Wojna Indie-Chiny o kawałek pogranicza Himalajów raczej nie wybuchnie. Wszystko jednak zależy od definicji wojny

Zagranica dołącz do dyskusji (126) 17.06.2020
Wojna Indie-Chiny o kawałek pogranicza Himalajów raczej nie wybuchnie. Wszystko jednak zależy od definicji wojny

Rafał Chabasiński

W dolinie rzeki Galwan robi się coraz bardziej niespokojnie. Liczbę zabitych po obydwu stronach konfliktu można już śmiało liczyć w dziesiątkach. To jednak nie oznacza, że wojna Indie-Chiny stała się faktem. Najprawdopodobniej do niej nie dojdzie.

Żołnierze Chin i Indii dalej toczą ze sobą „ustawki” w dolinie rzeki Galwan, w wyniku których zginęły dziesiątki osób

Konflikt pomiędzy Indiami a Chinami o dolinę rzeki Galwan w ostatnich tygodniach zauważalnie się zaognił. Sama rzeka znajduje się w rejonie Kaszmiru, będącym od wielu dekad punktem zapalnym pomiędzy trzema krajami. Spór o tamtejsze terytorium toczą Indie i Pakistan oraz Indie i Chiny. Wszystkie trzy państwa dysponują bronią jądrową.

Wojna pomiędzy nimi, w dowolnych konfiguracjach, mogłaby oznaczać potencjalnie niewyobrażalne straty w ludziach i ogrom cierpienia. Tyle tylko, że tak zły obrót spraw wydaje się na szczęście mało prawdopodobny.

Inwazja Chin na Indie, jak można nazwać przekroczenie umownej granicy przez tysiące chińskich żołnierzy, to jeden z wielu kroków prowadzących do eskalacji. Zaczęło się od bójek pomiędzy żołnierzami chińskimi i indyjskimi, z wykorzystaniem chociażby kijów nabitych gwoźdźmi.

Jeszcze niedawno strony prowadziły między sobą starcia, w wyniku których zginęło przeszło dwudziestu żołnierzy Indii. Kilkudziesięciu następnych miało trafić do chińskiej niewoli. Zabici najprawdopodobniej zostali także Chińczycy. Pekin jednak stanowczo zaprzecza. W tej chwili obydwie strony konfliktu miały wycofać swoich żołnierzy ze spornego terytorium.

Co ciekawe, stosowano w dalszym ciągu zasadę nieużywania broni palnej. To świadczy raczej o spontanicznym przebiegu starć pomiędzy żołnierzami, niż o zaplanowanej przez którąś ze stron operacji wojskowej.

Konflikty w Kaszmirze nie angażują żadnego z trzech zaangażowanych państw w jakimś ogromnym stopniu

Czy to już jest wojna Indie-Chiny? Wszystko zależy od przyjętej definicji. Z punktu widzenia relacji pomiędzy państwami azjatyckimi, oraz historii konfliktów w Kaszmirze, niedawne starcia wydają się jednak bardziej drobnym konfliktem granicznym. Tego typu starcia pomiędzy Indiami a Pakistanem wybuchają na przykład nadspodziewanie regularnie, średnio co parę lat.

Dolina rzeki Galwan jest regionem o strategicznym znaczeniu. Teoretycznie jej opanowanie przez Chiny stanowiłoby realne zagrożenie dla indyjskiego terytorium. Problem w tym, że nawet wówczas pełne zaangażowanie obydwu stron w konflikt jest mało realne. Przede wszystkim na specyfikę tego konkretnego regionu. To tereny położone u podnóża Himalajów, będące dla wielkich armii logistycznym koszmarem.

Nie bez powodu wszystkie dotychczasowe wojny o Kaszmir, toczone przez Indie zarówno z Pakistanem jak i z Chinami, angażowały co najwyżej dziesiątki tysięcy żołnierzy po obydwu stronach. Dlaczego „co najwyżej”? Wszystkie te państwa dysponują siłami o zupełnie innej skali rozmiaru.

Indyjska armia dysponuje ok. 1,35 miliona żołnierzy, Chiny mają ich przeszło 2 miliony. Siły zbrojne Pakistanu to 650 tys. samych żołnierzy służby zasadniczej. Do tego należy doliczyć rezerwistów oraz siły paramilitarne.

