Kolejne głosowanie do skutku nasuwa jedno pytanie: po co nam w ogóle posłowie?

Państwo dołącz do dyskusji (28) 20.12.2020
Kolejne głosowanie do skutku nasuwa jedno pytanie: po co nam w ogóle posłowie?

Rafał Chabasiński

PiS po raz kolejny przegrał w Sejmie głosowanie nad uchwałą Senatu. I po raz kolejny zaordynowano głosowanie do skutku. Odrzucenie formalizmu w tworzeniu i stanowieniu prawa w Polsce chyba poszło trochę za daleko. Po co nam w końcu posłowie, skoro wyniki ich głosowań realnie nie mają żadnego znaczenia?

Kolejne posiedzenie Sejmu, kolejne głosowanie do skutku – tym razem do przeprowadzenia reasumpcji wystarczyła „prośba od szefa”

Trzeba anulować, bo przegramy„. Te słowa pewnej posłanki PiS zapisały się w historii polskiego parlamentaryzmu. Zwłaszcza, że głosowanie do skutku stało się bardziej normą, niż wyjątkiem od reguły. Jeżeli z jakichś powodów większości rządowej nie pomoże reasumpcja głosowania, to zawsze można uchwalić nowelizację zanim jeszcze w życie wejdzie dopiero co podpisana przez prezydenta ustawa.

Kolejne głosowanie do skutku miało miejsce w nocy z czwartku na piątek. Chodziło, znowu, o uchwałę Senatu z poprawkami do jednej z ustaw przyjętych przez Sejm. Akurat padło na akt regulujący kwestię zatrudniania personelu medycznego spoza Unii Europejskiej. Zjednoczona Prawica przegrała, znowu, niewielką ilością głosów. I, znowu, trzeba było anulować. Tym razem padła „prośba od szefa” o reasumpcję głosowania.

Pan kazał, marszałek Sejmu musi. W powtórzonym głosowaniu wola polityczna po raz kolejny zatriumfowała nad sejmowymi procedurami. Komentować sprawę można różnie, w zależności od upodobań politycznych. Nie chodzi jednak ani o ustawę, senacką uchwałę czy w ogóle o to, kto ma w tym sporze rację. Kolejne głosowanie do skutku unaocznia dużo poważniejszy problem naszego państwa.

Paweł Kukiz w jednym miał rację – naprawdę mamy w Polsce „patriokrację”

Dawno temu był sobie ruch Kukiz’15. Ten po latach zapisuje się czarnymi zgłoskami w historii polityki. Nie tylko stał się parlamentarnym przyczółkiem dla narodowców i korwinistów, ale także wzmocnienia dla Zjednoczonej Prawicy w postaci koła Wolni i Solidarni. Nie wspominając nawet o udziale w Koalicji Polskiej, sprowadzającym się do wbicia PSL noża w plecy przy pierwszej okazji po przegranych wyborach prezydenckich. Teraz to, co z niego zostało ciąży powoli albo w kierunku PiS, albo politycznego niebytu.

Zanim jednak doszło do tych wszystkich nieszczęść, Paweł Kukiz miał jedną bardzo celną obserwację odnośnie sposobu funkcjonowania naszego państwa. Otóż posłowie nie są wcale przedstawicielami narodu, lecz żołnierzami swoich partyjnych wodzów. System wyborczy, czy szerzej: cały ustrój naszego państwa, skonstruowany jest w taki sposób, by państwem rządziły partie. Ściślej mówiąc: ich przywódcy – bo to oni rozdzielają miejsca na listach, pieniądze i synekury.

Trudno nazwać „demokratycznym” ustrój, w którym wpływ obywateli na wybór swoich przedstawicieli jest bardzo ograniczony. Zwłaszcza, że pomiędzy wyborami parlamentarnymi w legalny sposób nie jesteśmy w stanie nic zrobić naszym „przedstawicielom” a instytucja referendum obywatelskiego stanowi nieśmieszny żart.

