Kamil Fejfer z Magazynu Porażka krytykuje mój wpis o tym, że każdy Polak powinien prowadzić firmę

Społeczeństwo dołącz do dyskusji (205) 31.03.2019
Kamil Fejfer z Magazynu Porażka krytykuje mój wpis o tym, że każdy Polak powinien prowadzić firmę

Udostępnij

Jakub Kralka

Pan Kamil Fejfer to, jak udało mi się ustalić, popularny lewicowy bywalec mediów społecznościowych, twórca fanpage’a Magazyn Porażka. 

Pamiętam, że kilka lat temu całkiem mocno bawił mnie wspomniany Magazyn Porażka jako fajna satyra współczesnej rzeczywistości. Z czasem jednak zaczął mi się nudzić, a nawet męczyć, zaś sam fanpage stał się takim centrum społecznościowym dla ludzi, którzy w wieku 25 lat zorientowali się, że orientalistyka połączona z socjologią jednak nie przyniesie milionów, za głupie wybory obwinili społeczeństwo, postanowili oddać życiowego walkowera, położyć się na ziemi, a większość czasu w ciągu dnia spędzają obecnie udowadniając w mediach społecznościowych, że czytelnicy Magazynu Sukces powinni za pośrednictwem państwa oddawać im sporą część swoich przychodów – wyłącznie z tytułu odniesionego sukcesu.

Trudno jest dyskutować z Kamilem Fejferem, ponieważ akcja naszych wypowiedzi dzieje się w dwóch odrębnych światach. Jeśli ja swoim tekstem o Polakach prowadzących firmę żyję w krainie science-fiction, to polemika Kamila Fejfera pochodzi z opowiadań fantasy. Z płaskoziemcami i antyszczepionkowcami trudno jest dyskutować, a w mojej ocenie obaj wzajemnie postrzegamy swojego adwersarza z tej właśnie perspektywy.

Spróbujmy jednak na moment zajrzeć w cudowny świat Kamila Fejfera, w którym podstawowym prawem fizyki jest pogląd, że ludzie powinni oddawać swoje pieniądze innym, „bo pan Kamil tak mówi”. Otóż nie, moim zdaniem nie powinni, nawet jeśli powie tak pan Kamil, a cała młodzieżówka Partii Razem podpisze się pod tym na Facebooku.

Milionerzy

W moim artykule na łamach Bezprawnika postawiłem tezę, że lewica kłamie mówiąc, że milionerzy płacą mniejsze podatki, ponieważ 19% z 1 mln złotych to o wiele więcej, niż 18% z 30 000 złotych. A mimo to korzystają z tych samych dróg, szkół, wojsk. Pan Kamil pisze:

Zarabiający milion złotych przedsiębiorca nie stoi w takich samych kolejkach do lekarza. Sporą część usług medycznych kupuje na rynku, dlatego, że go na nie stać. Omija więc kolejki, a do publicznej służby zdrowia idzie tylko na poważniejsze zabiegi, gdyż wolnorynkowe ubezpieczalnie zazwyczaj nie oferują zajmowania się poważniejszymi przypadkami (w ten sposób najdroższe usługi przerzuca na system publiczny).

Nie rozumiem logiki tego rozumowania. Zarabiający milion złotych przedsiębiorca, choć jak my wszyscy płaci składki ZUS, które następnie wędrują w części do NFZ, ponosi dodatkowe koszty z tytułu prywatnej opieki medycznej. To chyba dobrze? Ten argument pana Kamila Fejfera wskazywałby raczej na konieczność rozważenia mniejszych składek zdrowotnych dla osób korzystających we własnym zakresie z alternatywy dla już trawionej problemami i kolejkami prywatnej służby zdrowia!

Co więcej, nie do końca rozumiem, a chyba wyczuwam pretensję w stwierdzeniu „w ten sposób najdroższe usługi przerzuca na system publiczny”. Jak to przerzuca? Przecież przedsiębiorca odprowadza co miesiąc przymusowe składki ZUS. W odróżnieniu od np. bezrobotnych, którym wszyscy fundujemy ubezpieczenia. Wszelkie świadczenia służby zdrowia mu się należą.

Dzieci biznesmenów zarabiających milion złotych nie chodzą też do publicznych szkół, tylko – zazwyczaj – również do prywatnych.

