruskich, oraz „sprawowania opieki” nad innymi ludami słowiańskimi. Za swoją tradycyjną strefę wpływów uważa chociażby Ukrainę, Białoruś. Co więcej, rosyjskich polityków szczególnie uwiera porządek na świecie oparty o hegemonię Stanów Zjednoczonych. Skoro światowym hegemonem, albo chociaż jednym z dwóch supermocarstw, nie może być Rosja, to niech przynajmniej świat wróci do „koncertu mocarstw”, kilku najsilniejszych państw dyktujących warunki reszcie.

Rosjanie uważają swój kraj za imperium. Jest to w końcu największe terytorialnie państwo na świecie, o długiej i chwalebnej tradycji. Niestety, przeciętny Rosjanin może tylko pomarzyć o poziomie życia dostępnym na zachodzie. Oligarchów żyjących w bajecznym bogactwie, w porównaniu do całości rosyjskiej populacji, jest w końcu niewielu. Władimir Putin od początku swojej prezydentury grał na imperialnej nucie. O ile zimna wojna się zakończyła, o tyle „imperialistyczny zachód” (obecnie także „zgniły zachód”) wciąż jest wygodnym wrogiem zewnętrznym, na którego zawsze można zrzucić winę za wszelkie niepowodzenia.

Rosyjskie władze muszą odwracać uwagę swoich obywateli od problemów wewnętrznych, konflikt rosyjsko-ukraiński jest jednym ze sposobów

Warto zauważyć, że Rosjanom wcale nie podoba się, że co rusz ich bracia, synowie czy ojcowie wracają w trumnach – czy to z Syrii, czy to z Donbasu. Jeszcze bardziej nie podoba im się chociażby ostatnia podwyżka wieku emerytalnego. Trudno również nie zauważyć korupcji, czy bogacenia się oligarchów kosztem biedniejącego społeczeństwa. Na to nakłada się typowa dla obszaru postkomunistycznego tradycyjna niechęć do rządzących, „tak po prostu”. Notowania Władimira Putina obecnie spadły znacząco, do poziomu sprzed aneksji Krymu. W takiej sytuacji ponowne zagranie na imperialnych sentymentach, chociażby zdobywając ukraińskie okręty, wydaje się być logicznym posunięciem. Rządzący wszędzie starają się odwracać uwagę swoich obywateli od realnych problemów kraju. Putin nie jest w tym względzie wyjątkiem.

Sama Rosja jest w rzeczywistości dużo słabszym państwem, niż to za które chciałaby uchodzić. Gospodarka oparta przede wszystkim o sprzedaż surowców nie jest w stanie realnie konkurować nie tylko ze Stanami Zjednoczonymi czy Unią Europejską, ale także chociażby z Chinami. Kolejnym czynnikiem wartym uwzględnienia jest rosyjska demografia. Rosjanom niezbyt spieszno do posiadania potomstwa, w przeciwieństwie do pozostałych ludów zamieszkujących Federację Rosyjską. Zwłaszcza zaś tych, które wyznają nie prawosławie, leczy islam.

Historia lubi się powtarzać – w trakcie zimnej wojny również ostrzegano zachód, że ZSRR wcale nie jest tak wielką potęgą militarną

Pomimo ogromnych nakładów na zbrojenia, rosyjska armia nie odnosiła tak naprawdę spektakularnych sukcesów w Gruzji. W Syrii nie tak dawno Amerykanie byli w stanie wybić spory oddział rosyjskich najemników z tzw. „Grupy Wagnera”. Warto także zauważyć, że sam konflikt rosyjsko-ukraiński utknął w martwym punkcie pomimo ogromnej dysproporcji sił na niekorzyść Ukrainy w pierwszej jego fazie. Gdyby Rosja była faktycznie tak potężna, to czy marzenia o „Noworosji” nie umarłyby tak szybko? Kompromitacją można nazwać niedawny wypadek, który wyłączył ze służby jedyny rosyjski lotniskowiec. Na remontowaną jednostkę spadł dźwig, co uszkodziło nie tylko okręt, ale także suchy dok, w którym dokonywane były naprawy.

