Zbliża się „podatek od linków” i antypirackie filtrowanie internetu? Unijna reforma zmierza w złą stronę

Technologie 12.07.2017
Zbliża się „podatek od linków” i antypirackie filtrowanie internetu? Unijna reforma zmierza w złą stronę

Udostępnij

Marcin Maj

W przyszłości publikowanie linka do artykułu w gazecie może być ryzykowne, a inne nasze treści będą przechodzić przez antypirackie filtry (nie zawsze doskonałe). Startupy mogą mieć o wiele trudniej, a usługi takie jak Google News mogą zniknąć z rynku. Takie właśnie „nowoczesne prawo autorskie” zaproponowała Komisja Europejska, a Parlament Europejski robi wrażenie, jakby nie miał energii by się temu przeciwstawić. 

Prawo autorskie dotyczy… Ciebie!

Ciągle trwają pracę nad reformą prawa autorskiego w UE i ta reforma będzie w ogromnym stopniu dotyczyć wszystkich użytkowników internetu, nie tylko twórców, wydawców albo innych „zainteresowanych środowisk”. Prawo autorskie wpływa bowiem na to co możemy w sieci opublikować, albo jak drogo będzie nas to kosztować. Prawo autorskie wpływa na to jakie informacje są dla nas dostępne oraz jak swobodnie możemy się komunikować.

Podatek od linków i filtry

Jeśli nie śledziliście unijnej reformy praw autorskich, powinniście o niej wiedzieć kilka rzeczy. Podam je w pigułce.

  • Pomysł przeprowadzenia reformy pojawił się pierwotnie jako reakcja polityków UE na sprzeciw obywateli wobec porozumienia ACTA. Obiecywano, że reforma zwiększy swobodę przepływu informacji w sieci.
  • O obietnicy dość szybko zapomniano. Gdy już zaproponowano kształt reformy, zamiast obiecanych swobód pojawiły się dwa kontrowersyjny pomysły uczynienia prawa jeszcze surowszym.
  • Pierwszy kontrowersyjny pomysł to tzw. „Podatek od linkowania„, czyli nowy rodzaj praw dla wydawców prasy (fachowo określany jak ancillary copyrights).
    Komisja Europejska chce, aby wyszukiwarki i agregatory miały obowiązek odprowadzania opłat na rzecz wydawców prasy. Podobne rozwiązania wprowadzono już wcześniej w Niemczech i w Hiszpanii, co wcale nie przyniosło dobrych efektów. W najgorszym scenariuszu „podatek od linków” może narazić na odpowiedzialność każdego, kto opublikuje w sieci choćby kilka słów z artykułu prasowego, lub opublikuje nagłówek z obrazkiem.
  • Drugi kontrowersyjny pomysł to zwiększenie odpowiedzialności pośredników internetowych co oznacza zmianę jednej z najbardziej istotnych zasad prawnych rządzących obecnie internetem.
    Wytwórnie muzyczne i filmowe życzą sobie, żeby platformy internetowe były zobowiązane do filtrowania treści przesyłanych przez użytkowników. Obecnie platformy muszą usuwać to, co zostało zgłoszone jako pirackie, ale nie mają obowiązku uprzedniego filtrowania. Warto zauważyć, że YouTube już filtruje treści (dzięki systemowi Content ID) i ucierpiał na tym niejeden uczciwy twórca. Mechanizmy „prawnoautorskiej” cenzury mogą utrudnić publikowanie absolutnie legalnych treści.

Ogólny kształt reformy został zaproponowany we wrześniu 2016 roku. Gdy prace nad nią przeszły do Parlamentu Europejskiego, pojawiło się nieco oporu ze strony niektórych europosłów. Przykładowo europosłanka Catherine Stihler z komisji ds. rynku wewnętrznego i ochrony konsumentów (IMCO) zauważyła, że pomysł „podatku od linków” jest tworzeniem „kolejnej warstwy prawa autorskiego”, które to prawo i tak jest skomplikowane i wymagałoby raczej uproszczenia niż dodatkowego gmatwania. Stihler zauważyła też, że giganci tacy jak YouTube poradzą sobie z filtrowaniem treści, ale startupy mogą mieć poważne problemy z realizacją nowych obciążeń. Dodajmy, że ten argument padał już nie raz. Internet wyrósł na obecnym modelu odpowiedzialności użytkowników za treść. Czy zatem warto ingerować w ten model?

Oczywiście część europosłów popiera zmiany, troszcząc się o dobro dużych wydawców. Trwają więc polityczne przepychanki. Gdzie w tym wszystkim jesteśmy teraz?

Posłowie „od kultury” słuchają wydawców

11 lipca propozycją Komisji Europejskiej w zakresie reformy praw autorskich zajmowały się dwie komisje Parlamentu Europejskiego – CULT (od kultury i edukacji) oraz ITRE (od przemysłu, badań i energii).

Na stronie Parlamentu Europejskiego nie ma jeszcze wszystkich dokumentów, ale relację z tego co ustalono opublikowała organizacja European Digital Rights (EDRi). Wieści nie są dobre.

Komisja CULT wsparła pomysł wprowadzenia „podatku od linków”. Co więcej, przyjęła ona poprawkę usuwającą z tekstu Komisji słowo „cyfrowe”. W ten sposób jeszcze poszerzono zakres i tak kontrowersyjnych przepisów. Co prawda komisja CULT postanowiła asekurować się poprzez usunięcie „podatku od linków” z publikacji niekomercyjnych, ale zdaniem EDRi nie będzie to miało żadnego znaczenia, skoro wielu internautów  korzysta z komercyjnych usług by udostępniać nawet te niekomercyjne publikacje (np. chwaląc się tekstem na Facebooku). CULT chce również, aby nowa szczególna ochrona publikacji prasowych obowiązywała przez 20 lat od publikacji. Tylko dlaczego 20 lat? Tego nikt nie chce wyjaśnić.