Podobnie jak w przypadku uwagi o służbie zdrowia, nie do końca rozumiem jak można potraktować jako zarzut fakt, że ktoś najpierw funduje w swoich gigantycznych podatkach publiczne nauczanie, a potem raz jeszcze musi płacić za edukację swoich dzieci, ponieważ państwo najwyraźniej nie jest w stanie dostarczyć usługi odpowiedniej jakości? Dlaczego pana Fejfera obchodzi na co przedsiębiorca wydaje swoje pieniądze już po ich opodatkowaniu?

Milionerzy mają pochyłe boisko i stać ich na wynajęcie osób, które będą grały za nich.

Skoro milionerzy mają takie proste życie, to każdy powinien zostać milionerem. Przecież nikt tego nie broni. Ale to chyba nie takie łatwe, prawda? Czyli najpierw ktoś dokonuje czegoś niesamowitego, a potem mamy go za to karać?

Jest pierdylion raportów legitnych organizacji, badań, biblioteki książek i czego tam Kralka chcesz, mówiących o tym, że na to czy będziesz milionerem czy medianowcem wpływ ma miejsce Twojego urodzenia, rodzina, edukacja, wsparcie które dostałeś od rodziców, wygrana na genetycznej loterii, a także to czy wstrzeliłeś się ze swoim biznesem, czy zostałeś monopolistą. Jeżeli więc się wygrało kilkadziesiąt razy na loterii z rzędu, a z drugiej strony są rzesze osób, które przegrały, to nie ma powodu, żeby się z nimi nie podzielić, jeśli i tak nie odczujesz za bardzo straty.

Lewica często podnosi argument o tym, że ktoś ma łatwiejszy start, bo rodzi się w rodzinie milionera. Ale spójrzmy na to z innej perspektywy. Pracujesz, zarabiasz, oszczędzasz. Czy robisz to tylko dla siebie? Nie, robisz to w dużej mierze również dla swoich dzieci, aby było im w życiu lepiej, łatwiej. One więc cudownie nie rodzą się w rodzinie milionera wygrywając los na loterii, tylko dostają start lepszy start w konsekwencji, bo ktoś na niego bardzo ciężko pracował.

Oczywiście w Polsce mamy pewien problem z zamożnymi ludźmi (z roku na rok coraz mniejszy, bo na szczęście tworzą się nowe elity), bo część z nich dorobiła się w czasach i na układach z czasów, gdy państwo było wszystkim, decydowało o wszystkim, nikt nie był w pełni odpowiedzialny za swoje życie, a obywatelom wydzielało niewielkie (niektórym większe) kieszonkowe i fanty wedle swojego uznania. Ale czy to nie idylla, o której marzą czytelnicy Magazynu Porażka?

Wszystkie te kodeksy pracy są po to, żeby wyrównywać wpisaną w rynek nierównowagę między podmiotem silniejszym (pracodawcą) a podmiotem słabszym – pracownikiem.

Jakiś czas temu przeczytałem oburzenie, że jeden z deweloperów gier komputerowych zwolnił 350 zbędnych pracowników. Ale co miał zrobić? Dalej ich zatrudniać, żeby nie było im przykro?

To jest główny problem dzisiejszej umowy o pracę. Próbuje tworzyć równowagę wobec nierównowagi, która nie istnieje. Umowa o pracę w niemal każdym możliwym aspekcie działa na niekorzyść pracodawcy, a na dodatek jest skrajnie niekorzystna pod względem podatkowym. Być może środowisko Kamila Fejfera, które znane jest tylko z odmieniania „przedsiębiorco daj” przez wszystkie przypadki, powinno raz pójść po rozum do głowy i zacząć proponować umowy o pracę, które są na przykład niżej opodatkowane i oskładkowane? Lub też pozostać przy tym samym wariancie, ale z kolei odjąć sobie część pracowniczych przywilejów?

Praca nie jest wartością samą w sobie. Wartością jest rezultat tej pracy, a z tym bywa juz różnie. Gdyby każdy był przedsiębiorcą w końcu mielibyśmy równowagę. Oba podmioty byłyby silne i współpracowałyby ze sobą kiedy tego potrzebują, a nie kiedy kodeks zmusza.

Co pan Fejfer wie o świecie?

Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że sienkiewiczowski Kali przyświeca Kamilowi Fejferowi nie tylko w dyskusjach o gospodarce i społeczeństwie, ale też niestety wiedzy ogólnej o świecie.

