Czy możesz ręczyć za prawdziwość wszystkiego do czego linkujesz? Jeśli nie to pomyśl, że pewnego dnia możesz odpowiadać za jakoś tylko podlinkowanej informacji.  Już teraz kwestia takiej odpowiedzialności jest stawiana przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka.

Linkowanie to naruszenie?

Niedawno w Bezprawniku narzekałem, że pojęcie „publicznego udostępniania” zostało rozszerzone o sprzedawanie odtwarzaczy, a jeszcze wcześniej o linkowanie. Jakoś z tym wszystkim żyjemy, ale prawo jest tworem dynamicznym i dziwaczne wyroki wydane wczoraj mogą dać o sobie znać jutro, nawet jeśli dziś tego nie odczuwamy.

Zobaczmy jak to działa na przykładzie linkowania. W roku 2016 ważny europejski trybunał (TSUE) uznał, że linkowanie do utworu może być potraktowane na równi z udostępnianiem tego utworu. Patrząc na to szerzej możemy powiedzieć linkowanie do treści naruszającej okazało się naruszeniem. Obrazowo powiedział bym, że tym jednym wyrokiem TSUE odebrał linkowaniu dziewictwo.

Teraz wyobraźmy sobie, że ten sam sposób myślenia wypychamy poza prawo autorskie. Czy zamieszczenie linka do treści zniesławiającej nie powinno być traktowane jak zniesławienie? Czy zamieszczenia linka do strony z mową nienawiści nie powinno być traktowane na równi z nawoływaniem do nienawiści? Czy linkowanie do oszukańczego sklepu nie jest usiłowaniem oszustwa?

Pytania wydają się absurdalne, ale sądy będą się nad nimi pochylać i będą musiały brać pod uwagę, że na gruncie praw autorskich już uznano linkowanie za coś równego naruszeniu.

Sprawa Nawalnego

Europejski Trybunał Praw Człowieka będzie się zajmował tym problemem w ramach sporu pomiędzy Aleksiejem Nawalnym a Rosją. Znany rosyjski aktywista w roku 2011 zamieścił na swoim blogu w LiveJournal link do filmu i strony www.russian-untouchables.com. Strona została założona przez kolegów Siergieja Magnitskiego – prawnika, który ujawnił nadużycia w organach skarbowych Federacji Rosyjskiej, potem został poddany represjom i osadzony w areszcie pod fałszywymi zarzutami (gdzie zmarł).

Nawalny opisał na swoim blogu materiały ujawnione przez Magnitskiego i uznał, że jego zdaniem są wiarygodne. Rosyjskie sądy uznały jednak,  że Nawalny dopuścił się w ten sposób zniesławienia. Rosyjski aktywista dochodzi sprawiedliwości przed ETPCz i jedna z jego linii obrony jest taka, że jako bloger nie udostępnił żadnych materiałów. Wideo było dostępne na YouTube i wcześniej zostało osadzone na dwóch innych stronach. Nawalny jedynie poinformował o istnieniu czegoś, co w internecie już było.

W obronie Nawalnego wystąpiły organizacje pozarządowe. Jedna z nich – MLDI – przekonuje, że konieczne jest dokonywanie rozróżnień między osobą ujawniającą informację oraz tą, która dokonuje redystrybucji informacji. Jeśli takiego rozróżnienia nie będzie to zacznie mrozić nas strach przed odpowiedzialnością za linkowanie. Dziś – tak się wydaje – możemy po prostu pokazać ustalenia innych i powiedzieć „kliknijcie tutaj! sami zobaczcie”. Możemy linkować do różnych oświadczeń i stanowisk. Ograniczenie swobody linkowania może natomiast prowadzić do „wysuszenia mediów i blogów” z różnorodnych opinii. Będzie trzeba nie tylko „grzecznie” pisać, ale też „grzecznie” linkować.

Na marginesie dodajmy, że ten sam problem dał o sobie znać na Węgrzech (jakby nie patrzeć w kraju UE). Strona 444.hu odpowiedziała za „niegrzeczne linkowanie” do pewnego filmu, bo rzekomo przyczyniła się do rozpowszechnienia bezprawnych komentarzy zamieszczonych pod filmem. Ta sprawa również dotarła do ETPCz.

Przełom już był. Pora na konsekwencje

Problem wyda się mniejszy jeśli założymy, że ETPCz wyda orzeczenia korzystne dla linkowania i praw człowieka. Przecież prawo do linkowania może być potwierdzone, prawda?

Ja jednak odczuwam pewien niepokój. ETPCz musi ważyć prawa zniesławiających i zniesławianych. Jestem w stanie wyobrazić sobie wyroki niekorzystne dla linkowania i uzasadnione w podobny sposób, jak wcześniej Trybunał Sprawiedliwości UE uzasadniał wyroki dotyczące naruszeń własności intelektualnej. TSUE zauważył, że linkowanie nie jest udostępnianiem, ale przecież może się przyczynić do zwiększenia skutków naruszenia praw autorskich. Czy nie należy teraz przyłożyć tej samej miary do zniesławień lub naruszeń dóbr osobistych? Nawet jeśli nie, to dlaczego? Dlaczego linkowanie do piractwa jest piractwem, a linkowanie do zniesławienia nie ma być zniesławieniem? Rosja będzie miała świetny argument w sporze z Nawalnym!

Przed laty było łatwiej. Po prostu trzymaliśmy się myśli, że linkowanie nie jest tym samym co udostępnianie. Innymi słowy podawanie adresu pewnej informacji nie było tym samym co podawanie tej informacji. Niestety ten sposób myślenia został już raz przełamany i wytworzona w ten sposób wyrwa może stanowić ujście dla całkiem innego myślenia o wolności słowa w sieci (lub o ograniczaniu tej wolności jak kto woli).