Złożona jest również sytuacja na Ukrainie. Przede wszystkim trzeba jasno podkreślić: od 2014 to państwo toczy wojnę z Rosją. Na całe szczęście dla wszystkich zainteresowanych stron, nie jest to hekatomba z milionami ofiar, do których przyzwyczaił nas wiek XX, ale wciąż – to prawdziwa wojna. Spora część terytorium Ukrainy jest okupowana przez „separatystów”, bądź zwyczajnie zagarnięta przez Rosję. Mimo to, życie poza rejonem walk toczy się normalnie, państwo musi jakoś funkcjonować. Jakoś. Nie doszło do radykalnych reform i zmiany sposobu myślenia tamtejszej klasy politycznej. Zbliżają się wybory prezydenckie, Petro Poroszenko we wrześniowych sondażach plasował się w okolicach piątego-szóstego miejsca. Na czele z kolei znajduje się Julia Tymoszenko. Wybory miały się odbyć w 2019 r. Pytanie, czy wprowadzony stan wojenny nie przedłuży kadencji Poroszenki ponad to, co wynikałoby z kalendarza wyborczego? Przynajmniej na to kładzie nacisk obecnie rosyjska narracja. Czy można jej ufać? Pozwolę sobie pozostawić to pytanie bez odpowiedzi.

Zachód nie walczy z Rosją orężem, lecz już dzisiaj toczy z nią wojnę informacyjną

Twardy orzech do zgryzienia ma zachód. Bezpośredniego konfliktu zbrojnego z Rosją nie toczy, nic nie wskazuje na to, żeby do takiego miało dojść. Co nie znaczy, że żadnej walki nie ma. Wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że ma miejsce swoista wojna informacyjna. Jej polem bitwy jest chociażby sieć. Ponownie jednak należy w tym momencie sięgnąć do historii. Rosjanie od dawna są mistrzami siania podziałów i sporów pośród swoich rywali. To zresztą jedna z tych rzeczy, które teoretycznie mogli zapożyczyć z tradycji bizantyjskiej. Taktykę skłócenia poszczególnych stronnictw w danym kraju Katarzyna Wielka z powodzeniem wykorzystała przeciwko Rzeczypospolitej. Także w tym przypadku prośbę o interwencję zakończoną rozbiorem przedkładali jej Polacy, związani politycznie z rosyjskimi interesami.

Dzisiaj wiele się mówi o wpływie Rosjan na amerykańskie wybory prezydenckie. Polaryzacja społeczeństwa w Stanach Zjednoczonych osiągnęła poziom od bardzo dawna niespotykany. Mowa nie tylko o walce politycznej między Republikanami a Demokratami, ale chociażby o konflikcie dookoła prawu dostępu do broni. Rosyjskie służby specjalne zatrudniają zresztą trolli internetowych. Nie mają oni za zadanie bynajmniej ślepo popierać rosyjską agendę. Wystarczy chociażby w dyskusji o sprawie ukraińskiej w Polsce wiecznie wywlekać Wołyń, wspominać o odradzaniu się na Ukrainie faszyzmu. Można także podszywać się pod przeciwnika i postarać się go skompromitować. Aż strach pomyśleć, co może się znaleźć w komentarzach pod niniejszym artykułem.

Co może łączyć taśmy z Sowy i Przyjaciół, gazociąg Nord Stream i wybory prezydenckie w USA?

Internet to jednak nie jedyne miejsce, w którym Rosjanie dbają o swoje interesy kosztem innych państw. Żadną w zasadzie tajemnicą nie jest hojne wspieranie przez Moskwę rozmaitych „eurosceptycznych” stronnictw i partii. Jest to wyraźne na tyle mocno, że Prawo i Sprawiedliwość, bardzo słusznie skądinąd, odżegnuje się jak tylko może od współpracy chociażby z francuskim Frontem Narodowym czy niemiecką AfD. W momencie ujawnienia afery taśmowej w Polsce, ówczesny premier Donald Tusk od razu wspominał o „scenariuszu pisanym cyrylicą”. Putin po mistrzowsku  rozegrał zarówno rząd Tuska, jak i opozycyjne Prawo i Sprawiedliwość w sprawie katastrofy smoleńskiej. „Wojna polsko-polska” trwa w najlepsze, najpewniej ku szczeremu rozbawieniu na Kremlu.

