Oscary 2018 wygrywają Trzy billboardy za Ebbing, Missouri – a czy taka historia mogłaby zdarzyć się w Polsce?

Zbrodnia i kara dołącz do dyskusji (46) 04.03.2018
Oscary 2018 wygrywają Trzy billboardy za Ebbing, Missouri – a czy taka historia mogłaby zdarzyć się w Polsce?

Udostępnij

Marek Krześnicki

Trzy billboardy za Ebbing, Missouri to kawał dobrego kina, co doceniła amerykańska Akademia Filmowa, nominując go w wielu kategoriach do Oscarów. Czy historia opisywana w filmie mogłaby się zdarzyć w Polsce? Co można, a czego nie można zamieścić na billboardach? Oscary 2018 a sprawa polska.

Trzy billboardy za Ebbing, Missouri to bez wątpienia jeden z lepszych filmów, jaki ostatnimi czasy zawitał do kin. Opowiedziany bez udziwnień (ja to cenię), prosty, ale za to świetnie zagrany, z doskonałymi dialogami, a reżyser Martin McDonagh może być niemal pewien, że jego dzieło otrzyma kilka prestiżowych statuetek. Recenzję filmu – która dobrze oddaje moje osobiste odczucia na temat filmu – znajdziecie w Spider’s Web. Podczas seansu w kinie znajdującym się w Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku zacząłem się zastanawiać, jak punkt wyjściowy fabuły filmu wyglądałby, gdyby akcja toczyła się w Polsce.

Oscary 2018 Oscarami – ale co można wieszać na billboardach w Polsce?

Tym, którzy jeszcze tego filmu nie widzieli, należy wyjaśnić, że główna bohaterka Mildred Hayes (odgrywająca po raz kolejny niemal tę samą postać Frances McDormand), rozczarowana brakiem postępów śledztwa w sprawie zgwałcenia i zamordowania jej córki, postanawia w nietypowy sposób zachęcić funkcjonariuszy lokalnej policji do większego wysiłku. Wykupuje trzy billboardy obok rzadko już użytkowanej drogi wyjazdowej z miasta (a jednocześnie w miejscu, gdzie ofiara straciła swoje życie) w stosowany sposób krytykujące bezczynność policji. A przy okazji: wprost oskarżającej o to poważanego w mieście szeryfa, z imienia i nazwiska.

Sytuacja ta jest katalizatorem dla kolejnych, przedstawionych w filmie wydarzeń – nas jednak, przynajmniej na potrzeby tego tekstu, interesuje bardziej to, czy taka krytyka władzy publicznej byłaby dozwolona w Polsce? Czy nasza, lokalna, rdzennie polska Mildred Hayes mogłaby w ten sposób, publicznie skrytykować komendanta Policji z imienia i nazwiska?

Cóż, billboardy od dawna nie służą wyłącznie do reklamowania proszków do prania i samochodów. Kampanie społeczne (różnego rodzaju, włącznie z kampanią Sprawiedliwe sądy) to codzienność na billboardach dużych i małych. Za pomocą takich tablic reklamowych wyznaje się miłość i składa życzenia. Ale co z krytyką?

Funkcjonariusz publiczny musi się liczyć z krytyką…

Tutaj należy zauważyć, że funkcjonariusz Policji – czy szerzej: każdy funkcjonariusz publiczny, np. komornik sądowy czy sędzia – musi mieć grubszą skórę, jeśli chodzi o dobra osobiste. Wynika to jasno z orzecznictwa Sądu Najwyższego. W jednym z wyroków stwierdzono:

(…) inaczej należy traktować wolność słowa w sferze prywatnej, inaczej zaś w sferze życia publicznego. W tej ostatniej, zakres wolności słowa musi być szerszy, a osoby uczestniczące w życiu publicznym muszą liczyć się z krytyką, gdyż świadomie i w sposób nieunikniony wystawiają swe słowa i działania na reakcje społeczeństwa. Krytyka jako wkład w formę debaty publicznej a zarazem kontrola osób sprawujących stanowiska publiczne jest niezbędna w demokratycznym państwie prawa.

Dlatego czym innym jest napisanie „Jan Kowalski jest taki i owaki” o publicznie nieznanym Janie Kowalskim, a czym innym, czy Jan Kowalski jest premierem rządu (albo chociaż prezesem miejskich wodociągów). To podejście znajduje zresztą wyraz nie tylko w polskim prawie i orzecznictwie, ale również i europejskim. Europejski Trybunał Praw Człowieka wielokrotnie podkreślał, że krytyka władzy publicznej, nawet dużo bardziej ostra niż czerwono-czarne billboardy za Ebbing, Missouri, korzysta ze szczególnej ochrony wolności słowa.

…ale i tak może podjąć pewne kroki prawne

Oczywiście, można sobie wyobrazić, że zdenerwowany funkcjonariusz podejmie kroki prawne mające na celu ochronę swojego dobrego imienia, ma zresztą ku temu całkiem silne narzędzia. Zarówno kodeks cywilny, jak i karny zawierają przepisy umożliwiające walkę z krytykami. Nieszczęsny artykuł 212 kodeksu karnego stanowi przecież, że

Kto pomawia inną osobę, grupę osób, instytucję, osobę prawną lub jednostkę organizacyjną niemającą osobowości prawnej o takie postępowanie lub właściwości, które mogą poniżyć ją w opinii publicznej lub narazić na utratę zaufania potrzebnego dla danego stanowiska, zawodu lub rodzaju działalności, podlega grzywnie albo karze ograniczenia wolności.

Na szczęście ustawodawca w porę zorientował się, że taki samotny przepis mógłby mieć destrukcyjną dla wolności słowa siłę rażenia, i chwilę dalej czytamy w kolejnym przepisie, że

Nie popełnia przestępstwa określonego w art. 212 § 1 lub 2, kto publicznie podnosi lub rozgłasza prawdziwy zarzut:

1)dotyczący postępowania osoby pełniącej funkcję publiczną lub
2) służący obronie społecznie uzasadnionego interesu.

Jak jednak widać, przed sądem należałoby wykazać prawdziwość zarzutu. A czy zarzut nieudolnej pracy funkcjonariuszy jest prawdziwy czy też nie… to kwestia oceny, prawda? Na szczęście praktyka pokazuje, że medialna krytyka funkcjonariuszy Policji, jak na przykład w sprawie śmierci Igora Stachowiaka na komisariacie, ma sens.

Choć, co warto przypomnieć, dziennikarze mieli z tego powodu pewne problemy – jak choćby żądano od nich wyjawienia nazwisk informatorów. Dziennikarz dał sobie z tym radę. Czy polska Mildred Hayes byłaby równie wytrwała w walce z wymiarem sprawiedliwości?