Uber dla przewozu osób w mieście, był mniej więcej tym, czym Polski Bus dla podróży międzymiastowych. Fajnie, że się pojawił i udowodnił niektórym, że pojęcie takie jak „nie da się” nie istnieje. Taksówki zostały wprowadzone w XXI wiek. 

I nawet jeśli Uber zniknie, to branża taksówkarska raczej już zostanie ze swoimi nowoczesnymi aplikacjami, dzięki którym wiemy: kiedy, ile, kto. Co może być szczególnie istotne przy taksówkarzach z tzw. lepkimi rękami – bo i tacy, choć oczywiście bardzo sporadycznie, się zdarzają. Szczególnie, gdy „zmęczony” klient nie do końca orientuje się w realiach podróży. Chociaż ja, jak i wielu moich znajomych, już do taksówek nie wrócę, natomiast obawiam się, że niedługo będę musiał przesiąść się na autobusy nocne i podróże piechotą.

Czyta też: Ile zarabia kierowca Ubera?

Początkowo Uber oczarowywał, jednakże tempo w jakim psuje się jakość tej usługi jest skandaliczne. Na przestrzeni ostatnich trzech miesięcy więcej czasu spędzam na opisywaniu sporów i reklamacji z centrum obsługi klienta Ubera – lub po prostu wściekam się sam do siebie – niż rzeczywiście wynoszę przyjemności z przejazdów z przewoźnikiem. Generalnie jeśli średnia ocen kierowcy wynosi 4,8 i mniej, to już wiadomo, że coś prawdopodobnie będzie nie tak.

Nie tak to wyglądało na początku. Dziś kierowcy nie potrafią zaparkować tam, gdzie się umówiliśmy. Nie można się do nich dodzwonić. Rozpoczynają kursy bez pasażera albo nie kończą ich po wysadzeniu pasażera. Zdarzyły mi się już i historie kierowców, którzy generalnie cały kurs odbywali bez pasażerów. Nie bardzo wiem na co liczył w moim przypadku ten kierowca, ale niestety nie szło nam się porozumieć przez telefon, ponieważ był – zdaje się – Francuzem. Zresztą, brak komunikacji z kierowcami Ubera pochodzącymi z zagranicy jest już na porządku dziennym. Ukraińcy ledwo dukają po Polsku.

Uber – coraz gorzej

Mam wrażenie, że od czasu wyraźnego rozgraniczenia polskiego Ubera na POP i Select, doszło do całkowitego pozostawienia tej pierwszej taryfy „samej sobie”. Ja pamiętam jak Uber wchodził do Polski – miały być ładowarki w samochodach, możliwość ustawienia swojej playlisty ze Spotify (do tej pory nie znalazłem tej opcji), a przede wszystkim pewien standard samochodów. Dziś Uber POP-em coraz częściej jeżdżą już po prostu bardzo przeciętne samochody.

I może ten fakt sprawił, że usługa jest powszechniejsza, dostęp mają do niej niemal wszyscy, a to bardzo psuje jakość podróży. Pewnego razu zamówiłem Ubera, a po tym jak kierowca przyjechał, poinformował mnie, że on już jedzie do domu i jeśli kierunek mu nie będzie odpowiadał, to nie zrealizuje usługi. Chyba miałem szczęście, że akurat obaj udawaliśmy się w kierunku Arkadii.

Liczne anegdoty do opowiadania w towarzystwie, to chyba zresztą jedyny atut spadku standardów Ubera. Z moim rekordzistą jechałem w ten weekend. Od razu przepraszam, że to powiem, ale ostatni raz takiego stereotypowego wieśniaka (wybaczcie, nie da się ująć tego w inny sposób) widziałem w 2002 roku, w kinie, w filmie „Pieniądze to nie wszystko”.

Młody chłopak na łódzkich numerach rejestracyjnych podjechał po dziesięciu minutach oczekiwania (aplikacja pokazywała dwie – ale cóż, założyłem, że to jednak korki). Przywitał mnie słowami „Opłaca się panu zamawiać Ubera? Nie szybciej na piechotę by zaszedł?”. Po tych słowach wiedziałem już mniej więcej z czym będziemy mieli do czynienia, ale tak wprawiły mnie w osłupienie. Rzeczywiście – do biura miałem mniej niż 3 kilometry, ale bardzo zależało mi na czasie. Odburknąłem tylko, że „gdybym wiedział, że tyle będę na pana czekać to pewnie i bym zaszedł” mając przy okazji nadzieję, że kierowca się już do mnie nie odezwie.

Kierowca prowadził jedną ręką, w drugiej trzymał jabłko, które konsumował z tak niespotykaną intensywnością, że resztki tryskającego soku musiałem ścierać z czoła (a siedziałem na tylnym siedzeniu, imponujące). Niestety fakt posiadania jabłka w buzi nijak nie ograniczył jego chęci konwersacji. W pewnym momencie kierowca zaskoczył dość dziwnym manewrem, wjeżdżając pod bramę warszawskiego ratusza. Dopiero po chwili się zreflektował, że to przecież jeszcze nie ten skręt.

Uber jako źródło udręki i anegdot

„A to tu mieszka Duda!” stwierdził wyraźnie ciekawy świata turysta. Zaskoczony odparłem, że przecież to jest ratusz, ale niezbity z tropu kierowca nie dał się tak łatwo oszukać „Przecież jest napisane: prezydent”. Wyjaśniłem, że prezydent, owszem, ale Warszawy, modląc się, żeby ta przejażdżka się wreszcie skończyła. „A wie Pan, bo ja się nie interesuję polityką” podsumował rozmowę kierowca. Kurtuazyjnie chciałem więc odpowiedzieć, że „może to i lepiej”, mając na uwadze raczej nieciekawą sytuację w kraju, niż zamiar wyzłośliwiania się nad kimś raczej niezdolnym do szerszego pojmowania tego typu pojęć. Co zabawne, kierowca odczytał to jednak jako uszczypliwość, precyzując, że on swój rozum ma.

Potem jeszcze uznał, że chyba źle zaczęliśmy i postanowił mi wyjaśnić – sam z siebie – czemu czekałem na niego osiem minut dłużej, niż planowała aplikacja. Otóż dlatego, że zaakceptował przejazd stojąc w kolejce w sklepie, a kolejka była długa. Dobrze wiedzieć, bo na korki byłbym jeszcze w stanie przymknąć oko. Jakoś dojechaliśmy na miejsce, po drodze wysłuchując jeszcze, że całkiem fajny pomysł ten Uber i że to w sumie wygodne – przez grzeczność nie zaprzeczałem, choć w myślach odinstalowywałem już z telefonu aplikację Ubera.

Jest też bardzo dużo fajnych, porządnych, profesjonalnych kierowców Ubera. Sama usługa jest pomyślana o wiele lepiej, niż tradycyjne taksówki. Ale porównując pierwszy rok funkcjonowania usługi w naszym kraju i ostatnie miesiące, to wszystko wygląda jak przesiadka z Pendolino do TLK. Na każdych pięciu kierowców, przynajmniej trzech to będzie jakiś problem: językowy, lokalizacyjny, kulturowy. I ja poważnie zastanawiam się z czego wynika takie obniżenie standardów, natomiast na pewno warto mówić o nim głośno