Polskich podatków nie da się lubić, ale Polacy pilnie potrzebują mądrego podatku katastralnego

Gorące tematy Nieruchomości Społeczeństwo dołącz do dyskusji (290) 15.09.2020
Polskich podatków nie da się lubić, ale Polacy pilnie potrzebują mądrego podatku katastralnego

Jakub Kralka

Choć nie jestem przesadnym zwolennikiem podatków po polsku, coraz częściej przekonuję się do koncepcji podatku katastralnego. Polacy pilnie go potrzebują. Tym co studzi mój entuzjazm, jest indolencja legislatora, który prawie na pewno wprowadziłby ten podatek w zły sposób.

Jak tu lubić polskie Podatki?

Idea podatków jest ciekawa, natomiast wieloletnie narodowe doświadczenia z wdrożeniem tej koncepcji doprowadziły nas do nieuniknionej konkluzji, że podatki są złe. Oto bowiem zamiast zrzucać się na wiele ważnych kwestii wspólnymi siłami, odbiera nam się bardzo dużo pieniędzy, w patologicznych przypadkach konfiskując nawet i połowę pensji. Co więcej – dodatkowo kamuflując ściągane z nas podatki pod postacią abonamentu RTV, akcyzy czy podatku cukrowego, często w nieuczciwy sposób, a – co gorsza – w sposób skomplikowany. Ja na przykład bardzo chętnie oddawałbym państwu 25% wszystkiego, co zarobię. Ale niech to będzie koniec. Żadnych deklaracji, składek ZUS, abonamentów, opłat przesyłowych i skomplikowanych przepisów. Jedna strona A4, zamiast ustaw podatkowych powiększających się w tempie mogącym pożreć niejedną galaktykę.

Drugim problemem podatków jest fakt, że pieniądze zabierane są najbardziej rozsądnym dysponentom – ich właścicielom. Kupując smartfona czytamy artykuły na jego temat, oglądamy filmy, idziemy do MediaMarkt trochę się nim pobawić na wystawie. Urzędnik kupuje z publicznych pieniędzy dziesiątki tysięcy smartfonów, z których nawet nie będzie korzystał. Nie obchodzi go, czy wybierze dobrze. Tak samo jest z budową dróg, inwestycjami w armię, zatrudnianiem podwładnych urzędników itd.

Żyjemy więc w kraju, w którym ciągle przybywa podatków, są one bardzo skomplikowane, a obywatel stoi na straconej pozycji w konfrontacjami z urzędami skarbowymi, choć te wcale nie stronią od pomyłek czy przeczących sobie stanowisk. Co gorsza, wszyscy widzimy, że te pieniądze są wydawane źle, a w ostatnich latach bardzo źle – politycy kupują sobie możliwość władzy, przekupując część społeczeństwa, zamiast inwestować w rozwój kraju.

Podatek katastralny jest tym, czego Polacy potrzebują

Oczywiście mam nadzieję, że nikt powyższych akapitów nie planuje rozpatrywać w kategorii jakiegoś „wstępu do teorii podatku”. Chciałem jednak nakreślić z jak ciężkim sercem przychodzi mi pisanie artykułu, w którym być może postuluję wprowadzenie jakiejś nowej daniny.

Wracając do teorii podatku. Ten w Polsce służy tylko jednemu celowi: zasileniu budżetu państwa. Czasem próbuje się mu przypisywać szczytne cele, jak na przykład podatkowi cukrowemu, który niby miał odchudzić Polaków. Robi to tak fantastycznie, że wpływa na cenę miodu, a zanim Bezprawnik i kilka innych mediów podniosło medialny lament, chciano też opodatkować nim napoje light. Podatkom można przypisywać górnolotne hasła, ale ostatecznie sprowadza się to jednego – by zabrać ludziom pracy jeszcze więcej, zasilić budżet państwa, a po drodze odsypać trochę żonie czy instruktorowi narciarstwa.

Podatek katastralny nie jest oczywiście potrzebny, by zasilić budżet państwa. Jego rola powinna mieć charakter wyłącznie odstraszający. A konkretnie – odstraszający duży kapitał od inwestycji w nieruchomości.

Młodzi ludzie nie mają gdzie mieszkać

Każdego dnia czytam w sieci artykuły o galopujących cenach nieruchomości (co nie dziwi, Polacy z racji polityki gospodarczej rządu tracą obecnie pieniądze najszybciej w Europie – inflacja jest gigantyczna, a stopy procentowe znikome). Poprzedzają je analizy o tym, że młodzi mieszkają z rodzicami, wynajmują mieszkania na studenckich warunkach po kilka osób w mieszkaniu lub też ostatecznie mają jakieś zasoby pozwalające na wynajem kawalerki, ale już nie na wzięcie kredytu.

Problem ten nasila się i pogłębia. Póki co kryzys spowodowany COVID-19, choć wiele na to wskazywało, nie uruchomił jeszcze rynku mieszkaniowego dla mniej zamożnych – i nie wiadomo czy tak się stanie w najbliższym czasie.