W jedność Wspólnot Europejskich klinem wbijają się obydwie nitki gazociągu Nord Stream, ta istniejąca i ta planowana. Niemcy, oczekujący solidarności europejskiej w sprawie kryzysu migracyjnego, w kwestii bezpieczeństwa energetycznego przedkładają własne interesy gospodarcze. A także prywatne interesy pewnego byłego kanclerza, zatrudnionego w spółce kontrolującej budowę gazociągu. Co więcej, Nord Steam uderza również w stosunki pomiędzy Europą a Stanami Zjednoczonymi. Pomocna w tym przypadku jest także specyficzna osobowość prezydenta Donalda Trumpa, który swoim pomysłem toczenia wojen handlowych z własnymi sojusznikami już wystarczająco szkód w tym względzie sam z siebie wyrządził.

Polska potrzebuje silnej i suwerennej Ukrainy, Ukraina potrzebuje jak najlepszych relacji z Polską

Scenariusz ukraiński na Polsce powtórzyć się tak naprawdę nie może. Nie mamy mniejszości rosyjskiej, czy ludności prawosławnej, którą Rosja mogłaby zechcieć brać zbrojnie w obronę. Całą naszą scenę polityczną, a przynajmniej jej poważną część, cechuje przynajmniej ostrożność względem Moskwy. Nawet Platforma Obywatelska drugi raz nie popełni błędu nadmiernego zaufania wobec rosyjskich władz. Jesteśmy krajem jednolitym etnicznie, co – o ironio – zawdzięczamy przede wszystkim Józefowi Stalinowi, który miał decydujący głos co do powojennych granic Polski. Przede wszystkim jednak: jesteśmy członkami zarówno NATO, jak i Unii Europejskiej.

To, że wcale nie czeka nas wojna, nie znaczy, że przed Polską cała sytuacja nie postawiła wielu wyzwań. I trudnych wyborów. Nasi rządzący bardzo słusznie poświęcali politykę historyczną na rzecz wsparcia Ukrainy, kiedy konflikt rosyjsko-ukraiński się zaczynał. Polska bardzo potrzebuje Ukrainy, będącej czymś więcej niż rosyjską marionetką. Tak samo potrzebne są nam przynajmniej poprawne stosunki z Białorusią. Warto przy tym zauważyć, że Ukraina potrzebuje Polski nawet jeszcze bardziej. Nie chodzi tu bynajmniej o jakieś mesjanistyczne mrzonki. Trudno znaleźć w Europie kraj równie zainteresowany ograniczeniem rosyjskiej strefy wpływów w Europie tak mocno, jak Polska. C Pomijając być może państwa bałtyckie. o więcej, jest to polityczna stała. Na zachodzie o taki pewnik trudno. Co więcej, póki co, to właśnie Polsce wielu obywateli Ukrainy pracuje, czy studiuje. Naturalna wspólnota interesów sprawia, że obydwa państwa powinny szukać tego, co je łączy.

Wieczne oglądanie się na przeszłość stało się chyba naszą narodową przywarą, w polityce zagranicznej może prowadzić do katastrofalnych błędów

W przypadku Polski szczególnie ważne właśnie, by nie ulegać rozmaitym ułudom. Wszelkie pomysły „odzyskiwania kresów wschodnich”, czy „wskrzeszania Rzeczypospolitej Obojga Narodów” są tyleż nierealne, co zwyczajnie dla Polski nieopłacalne. W pierwszym przypadku warto zauważyć, że rosyjski polityk Władimir Żyrinowski, często wykorzystywany przez Kreml do mówienia tego, czego władze powiedzieć głośno nie mogą, już przebąkiwał o podziale Ukrainy. Na szczęście, wszelkie takie pomysły były do tej pory stanowczo przez Polskę odrzucane. Jeśli zaś chodzi o drugą koncepcję, należy przypomnieć koszt, jaki do dzisiaj ponoszą Niemcy po zjednoczeniu – i który ponosić jeszcze długo będą. A także zauważyć, że Polska pod względem gospodarczym Niemcami nie jest. Byłoby to najpewniej ekonomiczne samobójstwo.

