Rząd w sprawie koronawirusa i PZPN w sprawie Jerzego Brzęczka. Jak nic nie robić, gdy na horyzoncie katastrofa

Społeczeństwo dołącz do dyskusji (24) 03.10.2020
Rząd w sprawie koronawirusa i PZPN w sprawie Jerzego Brzęczka. Jak nic nie robić, gdy na horyzoncie katastrofa

Jakub Kralka

Jeśli ktoś poprosiłby mnie o zdefiniowanie „polskości w roku 2020” na przykładach, wskazałbym zachowanie rządu w sprawie koronawirusa oraz zachowanie PZPN w sprawie selekcjonera. Jest to brak działań tożsamy na niebezpiecznie wielu płaszczyznach.

Jakkolwiek niefortunnie może to zabrzmieć, epidemia oraz utrzymywanie Jerzego Brzęczka na jego obecnym stanowisku to pojęcia bardzo do siebie zbliżone, które niestety ilustrują pewien rodzaj podejścia na najwyższych szczeblach w strukturach władzy. Rewizja obranego wcześniej kursu jest strategicznie niedopuszczalna, bo przecież mogłaby zostać odebrana jako przyznanie się do winy.

Na początku o Jerzym Brzęczku

Nie winiłbym Jerzego Brzęczka za to, że jego kadra słabo gra w piłkę, bo nie byłby to pierwszy nieudany selekcjoner w historii reprezentacji Polski, a i schyłkowy okres pracy Adama Nawałki był bardzo rozczarowujący. Winić należy osoby decydujące o wyborze selekcjonera reprezentacji Polski, które stwierdziły, że trener odnoszący największe, ale zarazem nadal niewyrażalne w trofeach sukcesy z Wisłą Płock, ma już niezbędne doświadczenie do pracy w tej roli.

Obrońcy Jerzego Brzęczka (Jerzy Brzęczek, Zbigniew Boniek i Małgorzata Domagalik – no więcej się nie doliczyłem) są nieliczni, ale z ich wypowiedzi można wnioskować, że selekcjoner dobrze sobie radzi w swojej pracy. I rzeczywiście, przegrał wszystkie mecze, które były do przegrania i wygrał niektóre spośród tych, które były do wygrania. Gdyby tak grała kadra, w której kapitanem był Jerzy Brzęczek, to byłyby to wyniki na miarę jej ówczesnego potencjału.

Wprawdzie Piotr Zieliński jest topowym pomocnikiem Serie A, a Mateusz Klich wyrasta na nieoczywisty diamencik Premier League, jednak w reprezentacji Polski widzimy w nich odbicie Pawła Brożka, gdy w wieku 45 lat nadal będzie pewnie ponownie biegał w koszulce Wisły Kraków. Drużyna bez ładu i składu gromi takie potęgi jak Izrael czy Łotwa, w której piłka nożna nie jest nawet sportem pierwszego narodowego wyboru.

A jak Robert Lewandowski ma ochotę, to nawet pokonuje 3-2 Słowenię, gdzie dwie największe gwiazdy to bramkarze, przy czym jeden już nawet nie jeździ na kadrę, bo mu się nie chce.

W chwili gdy piszę te słowa, Jerzy Brzęczek jest w samym środku poważnego kryzysu wizerunkowego, który sprawiła mu Małgorzata Domagalik pisząc na jego temat książkę. Internet od kilku dni przerzuca się cytatami z publikacji, która zakłamuje rzeczywistość i nakazuje zadawać pytania o poczytalność nie tylko tego, kto te słowa napisał, ale i autoryzował.

Jeżeli do tej pory Jerzy Brzęczek był po prostu błędem personalnym Zbigniewa Bońka, tak teraz stał się suwerennym memem. Franciszek Smuda, dzięki temu dziś najpewniej nie jest już wspominany jako najgorszy trener reprezentacji w ostatnich latach, zapewne uśmiecha się nawet pod nosem i myśli sobie „hehe, mowa jest srebrem, a milczenie tą, no, miedzią”.

Los zesłał PZPN-owi dar w postaci COVID, który przełożył o rok Euro 2020. Pomogłoby to w zrewidowaniu kursu obranego przez reprezentację. Powszechnym prawidłem futbolu jest bowiem to, że trener/selekcjoner jednak ma znaczenie. Czasem trzeba go szukać długo, ale warto, ponieważ dobrzy trenerzy potrafią sprawić, że drużyna gra na 150% swoich możliwości. Kiepscy trenerzy – że widzimy 10 Pawłów Brożków i samotnego Roberta Lewandowskiego.

Pomimo perspektyw na nieuchronną katastrofę (czyli pojechanie na Euro z aktualnie najlepszym piłkarzem świata, kilkoma świetnymi i rozpaczliwa walka o wyjście z grupy, a przypominam, że te grupy są teraz tak układane, by szanse na awans miała nawet reprezentacja Liechtensteinu w piłce wodnej) PZPN na swoim stanowisku trwa.

Rząd przespał ostatnie pół roku

Ta sama mentalność, acz na zdecydowanie poważniejszym szczeblu, bo przecież piłka nożna to tylko sport i rozrywka, towarzyszy naszym rządzącym. Mateusz Morawiecki krzyczał do staruszek, że tego wirusa to już w zasadzie nie ma, trzeba iść na wybory i głosować na Andrzeja Dudę. To oczywiście cyniczna strategia polityczna, ale należało mieć nadzieję, że chociaż w tle tych działań Polska w jakiś sposób przygotowuje się na nieuchronną katastrofę. Nie robiła tego.

Przepierdzieliśmy w stołek ostatnie pół roku myśląc sobie „jakoś to będzie”.

Podobnie jak w przypadku oczekiwanego słabego występu Polski na Euro 2021, mieliśmy wszystkie informacje, by podejrzewać, że będzie źle. Uczyła nas historia – Hiszpanka miała swój drugi – zdecydowanie poważniejszy – etap jesienią. Uczyła nas rzeczywistość – otworzyliśmy szkoły, więcej osób poszło do pracy. Uczył nas zdrowy rozsądek – jesień zawsze sprzyjała chorobom i łatwiejszym zarażeniom.

Ale, że uczył nas, nie znaczy jeszcze, że uczył też rząd. Próbowałem znaleźć sensowne opracowania tego, jak władza, która musiała się spodziewać drugiej fali koronawirusa, przygotowała nas – mając świadomość niedoborów w służbie zdrowia – na nadchodzące miesiące. Otóż… nie przygotowała, a niech kwintesencją tych działań pozorowanych będzie fakt, że nie ma już wolnych miejsc w szpitalach, zanim w ogóle na poważnie się zaczęło, a minister Łukasz Szumowski uciekł z tego okrętu w ostatnich tygodniach lata.

Generalnie jednak, poza odrobinę (kropla w morzu potrzeb) lepiej wyposażonymi szpitalami czy doszlifowaną aplikacją ProteGO Safe, przez ostatnie pół roku – w pełnej świadomości katastrofy – władza nie zrobiła nic. Nie stworzyła instrumentów, nie wypracowała procedur, nie rozbudowała szpitali, nie przygotowała nas na nadchodzącą drugą falę koronawirusa.

Jeśli chodzi o nadzieję. Reprezentacja Polski ma chociaż Roberta Lewandowskiego. Rząd ma Jacka Sasina.