Czy da się walczyć z mową nienawiści poprzez ograniczanie wolności słowa? Można, ale wychodzą z tego takie sytuacje jak ta. Dodatkowo niepokojące jest to, że ograniczenie wolności słowa ma być sposobem na inne problemy i to rodzi inne dziwaczne sytuacje. 

Wysadzanie swastyki to mowa nienawiści!

Jest taki rysunek satyryczny Andrzej Milewskiego, na którym sędzia pokazuje swastykę i wyjaśnia, że jest to hinduski symbol szczęścia. Następnie pokazuje rysunek ze swastyką na szubienicy i wyjaśnia, że to znak nienawiści wobec szczęśliwych hindusów.

Niedawno YouTube zachował się podobnie jak ten sędzia na rysunku. Serwis na pewien czas zablokował film przedstawiający wysadzanie ogromnej kamiennej swastyki w roku 1945 na  Terenie zjazdów NSDAP w Norymberdze. To wydarzenie miało ogromne znaczenie symboliczne. Było manifestacją zarówno końca wojny, jak i końca ideologii opartej w dużej mierze na mowie nienawiści i tworzeniu „sztucznych wrogów” w celu manipulowania masami.

I w roku 2017 ten właśnie film został zablokowany przez YouTube z powodu… naruszenia zasad związanych z mową nienawiści. Co prawda gigant już zorientował się w pomyłce i przywrócił film, ale ślady pomyłki pozostały (m.in. w postaci tekstu w BoingBoing).

Dlaczego o tym piszę? By unaocznić wam jak kiepskim pomysłem jest majstrowanie przy wolności słowa dla osiągnięcia jakiegoś „wyższego celu”. Obecnie bardzo wielu polityków mówi, że trzeba coś robić z szerzeniem ekstremizmu, mowy nienawiści albo „fake newsów”. Proponowane są zatem różne „miękkie” formy cenzury i nadzoru. Jednocześnie w UE pracuje się nad filtrowaniem internetu w celu ochrony „twórców” , a w Polsce mamy już jeden rejestr stron niedozwolonych i tworzy się drugi. Wszystko po to, by władza decydowała za nas co możemy mówić i widzieć.

Robimy „coś” (niekoniecznie rozsądnego)

Zablokowanie filmu o niszczeniu swastyki pokazuje, jak działają takie systemy „oczyszczania internetu”. Prędzej czy później, przy osiągnięciu pewnej skali, te systemy stają się bezmyślne. Opierają się na automatach, które działają dość prosto. Można też zaciągnąć do moderacji ludzi, ale oni czasem się śpieszą, czasem są zmęczeni, czasem nie bardzo wiedzą jak interpretować daną informację, a przecież muszą wykazać się efektywnością!

Omyłkowe usunięcie filmu „The end of svastika” pokazuje tę właśnie stronę walki z mową nienawiści poprzez „regulowanie treści”. Tak wielki jest nacisk na „zrobienie czegoś”, że robi się faktycznie „coś” i to coś niekoniecznie działa jak powinno. W tym samym czasie, gdy na YouTube zablokowano film o końcu swastyki, możliwe było znalezienie wielu filmów z bardzo otwartym nawoływaniem do nienawiści.

Internet Archive nie dla Indii

Jeśli powiecie, że ta historia jest tylko jedną pomyłką w ogromie ważnych działań, przedstawię wam inną historię sprzed dwóch tygodni. Strona Internet Archive będąca uznaną biblioteką treści cyfrowych została zablokowana w Indii. Osoby zarządzające Internet Archive próbowały powiadomić o tej sprawie władze kraju, ale niestety indyjski odpowiednik naszego ministerstwa cyfryzacji jakby nie bardzo się tym przejął. Trudno było ustalić powody blokady. Po prostu została nałożona i kropka.

Zagadkę rozwiązało BBC. Okazało się, że indyjski sąd nakazał zablokowanie ponad 2,6 tys. domen w Indiach i w większości te domeny należały do serwisów umożliwiających wymienianie się plikami. Czyli chodziło o walkę z piractwem! Super, ale Internet Archive nie uprawia piractwa. Nierozumiejący tego sąd wydał nakaz w reakcji na skargi dwóch bollywoodzkich wytwórni – Prakash Jah Productions oraz Red Chillies Entertainment. Więcej o sprawie dowiecie się z bloga Internet Archive.

„Coś” nie powinno nas zadowalać

Władze Indii blokują niejedną stronę internetową i właściciele zablokowanych stron często mają problem z ustaleniem powodu blokady (nie mówiąc już o tym, że trudno się od tej decyzji odwołać). Powiecie, że to jest indyjski problem? Z pewnością głównie indyjski, ale spójrzcie na to od strony Internet Archive (czyli amerykańskiej organizacji non-profit). Jej bardzo pożyteczna usługa internetowa stała się nagle niedostępna w dużym kraju. Organizacja stojąca za usługą nic nie zawiniła i nic nie może na to poradzić, a wszystko jest wynikiem dbałości o „dobro twórców”.

Unia Europejska dąży do wprowadzenia podobnych mechanizmów „walki z piractwem”. I niestety tak samo jak indyjski rząd i studia filmowe nie przejmują się losem Internet Archive, tak samo władze UE i wytwórnie filmowe mogą się nie przejmować tym, że kiedyś zablokują ważną dla Ciebie usługę. Nie powiesz wtedy, że to nieistotna lokalna sprawa. Prawda?

W ramach podsumowania napiszę tylko tyle. Jako obywatele nie powinniśmy się zadowalać tym, że rząd robi „coś” by rozwiązać jakiś problem. Lepiej mieć „skuteczne rozwiązania”, a znalezienie tych rozwiązań zwykle leży daleko od prostackiego pomysłu ograniczenia wolności słowa.