Zamiast histeryzować o wolności internetu, porozmawiajmy na poważnie o prawie sieci

Gorące tematy Technologie 25.08.2017
Zamiast histeryzować o wolności internetu, porozmawiajmy na poważnie o prawie sieci

Udostępnij

Marcin Maj

Wolność internetu, wolność słowa, fake newsy – z tymi delikatnymi sprawami wiąże się projekt Ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną, nad którym najwyraźniej pracuje Ministerstwo Cyfryzacji. Sprawa jest rzeczywiście ważna i delikatna, ale właśnie dlatego doradzałbym zachowanie spokoju.

Pokazano jakiś projekt

Gazeta Wyborcza opublikowała jakiś projekt nowelizacji ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną. Piszę „jakiś” bo nie jest to projekt opublikowany przez ministerstwo oficjalnie. Zakładam, że może to być jakiś dokument roboczy, który zapewne będzie poddawany jeszcze niejednej zmianie. Oczywiście to nie przeszkadza w tym, by nad dokumentem podyskutować.

Gazeta Wyborcza już napisała, że projekt ma regulować kwestię fake newsów i przy okazji może ograniczyć niezależność platform społecznościowych. Niektórzy mówią, że jest to krok w stronę legalizowania tzw. astroturfingu. W Polityce minister Anna Streżyńska już zapewniła, że wcale nie chodzi o ograniczanie wolności w sieci. Jest jeszcze artykuł Fundacji Panoptykon, który opisuje zgniły kompromis jakim ma być notice and takedown. Komu wierzyć? Czy właśnie dokonuje się zamach na wolność internetu?

Moim zdaniem mamy do czynienia z sytuacją ciekawą… i tyle. Nie widzę powodów do wielkich emocji, choć sytuacja wymaga obserwowania. Aby to zrozumieć trzeba spojrzeć na projekt z innej perspektywy. Takiej uwzględniającej historię UŚUDE.

Nie taki nowy problem

Zacznijmy od wyjaśnienia czym jest Ustawa o świadczeniu usług drogą elektroniczną (UŚUDE). Rzeczywiście reguluje ona sposób świadczenia e-usług, ale ten obszar rozciąga się także na inne ustawy. Natomiast dość istotnym elementem tej ustawy jest art. 14, który wprowadził do polskiego prawa coś jakby notice and takedown (zgłoś i usuń). Ten mechanizm (notice and takedown) funkcjonuje właściwie w całym zachodnim świecie w odniesieniu do informacji opublikowanych bezprawnie. Mówiąc bardzo ogólnie chodzi o to, że usługodawca (czyli np. YouTube lub Facebook) nie odpowiada z miejsca za wszystkie treści opublikowane przez użytkowników. Odpowiada dopiero wówczas gdy zignoruje zgłoszenia o bezprawności tych treści.

Artykuł 14  w obecnej wersji UŚUDE mówi tyle, że za przechowywane dane nie odpowiada usługodawca, który nie wie o ich bezprawnym charakterze. Dlatego np. jeśli w Bezprawniku napiszesz komentarz obrażający jakąś osobę to trudno będzie pociągnąć Bezprawnika do odpowiedzialności za to (o ile usuniemy komentarz po otrzymaniu „wiarygodnej wiadomości”).

Problem w tym, że artykuł 14 nie reguluje wielu szczegółów. Nie mówi czym właściwie jest „wiarygodna wiadomość”. Nie mówi jak szybko powinna nastąpić reakcja usługodawcy. Te delikatne kwestie nie raz rozstrzygały sądy, ale zadajmy dobre pytanie. Czy to nie powinno być lepiej uregulowane w ustawie?

Od lat mówi się o potrzebie wprowadzenia dokładniejszych regulacji (i w ogóle znowelizowania UŚUDE). Pewne próby podjęto w roku 2013 jeszcze za rządu Donalda Tuska, kiedy ministrem był Michał Boni. Zaproponowano wówczas, by „wiarygodna wiadomość” zawierała dane adresowe, informacje o treści rzekomo naruszającej prawo, uzasadnienie i oświadczenie o zgodności z prawdą przedstawianych informacji. Proponowano też, by usługodawcy mieli obowiązek udostępniania formularza do przyjmowania zgłoszeń. Czas na rozpatrzenie zgłoszeń miał wynosić 3 dni. Ten projekt z 2013 roku da się jeszcze znaleźć w Scribd.

Notice and takedown po nowemu

Projekt ujawniony teraz przez Wyborczą to w pewnym sensie powtórka z rozrywki (choć lepiej dopracowana). Ministerstwo Cyfryzacji znów proponuje zdefiniować jaka powinna być „wiarygodna wiadomość”. Oprócz wskazania wnioskodawcy i danych, ma ona zawierać… uwaga…  wskazanie naruszonego prawa, opis sposobu naruszenia prawa, wskazanie podmiotu naruszonego prawa oraz informacje o charakterze chronionego dobra. Te wymagania są dość wysokie, nawet jeśli porównamy je z wymaganiami stawianymi w innych krajach w ramach procedury notice and takedown.

