Kupowanie lub kopiowanie prac dyplomowych (i nie tylko) jest kręceniem sobie samemu sznura na szyję

Społeczeństwo dołącz do dyskusji (15) 22.11.2018
Kupowanie lub kopiowanie prac dyplomowych (i nie tylko) jest kręceniem sobie samemu sznura na szyję

Udostępnij

Emilia Wyciślak

Kupowanie prac a prawo – czy piszącemu w ogóle coś grozi? Dlaczego usługi pisania prac cieszą się taką popularnością? Czy studia w Polsce straciły już w ogóle na znaczeniu, skoro każdy może kupić sobie wykształcenie? 

Nie od dzisiaj wiadomo, że studentom zwyczajnie nie chce się pisać prac zaliczeniowych. Zasłaniają się brakiem czasu (po co w takim razie w ogóle zaczynali studia?), brakiem weny, brakiem dostatecznej ilości informacji… i szukają pomocy gdzie to tylko możliwe. Po co mają się wysilać, skoro ktoś za parę tysięcy złotych stworzy im pracę potrzebną do uzyskania zaliczenia?

Pamiętam taką sytuację na studiach. Mieliśmy dość proste zadanie: pójść na dowolną sztukę teatralną i napisać jej recenzję. Kiedy doktor prowadzący zajęcia przyszedł z naszymi pracami, był wściekły. „Czy wy myślicie, że ja nie mam Internetu?” zapytał. Było bowiem kilka osób, którym nie chciało się – na filologii polskiej – ruszyć do teatru i napisać czegoś o spektaklu. Po co? Studia to tylko papier.

Co grozi studentowi, który kupi pracę (a sprawa się wyda)?

Kupowanie prac a prawo

Student ma prawo kupić pracę. Ma ją prawo przeczytać, może na niej bazować, może szukać pomocy z bibliografią czy notatkami. Problem zaczyna się wtedy, kiedy podpisuje się jako autor dzieła, którego sam nie stworzył. Za to grozi kara pozbawienia wolności od trzech miesięcy do pięciu lat. Jeśli zaś powie, że autorem jest kto inny, wiadomo, zaliczenia nie uzyska. Powiedzmy jednak, że sprawa się wyda i uczelnia dobierze się delikwentowi do skóry. Prawdę mówiąc, jeśli go przycisną dobrze na obronie, również mogą być świadkami sypiącego się domku z kart. Rzecz w tym, że tego nie robią, a później na całą Polskę wybuchają skandale. Ilu z absolwentów uczelni szkół wyższych przedstawiło pracę, którą napisał im ktoś inny? Biorąc pod uwagę popularność takiego fanpage jak tutaj, mogła to być całkiem spora ilość osób (swoją drogą, ciekawe, czy sam piszący odprowadza wszystkie podatki).

Popularnością cieszą się też takie grupy jak ta, która reklamuje się następująco:

Grupa powstała z myślą o osobach które nie mają czasu na pisanie prac licencjackich, magisterskich, itp. ze względu na życie zawodowe lub prywatne i potrzebują fachowej pomocy w tym zakresie.

Rozumiem, że ktoś nie może ze względu na ważne sprawy napisać pracy, ale przecież nie trzeba robić tego w tym samym roku, prawda? Można to przesunąć o kolejny. Ale napisać samemu. Ryzyko związane z kupowaniem pracy jest takie, że mogła już być ona użyta. Jeśli wyłapie ją uczelniany program antyplagiatowy, to katastrofa.

Piszącemu nic nie grozi

Piszący – jeśli odprowadza podatki – jest bezpieczny. Nikt mu raczej nie zabierze tytułu zawodowego za pisanie prac innym ludziom. Co najwyżej naje się nieco wstydu przy znajomych (tylko niektórych, inni pogratulują przedsiębiorczości), jeśli ktoś kiedyś ujawni dane. Z tego jest jednak całkiem niezły biznes, bo teraz studia straciły na wartości, dostaje się prawie każdy, a pracy nie chce, albo czasem nawet nie umie napisać. Oczywiście rynek zweryfikuje potem takie osoby, gdy okaże się, że nie potrafią w swojej branży nic zrobić.

Kupowanie prac jest więc legalne, dopóki korzystamy z nich jako pomocy dydaktycznych, wszystko gra. Zazwyczaj jednak studenci na tym nie poprzestają. Wyjściem pewnie byłyby zapewne egzaminy wstępne przed dostaniem się na konkretny kierunek, ale na to uczelnie sobie nie pozwolą, w końcu każdy student oznacza pieniądze. I w ten oto sposób gryziemy własny ogon. Bo jakie znaczenie ma nasz wysiłek, nasza ciężka praca na studiach, skoro teraz tytuł może mieć każdy, kogo na to stać?