6 tys. zł netto po zawodówce. Ale i tak nie wierzcie, że nie warto iść na studia

Finanse Praca Społeczeństwo dołącz do dyskusji (177) 18.02.2019
6 tys. zł netto po zawodówce. Ale i tak nie wierzcie, że nie warto iść na studia

Udostępnij

Jerzy Wilczek

Ludowa mądrość z lat 90. brzmiała: studia to absolutna konieczność, by dobrze zarabiać. Ludowa mądrość A.D. 2019 brzmi: lepiej iść do zawodówki niż na socjologię. Faktycznie – zarobki po studiach już nie powalają. Ale naprawdę – nie wierzcie tym, którzy mówią, że dyplom to świstek papieru.

Poziom „premii za wykształcenie” (czyli różnicy w pensjach pomiędzy osobami z dyplomem magistra, a osobami z dyplomem z podstawówki) zmniejsza się z roku na rok – podaje Instytut Badań Strukturalnych. Co więcej, jest coraz większy popyt na rynku pracy na tych, którzy mają konkretny fach w ręku – na przykład taki wyuczony w zawodówce. Dla takiego fachowca zarobienie miesięcznie 6 tys. zł „na rękę” to nie problem. Nie dziwi więc, że coraz więcej młodych osób pyta – no to po co właściwie mi ten dyplom.

Zarobki po studiach coraz mniejsze, ale…

To, że „premia” jest coraz mniejsza, nie oznacza jednak, że osoby po studiach zarabiają mniej. Wręcz przeciwnie, ich zarobki są coraz wyższe. Jednak tym gorzej wykwalifikowanym zarobki rosną po prostu w jeszcze szybszym tempie – stąd i różnica jest coraz mniejsza.

Co więcej – to, że różnica się zmniejsza oznacza, że nasz rynek pracy jest coraz bardziej „zachodni”. W krajach OECD ludzie z dyplomem uczelni średnio zarabiają o 55 proc. więcej niż ci bez niego. W Polsce póki co ta różnica wynosi 60 proc. Choć więc się zmniejsza, to do OECD-owych standardów ciągle nam trochę brakuje.

Mało tego, w krajach skandynawskich te różnice są jeszcze niższe. I tak na przykład w Norwegii czy w Szwecji człowiek z dyplomem uczelni zarabia tylko ok. 25 proc. więcej niż ten po szkole średniej czy zawodowej.

Zarobki po studiach. Decydując o przyszłości, nie warto kierować się modą

Czy wybór „studia zamiast zawodówki” jest więc z gruntu nieopłacalny? Oczywiście, że nie. Decyzja o wyborze drogi edukacyjnej należy do najważniejszej w życiu każdego człowieka. Powinno się zatem wziąć pod uwagę dziesiątki czynników. Statystyki też, ale i indywidualne predyspozycje, sytuację rynkową, jak i… zdrowy rozsądek.

Brzmi banalnie? Tak. Problem w tym, że można odnieść wrażenie, że przez lata to nie zdrowy rozsądek rządził naszą edukacją, a po prostu moda. Na początku lat 90. była moda na zarządzanie i marketing, a więc na takie studia rzucały się tłumy maturzystów. Efekt był taki, że na początku XXI wieku świeżo upieczeni absolwenci zarządzania zarządzali głównie swoim wolnym czasem, bo masowo trafiali na bezrobocie. Później mieliśmy kolejne „modne” kierunki: europeistykę, dziennikarstwo, socjologię, psychologię, prawo…

Teraz mamy coś w rodzaju mody na wybieranie kariery „fachowca”. Żadne studia nie są z reguły bezsensowne, podobnie jak żadna ścieżka kariery nie jest z gruntu zła. Z gruntu złe jest natomiast kierowanie się przy wyborze życiowej drogi wyłącznie wiedzą z rodzinnych nasiadówek i mediów społecznościowych.