Teraz ministerstwo chce dać na usunięcie bezprawnej informacji 7 dni. Jedni powiedzą, że to mało. Inni, że dużo. Ja tylko przypomnę, że niegdyś rząd PO proponował 3 dni i moim zdaniem to było za mało.

Projekt przewiduje także możliwość złożenia sprzeciwu przez usługobiorcę i to jest ważne. Czyli jeśli ktoś zablokuje Twój komentarz na Bezprawniku lub film na YouTube, będziesz miał zagwarantowane ustawowo prawo sprzeciwienia się temu. Jeśli sprzeciw nie zostanie uwzględniony to osoba, której treść zablokowano, dowie się kto spowodował to zablokowanie (i będzie można tę osobę pozwać).

Co może wzbudzać wątpliwości?

Jeśli coś miałoby mnie niepokoić w projekcie ustawy to przepisy, które mają gwarantować swobodę wypowiedzi (co paradoksalnie może oznaczać brak pewnej swobody w świadczeniu e-usług).

Przykładowo art. 1. ust. 3 projektu, w którym czytamy, że „Usługodawcy usług świadczonych drogą elektroniczną dostępnych na terenie Rzeczpospolitej Polskiej (…) nie mogą ograniczać ani w jakikolwiek inny sposób utrudniać dostępu do tych usług lub dystrybucji przekazanych do rozpowszechniania komunikatów lub rzeczowych wypowiedzi wytwarzanych przez usługobiorców społeczności gromadzących się w ramach tych usług, a także dzienników, czasopism lub innych publikacji prasowych w rozumieniu ustawy – Prawo Prasowe (…) z powodu ich linii programowej, treści, albo regulaminów świadczenia tych usług (…)”.

Powyższy tekst można różnie zrozumieć (zwracała na to uwagę również Fundacja Panoptykon). Autorom projektu najprawdopodobniej chodziło o to, aby nie dochodziło do arbitralnych, nagłych i niezrozumiałych blokad określonej grupy ludzi. Gdyby jednak brzmienie traktować literalnie to znaczy, że gazety mają ograniczoną możliwość ograniczania dostępu do swoich stron, co może oznaczać problemy ze stosowaniem paywalli oraz problemy z moderowaniem komentarzy zgodnie z linią programową serwisu. Można sobie nawet wyobrazić sytuację, w której taki przepis utrudniałby walkę z fake newsami czy trollami.

Projekt przewiduje także, że spory o nagłe zablokowanie dostępu do usługi miałyby szybko trafiać do sądu.

Ta propozycja mogłaby narobić duuuużo zamieszania i jeśli coś powinno nas w tym projekcie martwić to właśnie to.

Żeby Streżyńska była Streżyńską

Czy powinniśmy się bardzo tym martwić? Moim zdaniem odpowiedź na to pytanie nie zależy od obecnego brzmienia przepisów, ale od sposobu procedowania projektu.

Obecnie mamy roboczy dokument ministerstwa (tak rozumiem z wypowiedzi minister Streżyńskiej). Akurat to ministerstwo potrafi zrobić normalne konsultacje i procedować projekt w rozsądnym tempie. Jeśli będą solidne konsultacje i ministerstwo wysłucha różnych uwag, z tego projektu mogą być nawet pewne korzyści. Z drugiej strony materia tykana przez ministerstwo jest bardzo delikatna i naprawdę łatwo coś zepsuć, nawet niechcący. Tym bardziej ważne są konsultacje.

Mnie trochę martwi to, że powstaje od razu projekt. Wolałbym najpierw zobaczyć założenia do projektu ustawy, które byłyby poddane konsultacjom. Kiedyś takich dokumentów było więcej, natomiast za rządów PiS założeń właściwie się nie robi i nie konsultuje. Ale… Ministerstwo Cyfryzacji jest jednym z niewielu ministerstw, które czasem zrobi nawet założenia.

Nie wątpię, że UŚUDE wymaga nowelizacji w pewnych obszarach. Mamy zapowiedź, że ta nowelizacja będzie i to samo w sobie nie musi być złe. Jeśli prace będą przeprowadzone ostrożne i rzetelnie, może to przynieść dobre skutki. Jeśli prace będą szybkie i nacechowane ideologicznie, będziemy przez lata męczyć się z prawnym gniotem. Minister Streżyńska jest chyba najbardziej merytorycznym ministrem tego rządu. Jeśli tak zostanie to nie powinno być tragedii.