Czy właśnie trwa pełzający zamach na wolność internetu w Polsce? Nie rzuca się w oczy – idą jednym przepisem na ustawę

Gorące tematy Państwo Technologie 06.09.2017
Czy właśnie trwa pełzający zamach na wolność internetu w Polsce? Nie rzuca się w oczy – idą jednym przepisem na ustawę

Udostępnij

Jakub Kralka

Nie ma Kodeksu internetu, nie da się go zmieniać tak, jak ustawę o Sądzie Najwyższym. Nie wiem czy mamy obecnie do czynienia ze zbiegiem okoliczności czy sprytem ustawodawcy i pełzającym zamachem na wolność internetu w Polsce. 

Redaktor Marcin Maj tonował trochę nastroje odnoszące się do ostatnich zmian w ustawie o świadczeniu usług drogą elektroniczną. Że Gazeta Wyborcza trochę histeryzowała i że zmiany wcale nie muszą być takie złe. Ja mam co do tego pewne wątpliwości, szczególnie kiedy spojrzymy na sprawę w szerszym kontekście, kiedy niczym w amerykańskim serialu zaczniemy łączyć ze sobą pewne zdarzenia.

Nie chcę być złym prorokiem, zresztą zupełnie poważnie uważam, że obecny ustawodawca nie jest dostatecznie bystry i przebiegły, by wznieść się na taki poziom działań prawnych, ale chciałbym zasygnalizować pewną bardzo niepokojącą i groźną w skutkach tendencję, którą ktoś może wykorzystać dziś… lub ktoś zupełnie inny za dekadę. Zwłaszcza, że zupełnie przy okazji dowiedziałem się, że podobne obawy ma Patryk Słowik (laureat Grand Press) z Dziennika Gazety Prawnej, gdy poprosił mnie o komentarz do przygotowywanego przez siebie artykułu (do przeczytania w piątkowej DGP).

Niechlujstwo legislacyjne czy świadome furtki?

Zmiany dotyczące prawnych regulacji internetu nie odbywają się w tak transparentny i spektakularny sposób, jak np. niedoszła wielka rewolucja w polskim sądownictwie, ale jeśli zaczniemy łączyć ze sobą kropki – pojawiają się powody do przynajmniej zaniepokojenia. To nie są nowe ustawy, to nawet często nie są ustawy związane bezpośrednio z zagadnieniami technologicznymi, za to rozsiane i przygotowywane przez niepowiązane ze sobą resorty.

Gdzieś się pojawia zdecydowanie większa kontrola nad pre-paidami w tzw. „ustawie antyterrorystyczne”, a to z kolei jakiś rejestr stron niedozwolonych w tzw. „ustawie hazardowej”. Na ten moment są to strony oferujące gry hazardowe i to te nielegalne. Ale istnieje zagrożenie, że w każdej chwili rejestr ten rozciągnie się na każdą stronę w internecie, która chociażby wspomniała o jednym z nieobecnych w Polsce serwisów hazardowych, a może nawet opublikowała po prostu zdjęcie piłkarza grającego przed kilkoma laty w Realu Madryt czy AC Milan, gdy ich koszulki zdobił firmy bukmacherskie.

Zresztą, podobne niechlujstwo interpretacyjne, choć do samego internetu odnoszące się już tylko pośrednio, towarzyszy nam na przykład w tzw. „ustawie antynikotynowej”, gdzie definicja reklamy produktów tytoniowych istnieje tylko teoretycznie, za to z całą pewnością jest zakazana. Znajomy bloger pytał mnie ostatnio czy może w ogóle napisać artykuł o paleniu e-papierosów i IQOS-ów – nie byłem w stanie udzielić mu jednoznacznej odpowiedzi. Nie chciałem brać odpowiedzialności za to, że ktoś nieprzychylnie dla niego zinterpretuje fatalnie nieprecyzyjny przepis ustawy. Bo mógłby.

Kolejne groźne pomysły na horyzoncie

Politycy, póki co nieoficjalnie, wspominają o ryzykownych pomysłach walki z „fake news” oraz zagranicznym kapitałem w mediach. Co więcej – wydaje się, że każda ze zmian w prawie niesie za sobą potencjał o wiele bardziej rygorystycznych ograniczeń swobody sieci, niż te, do których przywykliśmy i które dziś powstały na skutek ich stosowania. Gdybym miał prognozować i „doradzać” to w obliczu nadchodzącej lawiny uchodźców (oczywiście) należałoby raz na zawsze rozwiązać również problem legalności VPN.

Jeśli tego typu zmian zacznie przybywać, na podobnych zasadach i z podobną intensywnością, nie zdziwiłbym się na widok publicystycznych nagłówków o „pełzającym zamachu” na internet, który znaliśmy do niedawna. Nie zdziwiłbym się też, gdyby były to nagłówki spóźnione. Pogłoski o zmianach w ustawie o świadczeniu usług drogą elektroniczną również budzą mój niepokój. Część postulatów uważam za trafne, ponieważ obecna konstrukcja notice & takedown w wyjątkowo nieostry sposób określa sposób postępowania w przypadku naruszeń prawa i to do tego stopnia, że znanemu warszawskiemu adwokatowi przed Sądem Najwyższym udało się bardzo mocno zakwestionować jej autorytet – w mojej ocenie niesłusznie i ze szkodą dla internetu jako takiego.

Facebook i Google – internet sam w sobie. Ale to nadal własność prywatna

Pogłoski o pozostałych zmianach w ustawie o świadczeniu usług drogą elektroniczną wkomponowują się jednak nieco w tę narrację o „pełzającym zamachu”, ponieważ dokonywałyby niejako „wywłaszczenia” usługodawców internetowych z ich własnych stron. Motywacji ustawodawcy można przypisać pewną słuszność, gdy zauważy się, że Facebook czy Google stały się internetem samym w sobie, zaś administratorzy tych serwisów regularnie już podejmują arbitralne decyzje o ustalonej linii politycznej. Gwoli sprawiedliwości należy zauważyć, że nie tylko Polska, ale i na przykład Niemcy są zaniepokojone obecną pozycją tych portali.

Ja jednak muszę w tym wypadku stanąć w obronie własności prywatnej oraz prawa administratora do decydowania o tym, co znajduje się w witrynie, którą z własnej inicjatywy powołał, z własnej inicjatywy prowadzi i z własnej inicjatywy finansuje. Co więcej, nieostrość postulowanego art. 1. ust. 3 projektu ustawy wprowadza chaos decyzyjny, z którym ta sama nowelizacja chce przecież walczyć w przypadku doprecyzowywania zasad działania konstrukcji notice & takedown. Moje obawy wzbudza więc nie tylko sam pomysł, ale również liczne problemy, z którymi administratorzy spotkaliby się w praktyce, wliczając w to scenariusze, w której przedsiębiorcy internetowi stają się zakładnikami internautów, także tych zatrudnianych profesjonalnie przez partie polityczne w charakterze tzw. „trolli”.

Czy właśnie trwa pełzający zamach na wolność internetu w Polsce?

Tego nie wiem. Z jednej strony nie podejrzewam naszego ustawodawcy o taki spryt, biorąc pod uwagę grację z jaką uprawia na przykład politykę międzynarodową czy reformę sądownictwa. W oderwaniu jednak od bezpośrednich intencji (które, nauczone chyba przykładem ACTA, raczej są stonowane i boją się ataku na wolność internetu) należy podkreślić, iż coraz częściej w polskich ustawach zaczynają się pojawiać przepisy, które „odpalane” w stosownym momencie i w stosownej formule, mogą okazać się bardzo skutecznym i sprawnym narzędziem cenzury sieci.