A kiedy będzie wojna (lol, jaka wojna), to milionerzy mają wystarczająco dużo środków, żeby się zawinąć przed wszystkimi innymi. Nie potrzebują myśliwców, bo zdążą uciec.

Po pierwsze, uważam, że pan Fejfer dysponuje wyobrażeniem milionera głównie na bazie komiksów Marvela. Po drugie, mam bardzo duży dylemat czy można stawiać znak równości między przedsiębiorcą zarabiającym milion, czy nawet dwa miliony złotych brutto rocznie, a milionerem. Znam kilka takich osób i dzięki mieszance swojego szczęścia, talentu, pracy oraz gigantycznego ryzyka podnoszonego na wielu etapach kariery wiodą przyjemne życie, o którym wielu może pomarzyć, ale nawet nie stali obok własnego helikoptera.

Przede wszystkim jednak przeraża mnie ignorancja zawarta w zwrocie „lol, jaka wojna”.

Przypomina mi się Janusz Palikot, który najpierw głośno krzyczał, że trzeba obciąć wydatki na wojsko, a dofinansować teatr, by dosłownie kilka miesięcy później panicznie obserwować ruchy rosyjskich wojsk po zajęciu Krymu na Ukrainie. Kwestionowanie możliwości wystąpienia wojny w naszym rejonie wskazuje na to, że pan Kamil nie ma bladego pojęcia co aktualnie dzieje się na świecie, jak wyglądają aktualne relacje USA i Chin, USA i Europy, jak w tym wszystkim odnajduje się modernizująca swoje struktury Rosja, czy fakt, że to na terytorium Polski leży jeden z dosłownie kilku najgroźniejszych potencjalnych obszarów zapalnych na świecie.

Za chwilę Mińsk może leżeć w Rosji. Ukraina wegetuje. My nawet nie wiemy dzisiaj czy Turcja jest jeszcze w NATO. Co robić, gdy zielone ludziki pojawią się na Łotwie? Czy jeśli rosyjska bomba spadnie na Podlasie, to amerykańska spadnie na Kaliningrad, Moskwę czy też zrzucą nam ulotki i puszki Coca-Coli na Kłodzko? Ze wszystkich państw Unii Europejskiej akurat Polska na wojnę powinna być przygotowana najbardziej – nawet jeśli nie ma powodu, by dziś chodzić w kamizelkach kuloodpornych po ulicach.

Mam świadomość, że z perspektywy wielu osób moje poglądy gospodarcze mogą się wydawać egzotyczne. Pamiętajcie jednak, że w odróżnieniu od pana Kamila Fejfera uważam, że jak najwięcej zarabianych pieniędzy powinno pozostawać w kieszeni Polaków, a nie lądować w kasie państwa, które i tak wyda te pieniądze źle, na głupoty, na korupcję polityczną, masę po drodze zgubi, sporo też ukradnie, a na końcu rozda nie zawsze temu, komu faktycznie mogłyby pomóc stanąć na nogi. Każdy uczciwie pracujący człowiek będzie beneficjentem rozwiązania, w którym jego pieniądze zostają przy nim.

A kto będzie stratny? Cóż…

Jeśli jednak ktoś za motto swojego życia wybrał słowo Porażka, to w moim przekonaniu nie tylko nie powinien chcieć jeszcze więcej naszych pieniędzy ze względów etycznych, ale też nie wydaje się najbardziej odpowiednią osobą, by decydować na co zostaną one przeznaczone. Jeszcze nigdy nawet dużo Porażek w jednym miejscu nie zmieniło się w Sukces, a jak nie wierzycie, to weterani polskiego start-upu na pewno niechętnie wam to potwierdzą.

Pan Kamil kwituje swój wywód stwierdzeniem:

Ja tam wolę kiedy w życiu jest wygodniej.

No dobrze, Panie Kamilu, tylko dlaczego za cudze pieniądze?

Rozumiem, że mamy dwie odrębne wizje świata. Tylko ja nie chcę nikomu niczego zabierać, wręcz oddawać, a pan Fejfer przeciwnie – chce zabierać jeszcze więcej. Z tego też względu, ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu, po uważnej analizie i przemyśleniu obu głosów, osobiście w tej dyskusji zdecydowałem się jednak bardziej podzielać swoje zdanie. Pan Kamil mnie nie przekonał w ani jednym aspekcie i myślę, że na tym tę dyskusję zakończę.