Jeżeli Donald Trump umrze, to kto będzie rządził Ameryką?

Gorące tematy Zagranica dołącz do dyskusji (118) 03.10.2020
Jeżeli Donald Trump umrze, to kto będzie rządził Ameryką?

Jakub Kralka

Donald Trump jest zarażony koronawirusem, a na dodatek z racji wieku oraz niezdrowego trybu życia znajduje się w grupie osób szczególnie zagrożonych chorobą. 

Oczywiście urzędującemu prezydentowi Stanów Zjednoczonych życzymy długiego życia w dobrym zdrowiu i jeszcze wielu lat spędzonych na polu golfowym. Jesteśmy przekonani, że wraz z rodziną niebawem wkrótce wrócą do zdrowia.

Natomiast rok 2010 nauczył nas w Polsce, że o czarnych scenariuszach warto rozmawiać. Ciągłość konstytucyjna Polski po katastrofie Smoleńskiej została zachowana, zadziałały ustawowe procedury, co moim zdaniem jest nieco niedoceniane w debacie publicznej. Bo to wcale nie takie oczywiste w młodych demokracjach.

Czy Donald Trump umrze? Oby nie. Wydaje się, że Amerykanie mają sytuację pod kontrolą i podjęli stosowne środki prewencyjne, by prezydent USA miał jak najlepszą opiekę medyczną.

Kto będzie rządził Ameryką, jeżeli Donald Trump umrze?

Stany Zjednoczone kwestię śmierci prezydenta w trakcie pełnienia urzędu mają jednak uregulowaną w sposób bardzo przemyślany. Mieli na to czas, ponieważ USA istnieją nieprzerwanie od 250 lat. Przez ten czas traciły też kilku prezydentów w czasie trwania kadencji i to z kolei nakazywało wypracować kilka mechanizmów.

Jak to często w tego typu sytuacjach bywa – początkowo punktem wyjścia był zwyczaj. W przypadku opróżnienia urzędu prezydenta na skutek jakieś nienaturalnej przyczyny, w pełnieniu obowiązków zastępował go wiceprezydent.

Tę kwestię Amerykanie zdecydowali się sformalizować dopiero w 1967 roku, XXV poprawką do Konstytucji, gdzie ustanowiono oficjalną linię sukcesji. W pewnym stopniu te rozwiązania przyjęły zresztą kształt zbliżony do Polski, ponieważ pierwszym do przejęcia urzędu był wiceprezydent, ale gdyby z jakiegoś powodu było to niemożliwe – następny w kolejce byłby spiker Izby Reprezentantów, a dopiero potem przewodniczący pro tempore Senatu. Podobnie wygląda to – nieco wbrew logice – w Polsce, gdzie choć Senat jest izbą wyższą od Sejmu, to jednak Marszałek Sejmu jest naturalnym zastępcą Prezydenta (tak też się stało w 2010 roku, gdy będący Marszałkiem Sejmu Bronisław Komorowski zaczął pełnić obowiązki Prezydenta).

Zasadnicza różnica – poza brakiem urzędu wiceprezydenta – to oczywiście fakt, że w Polsce rozpisujemy ponowne wybory. Wiceprezydent USA sprawuje urząd prezydenta do zwyczajowego końca kadencji. To z kolei oczywiście zawsze rodzi teorie spiskowe, jak na przykład podejrzewania Lyndona Johnsona o udział w zamachu na Kennedy’ego.

Fanom House of Cards szczegółów tego mechanizmu nie muszę zresztą tłumaczyć.

Donald Trump mógłby zostać zastąpiony przez Mike’a Pence’a

Biorąc jednak pod uwagę, że mierzymy się nie z zamachami, ani nie z katastrofami lotniczymi, kwestia sukcesji staje się jeszcze bardziej skomplikowana. Nic bowiem nie szkodzi na przeszkodzie (wybaczcie katastroficzne scenariusze), by w tak tragicznych okolicznościach Mike Pence, Nancy Pelosi czy Chuck Grassley również zmarli z powodu koronawirusa.

Linia sukcesji liczy sobie jednak aż kilkunastu sekretarzy. Nie precyzuję liczby, ponieważ liczba departamentów może się zmieniać, natomiast sekretarz w amerykańskim rządzie nie musi być urodzony na amerykańskiej ziemi. To czyni go w pełni zdolnym do służby swojego państwu, ale objęcie urzędu prezydenta byłoby wbrew konstytucji. Przykładowo – sekretarz transportu, Elaine Chao, urodziła się na Taiwanie i wypada z linii sukcesji.

Prezydent USA ma wielu następców. Dlaczego tylu?

Pomiędzy sekretarzem obrony i sekretarzem zasobów naturalnych (kolejno 6. i 8. osobą w kolejności sukcesji) znajduje się też Prokurator Generalny USA.

Niektórych mogłoby dziwić, że ta lista składa się aż z kilkunastu nazwisk, ale kraj taki jak Stany Zjednoczone nie może sobie pozwolić na „bezkrólewie”. Co więcej, przyczyn śmierci tych osób może być wiele. Na przykład zamach terrorystyczny w czasie spotkania gabinetu z prezydentem.

Z tego też względu w czasach Zimnej Wojny narodził się zwyczaj, by jeden z członków rządu był separowany od reszty jako tzw. Designated Survivor.