Politycy ponoszą dzisiaj odpowiedzialność wyłącznie przed swoimi partyjnymi przywódcami, którzy rozliczają ich z punktu widzenia interesów danego stronnictwa. Biorąc pod uwagę, że w Polsce coś takiego jak „kultura polityczna” dawno już przestało istnieć, tolerancja wspomnianych wodzów na różne wybryki swoich żołnierzy jest bardzo wysoka.

W tych warunkach poseł, czy senator, ma właściwie tylko jedno zadanie. Głosować tak, jak im partia kazała. Problem w tym, że nawet tej prostej pracy nie są w stanie wykonywać dobrze – co wyraźnie udowadnia każde kolejne głosowanie do skutku.

Każde kolejne głosowanie do skutku pokazuje ile tak naprawdę znaczy mandat poselski czy senatorski

Po co w takim razie nam 460 posłów? Nie reprezentują interesów swoich wyborców, bo nie muszą. Nie muszą w ogóle przejmować się swoimi wyborcami, bo dysponują wolnym mandatem – czyli po wyborach mogą robić co chcą. Jedynym ich zmartwieniem jest to, czy przywódca wpisze ich na listy czy nie. Problem ten dotyczy w szczególności anonimową rzeszę posłów, którzy nie należą do grona przywódców poszczególnej partii. W najlepszym wypadku: nie są na tyle medialni, by stanowić samoistny atut dla partii.

Mandat wolny to w tym przypadku pojęcie kluczowe. Opiera się na założeniu, że poseł czy senator stanowi niejako emanację woli swoich wyborców. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że to pozostałość po ceremoniale zamierzchłych czasów, w których sprawy państwa traktowano poważnie. Tyle tylko, że jeśli traktujemy posłów jak bezwolne stado owiec mające głosować tak, jak partia sobie życzy, to cały ten specjalny status szlag jasny trafia.

Skoro więc naród ze swoich przedstawicieli pożytku żadnego nie ma, to może lepiej byłoby mieć ich nie 460 a na przykład 60? Mniejsza liczba przedstawicieli to mniejsze koszty, dużo łatwiej byłoby ich wszystkich spamiętać. Do tego partie miałyby dużo mniej krewnych, przyjaciół i „zasłużonych działaczy”, którym należy się jakaś synekura. Problem w tym, że ustrojowo patrząc liczba przedstawicieli nie ma żadnego znaczenia.

III Rzeczypospolita nie jest w stanie skutecznie bronić się przed zakusami partii politycznych

Ustrój Polski skonstruowany jest w taki sposób, że władza ustawodawcza ma prymat nad wszystkimi pozostałymi. Skądinąd wbrew konstytucyjnym normom programowym głoszącym chwalebny ideał równowagi pomiędzy władzami. Rząd tworzy większość parlamentarna, prezydent nie ma szans na wybór bez poparcia partii. Sądownictwo parlamentowi udało się w ostatnich latach w większości opanować.

Tymczasem tak naprawdę władza ustawodawcza nie jest żadną władzą. Czym jest dzisiaj mandat poselski czy senatorski? Od momentu, w którym głosowanie ma wynik niezgodny z wolą partii – niczym. Prawdziwą władzę trzymają partie polityczne – w których z kolei władzę sprawuje zwykle przywódca, czasem z kliką swoich najbliższych współpracowników. Warto dodać, że taka władza sprawowana jest „bez żadnego trybu”, w sposób nieprzewidziany przez Konstytucję. To po prostu oligarchia przebrana w szatki demokracji.

Być może część zwolenników partii rządzącej doszukuje się teraz w niniejszym felietonu kolejnej tyrady wymierzonej w ich politycznych ulubieńców. Niesłusznie. Nie chodzi bynajmniej o to, żeby krytykować akurat PiS i koalicjantów. Owszem, żadne stronnictwo wcześniej nie eksploatowało niedomagań systemu z taką bezczelnością i brutalną wręcz szczerością. Proces gnicia instytucji państwa nie zaczął się jednak wcale od Prawa i Sprawiedliwości.