CULT wsparła też poprawki nazwane „kompromisowymi”, które mogą… zakazać przechowywania legalnie kupionej muzyki w usługach chmurowych (gdyż dostawcy tych usług również będą musieli filtrować treści). To jest głęboko absurdalne, ponieważ chodzi o dostęp do legalnie kupionej muzyki. Miejmy na uwadze, że obywatele państw UE  płacą miliony euro za prawo do kopiowania legalnie kupionych utworów. Odbywa się to w ramach opłat copyright levies” doliczanych do cen czystych nośników i urządzeń do nagrywania. Mimo to europosłowie chcieliby nam ograniczyć prawo do słuchania zakupionej muzyki na różnych urządzeniach.

Komisja ITRE zachowała większą rezerwę do propozycji Komisji Europejskiej, ale nie poradziła sobie z wyrażeniem zdecydowanego sprzeciwu. Przyjęte przez nią propozycję można uznać za „próby częściowego naprawienia sytuacji”, ale raczej nie zdecydowany opór.

Co dalej?

Opinie obu komisji mogą mieć wpływ na stanowisko komisji JURI (ds. prawnych). Dalszy ciąg dyskusji o nowym prawie autorskim będzie miał miejsce we wrześniu i październiku. Końcówka tego roku może być kluczowym momentem do uratowania lub pogrążenia spraw istotnych dla społeczeństwa informacyjnego.

Jeszcze przed głosowaniami w komisjach ITRE i JURI list do Europosłów skierowały m.in. polskie organizacje zajmujące się prawami cyfrowymi. Treść listu znajdziecie na stronie Centrum Cyfrowego.

Warto przytoczyć fragment listu.

Wprowadzenie dodatkowego prawa dla wydawców proponuje się pomimo tego, że w takich państwach jak Hiszpania czy Niemcy, gdzie zostało ono już wprowadzone, spowodowało ono spadek odwiedzin na stronach wydawców i powiązany z tym spadek przychodów. Opublikowane ostatnio w Hiszpanii taryfikatory ignorują rzeczywistość rynkową – według nich lokalny agregator treści Menéame musiałby  rocznie odprowadzić do hiszpańskiego OZZ CEDR) dwudziestokrotność swojego rocznego obrotu. W ten sposób przepisy te, zamiast wyrównywać szanse mniejszych firm agregujących treści, skutecznie uniemożliwią Europejskim agregatorom konkurowanie z globalnymi usługami.
(…)
Jeśli propozycja przygotowana przez Komisję Europejską nie zostanie usunięta z projektu dyrektywy,  to nowe prawo wyłączne działać będzie niezależnie od tego, czy wydawca istotnie nabył prawa  autorskie do takich treści od autora. Istnieje wręcz ryzyko, że opłacie podlegać będzie linkowanie do  treści niechronionych prawem autorskim.
(…)
Czytając projekt dyrektywy o prawie autorskim na Jednolitym Rynku Cyfrowym odnosimy wrażenie, że niektóre przepisy mają na celu podtrzymanie modeli biznesowych dopasowanych do analogowej przeszłości. Nowe prawo wydawców jak i mechanizm filtrowania treści wymusza redystrybucję dochodu z nowych gałęzi przemysłu kreatywnego do tych tradycyjnych. Jest to próba powstrzymania postępu technologicznego oraz zmieniających się potrzeb klientów (w tym przypadku użytkowników),  które wymuszają ewolucję przestarzałych modeli i weryfikują ich sprawność.

Reforma, czy obrona starych modeli?

Osobiście powiedziałbym to nieco ostrzej. Powiedziałbym, że reformę prawa autorskiego przeprowadzają podstarzali politycy słuchający podstarzałych wydawców. Nie chodzi mi o „starość” w rozumieniu wieku, ale o zastanie się w pewnych poglądach bez względu na zmieniającą się rzeczywistość.

Podam przykład tego zastania. Przemysł filmowy ciągle różnicuje daty premier filmów (najpierw film jest w kinach, na DVD trzeba czekać). To jest zaszłość z czasów, gdy szpula z filmem musiała objechać wiele kin. W XXI wieku, w erze dystrybucji cyfrowej, różnice w premierach mogą tylko napędzać piractwo, bo część ludzi chce obejrzeć film w domu i nie pójdzie do kina. Przemysł filmowy nawet nie próbuje eksperymentować z innymi terminami premier, bo „tak było kiedyś i było dobrze”.

Wydawcy prasy wierzą, że wystarczy stworzyć nowy rodzaj praw (ancillary copyrights) i internet ulegnie, zacznie płacić. Bo zawsze tak było, prawda? Wystarczyło się dogadać z politykami!

Wydawcy nie biorą pod uwagę, że choć można mieć monopol na treści to nie można mieć monopolu na informację. Ubocznym efektem nowego prawa może być zniechęcenie do cytowania, a wiec publikowanie tekstów po powierzchownych zmianach, bez żadnego wskazywania źródła (w istocie tak będzie bezpieczniej). Szkoda, bo w ciągu ostatnich lat udało się niektórych internetowych wydawców przekonać do uczciwszego cytowania.

Ta reforma praw autorskich może być nie tylko ciosem dla idei społeczeństwa informacyjnego. Ona może być także strzałem w stopę, choć niektórzy wydawcy i twórcy tego nie zrozumieją. Zrozumieją dopiero, gdy ich zaboli, a wtedy będzie za późno.