Prawdziwa „wojna” Indie-Chiny dotyczy przede wszystkim gospodarki i wpływów politycznych w Azji

Dlaczego więc Indie i Chiny toczą tak zażarty spór o kawałek ziemi gdzieś na peryferium swoich terytoriów? Powody są dość złożone. Wspomniane już strategiczne znaczenie doliny rzeki Galwan to jeden z powodów, lecz najprawdopodobniej wcale nie najważniejszy.

Wojna Indie-Chiny w pewnym sensie faktycznie się toczy, lecz w zupełnie innym sensie niż ten militarny. Dwa najludniejsze państwa naszej planety są zarazem aspirującymi światowymi potęgami. W tej roli, trzeba to przyznać, dużo lepiej radzą sobie Chiny. Indie jednak również mają mocarstwowe aspiracje.

Obydwa państwa z całą pewnością starają się uzyskać ich zdaniem należne miejsce na świecie. To oznacza, między innymi, dominację gospodarczą i polityczną w Azji. Siłą rzeczy ten status może uzyskać tylko jedno z nich. W pewnym sensie to podobny mechanizm co wojna handlowa i reszta rywalizacji chińsko-amerykańskiej w ostatniej dekadzie.

Inwestycje Chin w Afryce i w ogóle w basenie Oceanu Indyjskiego, przyrównywane niekiedy do kolonizacji, mają dwa cele. Pierwszy jest dość oczywisty – przynoszenie zysków Pekinowi. Mowa zarówno o korzyściach czysto materialnych, jak i tych politycznych. Skutkiem ubocznym, ale bardzo pożądanym przez Państwo Środka, jest swoiste zablokowanie możliwości rozwoju Indiom.

O ile Chiny prowadzą politykę od lat politykę bardzo ekspansywną, wręcz imperialistyczna, o tyle także w Indiach obecnie silne są tendencje nacjonalistyczne. Takie postawy bardzo utrudniają dyplomatyczne rozwiązanie konfliktu. Obydwa państwa z pewnością nie będą skłonne oddać choćby skrawek terytorium, jakie uważają za swoje. Zwłaszcza w sytuacji, gdy mimo wszystko rośnie liczba ofiar w ludziach. Ten problem w szczególności dotyczy Indii.

Wojna Indie-Chiny tak naprawdę nie interesuje żadnego z tych państw – co innego drobne konflikty graniczne

Prawdziwa wojna Indie-Chiny nie opłaca się ani jednemu ani drugiemu państwu. Obydwa państwa, wbrew pozorom i wbrew rywalizacji pomiędzy nimi, nie mają zresztą wcale takich znowu złych relacji. Te są na pewno dużo lepsze, niż w przypadku chociażby Polski i Rosji.

W internecie można znaleźć oczywiście teorie spiskowe, w myśl których posłanie żołnierzy na front to tyleż cyniczny co skuteczny sposób na znalezienie zajęcia mężczyznom pozbawionym pracy w wyniku epidemii koronawirusa. Takie stwierdzenie można jednak włożyć między bajki.

Jakby nie patrzeć, ani Chiny, ani Indie nigdy jakoś specjalnie nie przejmowały się ubóstwem dużej części swoich obywateli. Gospodarki obydwu państw najprawdopodobniej będą w stanie podźwignąć się z przejściowych kłopotów wywołanych przez chorobę.

Czym innym jednak jest odwrócenie uwagi opinii publicznej od niedomagań władzy danego państwa przy usuwaniu skutków epidemii. Drobny konflikt graniczny w tym celu sprawdza się znakomicie. Stawka nie jest zbyt wysoka, za to sprzyja skupianiu się obywateli dookoła władzy w imię narodowej dumy.

Wiele wskazuje na to, że obecny konflikt pomiędzy Indiami a Chinami nie będzie nawet jakimś momentem przełomowym w relacjach pomiędzy tymi państwami. Przynajmniej pod warunkiem, że nie stanie się coś niespodziewanego w kierunku jeszcze większej eskalacji. Z pewnością jednak wielka wojna Indie-Chiny nam nie grozi.