Wszystko wskazuje na to, że ustrój III Rzeczypospolitej był zepsuty od samego początku. Grzechem pierworodnym ustrojodawcy było naiwne założenie, że partie polityczne będzie cechować odpowiedzialność za państwo i zdolność do samoograniczenia. Że partie nie staną się w którymś momencie Partią, tą z ustroju z którym po 1989 r. mieliśmy niby zerwać. Że istnieje jakaś granica tego, do czego politycy się jednak nie posuną.

Dlatego obowiązująca Konstytucja nie zawiera żadnych skutecznych mechanizmów obronnych przed rozpychaniem się łokciami przez dostatecznie zdeterminowaną partię polityczną. Efekt jest w gruncie rzeczy łatwy do przewidzenia.

28 odpowiedzi na “Kolejne głosowanie do skutku nasuwa jedno pytanie: po co nam w ogóle posłowie?”

  1. A w innych krajach jest inaczej? Posłowie zawsze głosują zgodnie z interesem narodu, a nie swojej partii? Nie, raczej system równowagi politycznej jest dobrze wyważony, i jeśli uchwalą jakąś bezprawną (czy zwyczajnie głupią) ustawę, to sąd konstytucyjny ją unieważni. PiS dobrze wiedział co robi, zaczynając psucie państwa najpierw od sądów.

    • Głosowanie do skutku to czysto pisowska praktyka. Kiedy padł rząd Suchockiej, bo jeden poseł akurat miał sraczkę, nikt nie wolał o reasumpcję.

    • Po prostu są wśród nas politycy którzy mają do siebie szacunek – i tacy którzy się już całkiem skurwili…
      Przez 40 lat nie widziałem takiego upadku jak w ciągu ostatnich lat rządów pisu.
      Jakie to przykre, wolna Polska, wyrwana ruskim i komuchom wpada w ręce takiej miernoty…
      :(

    • Nie sądzisz, że autor popłynął z wnioskiem o przewadze nielicznej grupy posłów? Jest wbrew logice: mając mniejszą grupę posłów łatwiej jest ich kupić. Co więcej, bazując na wyrażonej przez autora chęci kontroli nad posłami przez wyborców, taka kontrola w przypadku wyboru 60 osób jest jeszcze słabsza (bo okręgi większe). Mało tego- przy 60-osobowym parlamencie wpływ liderów partyjnych na obsadę list kandydatów jest silniejszy.

      W ogóle autor tekstu plecie trzy po trzy. Ot kilka bzdurnych założeń, z których później wyciąga wnioski:
      – „Nie reprezentują interesów swoich wyborców, bo nie muszą.”: przykładem reprezentowania wyborców jest np. Daria Gosek-Popiołek z Razem, która pomaga w sprawach osobistych; Paulina Matysiak z Razem interweniuje w sprawach lokalnych, ba nawet poza swoim okręgiem wyborczym! Szkoda, że autor nie widział interwencji posłanek w trakcie protestów.
      – „Politycy ponoszą dzisiaj odpowiedzialność wyłącznie przed swoimi partyjnymi przywódcami, którzy rozliczają ich z punktu widzenia interesów danego stronnictwa.” – gdyby tak było to wyborcy nie wykopali by z Sejmu zaangażowanych prywatyzatorów z początku lat 90, nie wykopali by SLD w 2007, nie wykopali by PO po latach polityki lania ciepłej wody w kranie. Ta odpowiedzialność wybranych polityków objawia się min. tym, że znajdują się senatorowie i posłowie, którzy głosują wbrew liderom.

      ps.: PIS nie musiał zacząć psuć sądów bo już były popsute (przed reformą bardzo nieliczna grupa sędziów de facto kontrolowała wybory do KRS i tym samym kontrolowała instytucję kontrolną wobec siebie samych).