Jeszcze gorszym głupstwem byłoby obrażanie się na Ukrainę, czy swoiste umywanie rąk w sprawie konfliktu rosyjsko-ukraińskiego. „Bo Wołyń”, „bo UPA”, „bo Bandera”. Oczywiście, wspólna historia obydwu narodów ma trudne karty. Bardzo różnie interpretowanej przez obydwie strony, warto zauważyć. Najczęściej bardzo subiektywnie i niekoniecznie do końca zgodnie z tym, co się faktycznie wydarzyło, przemilczając przy tym fakty niepasujące do przyjętej narracji. Przede wszystkim jednak trzeba sobie zdać sprawę z tego, że nie możemy ciągle tkwić mentalnie w przeszłości. Z historii warto wyciągać wnioski, nie można jednak żyć wyłącznie nią. Zwłaszcza Polacy powinni, nie dotyczy to bynajmniej wyłącznie relacji z Ukraińcami, dać już przeszłości umrzeć i skupić się na swojej przyszłości. I skupić się na aktualnych interesach naszego kraju. W żywotnym interesie Polski jest silna, niezależna i bezpieczna Ukraina. Silna, niezależna i bezpieczna Białoruś byłaby równie mile widziana.

Bezpieczeństwo Polski to także dobrze wyposażone siły zbrojne i dobre relacje zarówno z USA, jak i państwami Unii Europejskiej

Tak samo w naszym interesie leży zarówno podtrzymywanie dobrych relacji ze Stanami Zjednoczonymi, jak i z partnerami europejskimi. Nasz obecny rząd twierdzi, że doskonale to rozumie, że Polacy są zarówno proeuropejscy, jak i proamerykańscy. To dobrze. Drugie stwierdzenie jest prawdziwe, pierwsze najpewniej również. Niestety, wydaje się, że popełniamy kolejne błędy. Karygodnym posunięciem było zignorowanie problemów z masową migracją, jakie mieli – i ciągle mają – nasi europejscy partnerzy. Tacy, jak chociażby Włosi czy Grecy. Pomijając już nawet to, że im gorzej się w poszczególnych państwach Unii Europejskiej dzieje, tym częściej do głosu dochodzą tam siły, którym zupełnym przypadkiem bardzo po drodze z Kremlem. Przede wszystkim chodzi o to, że odwracając się plecami od naszych sojuszników w potrzebie ryzykujemy, że ci odwrócą się od nas, gdy my będziemy mieli jakieś problemy. A jak to jest teraz z gazociągiem Nord Stream 2?

Drugim błędem jest opieranie naszej obronności właściwie niemal wyłącznie o obecność amerykańskich żołnierzy na terytorium Polski. Chęć przypodobania się Amerykanom za wszelką cenę, skomentowana dość dobitnie i całkiem trafnie przez Radosława Sikorskiego na taśmach z Sowy i Przyjaciół, zdecydowanie ostudziła nasze relacje z Francją. A to z powodu anulowanego w skandalicznych okolicznościach przetargu na śmigłowce wielozadaniowe dla wojska.Tych do tej pory nasza armia nie ma, perspektywy na ich uzyskanie są co najmniej mgliste, szkody zostały już poczynione. Pomysł z Wojskami Obrony Terytorialnej również najwyraźniej okazał się niewypałem. Biorąc pod uwagę realia współczesnego pola walki i nacisk na operacje specjalne, duża ilość przeciętnie wyposażonego i wyszkolonego żołnierza nie reprezentuje sobą takiej wartości bojowej, jak by tego oczekiwali decydenci. W kwestii rozwoju naszych sił zbrojnych, jakość powinna mieć priorytet ponad ilość czy doraźne interesy polityczne tej czy owej formacji.

Sojusze są ważne, ale najlepiej móc liczyć na siebie

Sojusze, zarówno wojskowe jak i gospodarcze, są niezwykle ważne. Stanowią jedną z gwarancji bezpieczeństwa naszego kraju. Warto jednak podkreślić, że im więcej tych gwarancji, tym lepiej. Największą z nich zaś są własne możliwości odparcia agresora. Z porozumieniami międzynarodowymi bywa, niestety, różnie. Przekonała się o tym boleśnie Ukraina. Memorandum Budapesztańskie gwarantowało temu państwu nienaruszalność terytorium w zamian za rezygnację z broni jądrowej. Sygnatariuszami układu była Rosja, były Stany Zjednoczone, była Wielka Brytania. Te gwarancje, jak pokazuje rzeczywistość, okazały się dużo mniej warte, niż głowice jądrowe.