Coś poszło nie tak, bo rozglądam się dookoła i widzę, że własne mieszkanie przestało już tylko być poza zasięgiem leniwych gamoni zaczytujących się w „Kapitale XXI wieku” czy innych nieudaczników uważających pracę za wykraczającą poza ich lewicową godność. Własne mieszkanie to powoli cel nieosiągalny dla singli, ciężko i uczciwie pracujących par, a nawet osób w górnych 20% zarabiającej Polski, których przeraża nie tylko koszt kredytu, ale przede wszystkim – towarzyszące mu ryzyko.

Rozmawia w tramwaju dwóch kolegów: Czemu nie kupisz sobie tego iPhone’a, przecież to twoja dwutygodniowa pensja? No właśnie – nie uważam, by było mnie na niego stać, skoro to moja dwutygodniowa pensja. Trudno się zatem dziwić, że sporo osób niby może, ale jednak nie może sobie pozwolić na mieszkanie, skoro taka przyjemność to ich „trzydziestoletnia pensja”.

Mieszkanie oczywiście nie może być tanie

Nie uważam, żeby własne mieszkanie było prawem. Wiele osób nie stara się dostatecznie, by zasłużyć na taki przywilej. Część czeka, aż spadnie z nieba. Nie da się jednak ukryć, że w Polsce bardzo mocno zabliźnia nam się grupa osób, która na mieszkanie nie zasługuje z grupą osób, która nie może sobie na nie pozwolić, a powinna.

Przyczyn tego stanu rzeczy jest wiele, jednakże w mojej ocenie jedną z głównych jest fakt, że nieruchomości stały się konikiem współczesnej magnaterii. Giełda to zabawa dla pasjonatów, którzy naoglądali się Wilka z Wall Street. Dzieła sztuki są dobre dla wariatów, a inwestowanie w metale szlachetne dla ubranych na zielono krasnali. Polacy natomiast chcą być rentierami, nie tylko zresztą Polacy, bo całe budynki wykupują też przybysze z zagranicy, by następnie wydzielać je na Airbnb, dla studentów, dla Ukraińców czy wreszcie dla za biednych na kredyt.

O podatku katastralnym mówi się od lat

Skoro więc problem młodych jest na tyle istotny, że trąbią o nim wszystkie media, a rząd uważa, że łatwiej będzie nakraść pieniądze przy systemach państwowego budownictwa społecznego (które nigdy nie działają), być może warto rozważyć pewną formę interwencjonizmu państwowego, która docelowo zmusi kapitał do odpuszczenia tym biednym nieruchomościom na rzecz innych metod inwestycji.

Niech to będzie podatek katastralny, ale podatek mądry. Taki, który nie karze chłopaka, który właśnie odziedziczył mieszkanie po babci. Taki, który wybacza, że ktoś chce mieć dom na mazurach, mieszkanie w Warszawie i kawalerkę w Gdańsku. Bo to mieści się w granicach celów i marzeń życiowych tych lepiej sytuowanych Polaków, a karanie ich za tego typu zaradność byłoby wprawdzie tym co państwo uwielbia, natomiast przy okazji zaprzeczeniem wolności.

Z kolei podatek katastralny wymierzony w magnatów hurtowo skupujących nieruchomości mógłby przyjmować charakter progresywny. Z każdym kolejnym mieszkaniem, poczynając na przykład od trzeciego, powiększałby się o kilka procent. Jeszcze wyższy w przypadku nieruchomości dla firm. Chodzi o to, by nie opłaciło się mieć 7 czy 8 mieszkań, a mieszkania numer 5 i 6 musiałyby być już w sposób oczywisty bardzo rentowne.

Można marzyć o korzyściach, ale to jest Polska

Nie wiem czy wprowadzenie podatku katastralnego mogłoby być receptą na problemy młodych w konfrontacji z rynkiem nieruchomości. Instynktownie tak mi się właśnie wydaje. Pamiętajmy jednak, że każda forma tego typu interwencji niesie za sobą szereg trudnych do przewidzenia konsekwencji. Zarobione na podatku katastralnym pieniądze należałoby z kolei bezpośrednio przetransferować na system taniego budownictwa. Niech to nawet będzie jeden blok rocznie w każdym z dziesięciu największych miast w Polsce. Ale niech będzie. Z 20-procentową zniżką dla pracowników na przykład biedującej budżetówki. No dobrze, troszkę chyba za bardzo odkrywam w sobie socjaldemokratę.

Nie mam jednak złudzeń. Politycy nie wprowadzają podatków, by służyć obywatelom, tylko robią to wyłącznie dla siebie. Jeżeli jakaś forma podatku katastralnego rzeczywiście zawiśnie nad Polską, to – mogę się założyć – będzie idiotyczna. Młode małżeństwo będzie wtedy musiało redukować swoje dwa pokoje na Mokotowie w kawalerkę na Woli, a wykupowane przez Norwegów apartamentowce w Krakowie będzie się dało wyprowadzić na jakąś spółkę-krzak z Indonezji, która uniknie nowego podatku, a do bloków dewelopera państwowego będzie na przemian wprowadzała się lokalna wierchuszka PiS i PO.