  2. Zgodzę się tylko częściowo. Autor dotyka widzi problem w partiokracji, a nie w małej mobilizacji obywateli albo w samej partii. *** jest partią wodzowską, i w niej trzeba się bezwzględnie słuchać prezesa. Rzeczy takie jak odwoływanie posłów są niezależne od ordynacji wyborczej. Nie ma lepszego systemu w Polsce niż system proporcjonalny. Polacy i tak głosują na partie, i nawet w przypadku gdy dany kandydat się nie dostanie to głos nie idzie do kosza tylko przechodzi na tego z partii, kto się dostał. I skoro program partii jest publicznie dostępny i wyborcy mogą się z nim zapoznać to głos na danego człowieka jest równoważny z głosem na partie. Przypadki gdzie ktoś zagłosował na konkretną osobę, ale nie zgadzał się z programem partii są marginalne. Lepszy byłby system STV, ale nie w kraju, gdzie był problem z książeczką wyborczą w 2014 roku. JOW proponowany przez wspomnianego Kukiza to jeszcze większa patologia, bo władza partii jeszcze bardziej by się wzmocniła, bo kandydaci niezależni czy z mniejszych partii nie mieliby szansy dostać mandatu. I do tego dochodzi manipulowanie granicami okręgu, żeby wybrał prawidłowy kandydat i nawet 49% wyborców w danym okręgu może być pozbawionych swojego reprezentanta.
    A grzechem pierworodnym Polskiej demokracji jest brak rozdziału władzy ustawodawczej od wykonawczej. Prezydent w Polsce wybierany w powszechnych wyborach nic nie może, a władzą wykonawczą jest premier wybierany przez partię rządzącą i nie wybierany w powszechnych wyborach.

    • mamy trójpodział, ale jak tak się dokładniej przyjrzeć to zamieniony rolami, i to dość kuriozalnie acz konsekwentnie. Taki stan trwa od 20 a nawet od 30 lat, Mianowicie:

      Parlament zachowuje się jak Rząd, czyli próbuje wszystko co powinno być rozporządzeniami upchnąć w ustawy i prawie ręcznie rządzić każdym policjantem, prokuratorem strażnikiem granicznym czy nawet komornikiem/nauczycielem.

      Rząd stał się od razu sędzią wyroków, wskazuje konkretne osoby/firmy i od razu skazuje na kontrole kary, jak kogoś aresztują to od razu winny.
      Steruje wszelkimi rozstrzygnięciami kar administracyjnych cywilnych i karnych.

      Natomiast dopiero kilka lat temu wyszło w ogniu walki o realną władzę, co tak na prawdę robi władza sądownicza.
      Z braku laku, wzieła się mianowicie za pisane ustaw, prawa. Oczywiście nie wprost, ale tak je interpretując i ferując wyroki że publikowane ustawy nie maiły realnego wpływu na rzeczywistość. A na pewno nie taki jaki mieli ich autorzy na myśli.
      Parlament zorientował się ze ktoś podbiera im tę władzę po sabotażu sędziowskim i uniemożliwieniu naprawienia skutków wyłudzeń kamienic w Warszawie.
      dlatego pis poszedł na wojnę z sądownictwem.

      jak spojrzymy na rzeczywistość przesuwając widok o 1/3obrotu. to nagle staje się jasne, co dlaczego się dzieje,
      po prostu w tym trójpodziale organa tego państwa zajęły zamienione miejsca

      • yyyy… nie. Wchodzenie w kompetencje „przekręcone o 1/3” są, według mnie, konsekwencją – nie przyczyną.
        A pierwsza była wg mnie legislacyjna sraczka, później pisanie na kolanie – czyli zasranie prawa bublami uniemożliwiającymi egzekwowanie prawa, stabilność, itd.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *