Mamy w Polsce coraz więcej samozatrudnionych. Duża część z nich mogła założyć działalność nie do końca z własnej woli

Praca dołącz do dyskusji (240) 22.03.2021
Mamy w Polsce coraz więcej samozatrudnionych. Duża część z nich mogła założyć działalność nie do końca z własnej woli

Rafał Chabasiński

Już przed epidemią koronawirusa Polska była jednym z unijnych liderów jeśli chodzi o jednoosobową działalność gospodarczą. To niekoniecznie powód do radości, bo w rodzimych realiach oznacza raczej wypychanie na samozatrudnienie pracowników przez chcących zaoszczędzić pracodawców. W trakcie pandemii ten mechanizm najwyraźniej tylko przybrał na sile. 

Nie każdy chciałby być przedsiębiorcą, zwłaszcza w Polsce w trakcie epidemii koronawirusa – nie każdy jednak ma jakikolwiek wybór

Któż nie chciałby być przedsiębiorcą w Polsce? Najwyraźniej całkiem sporo ludzi, biorąc pod uwagę przywiązanie mieszkańców naszego kraju do stabilności zatrudnienia na etacie. Jeszcze do niedawna źródłem zła w relacjach pomiędzy pracownikiem a pracodawcą upatrywano przede wszystkim w umowach cywilnoprawnych. Jego współczesny odpowiednik stanowi wypychanie na samozatrudnienie.

Tak zwane śmieciówki nie są oczywiście same w sobie niczym złym. To dla wielu osób bardzo wygodna forma zatrudnienia. Problemem było jednak przyzwolenie ze strony państwa na traktowanie umów cywilnoprawnych jako bardziej opłacalny dla pracodawcy zamiennik dla etatu. Korzystała z nich ochoczo nawet administracja państwowa. Proceder trwa co najmniej od poprzedniego kryzysu gospodarczego, z lat 2008-2010. Do dzisiaj ograniczenie umów cywilnoprawnych znajduje się na agendzie rządzących. Wykorzenić się go tak naprawdę nigdy nie udało.

Pracodawcy znaleźli sobie jednak nowe rozwiązanie. Wystarczy, korzystając z dokładnie takiego samego dyktatu siły, zmusić pracownika do stania się „przedsiębiorcą” i zarazem ich „partnerem biznesowym”. Wypychanie na samozatrudnienie dla dotychczasowego pracodawcy jest opłacalne. Przede wszystkim chodzi o obniżenie kosztów pracy. Odpada chociażby konieczność opłacania za „partnera” składek ZUS. Nie trzeba również zaprzątać sobie głowy przepisami kodeksu pracy.

Gdyby jeszcze wypychanie na samozatrudnienie wiązało się z zupełną zmianą filozofii stosunku pomiędzy pracownikiem a pracodawcą, to byłoby pół biedy. Często jednak „partner biznesowy” pozostaje tak naprawdę pracownikiem – we wszystkim poza rodzajem umowy. A więc świadczy pracę pod kierownictwem „partnera” w miejscu przez niego wskazanym, w określonych godzinach.

Wypychanie na samozatrudnienie może odpowiadać za zagadkowy wzrost liczby przedsiębiorstw w 2020 r.

Epidemia koronawirusa sprzyja wypychaniu pracowników na samozatrudnienie. Sami przedsiębiorcy bardzo często są w trudnej sytuacji, pomimo wszelkiej maści tarcz antykryzysowych proponowanych przez rząd. Nic dziwnego, że szukają jakichś sposobów na obniżenie kosztów. Niekiedy rzeczywiście stają przed trudnym wyborem – zwolnić, albo znaleźć jakieś bardziej opłacalne rozwiązanie. Trzeba przyznać, że jednym z nich jest rzeczywiście skłonienie pracownika do przejścia na relację B2B.

Dodatkowo samozatrudnieni mogli korzystać z niektórych korzyści rządowych działań osłonowych względem najmniejszych przedsiębiorstw. W grę wchodziły chociażby świadczenia postojowe, zwolnienia ze składek ZUS, czy nawet jednorazowe pożyczki. Kolejnym czynnikiem wartym wzięciem pod uwagę jest tzw. „mały ZUS” – a więc obniżenie składek dla najmniejszych przedsiębiorców. Od 1 lutego zeszłego roku taka możliwość obejmuje te firmy, których przychód nie przekracza 120 tys. zł rocznie, a dochód 60 tys. zł

Nie powinno więc dziwić, że liczba jednoosobowych przedsiębiorców w ciągu pandemicznego roku 2020 poszybowała w górę. Zgodnie z danymi zaprezentowanymi przez portal Money.pl, w IV kwartale 2019 r. było 2,9 miliona samozatrudnionych. Rok później już niecałe 3,1 miliona. Dane te nie są wyrównane sezonowo, sam wzrost o 164 tysiące w ciągu roku nie wygląda może zbyt imponująco.

Warto jednak zestawić je z zauważalnym spadkiem liczby zatrudnionych w ogóle oraz naturalną dla pandemii tendencją do zamykania działalności gospodarczej. Tymczasem, zgodnie z informacjami przedstawianymi przez Ministerstwo Rozwoju, jeszcze w styczniu wiceminister Marek Niedużak przekonywał, że na koniec 2020 roku było o 139 tys. firm więcej niż na koniec lutego 2020 roku. To również sugeruje, że wypychanie na samozatrudnienie może mieć obecnie niemalże masowy charakter.

Wypychanie na samozatrudnienie jest taką samą patologią, jak forsowanie umów śmieciowych przy okazji poprzedniego kryzysu

Polska przed pandemią była jednym z liderów Unii Europejskiej jeśli chodzi o samozatrudnienie. W 2019 r. tacy przedsiębiorcy stanowili 17,4 proc. wszystkich zatrudnionych. Jak się łatwo domyślić, przytłaczająca ich większość nie zatrudniała żadnych pracowników. To nie powinno dziwić czy budzić podejrzliwości. A jednak w tym samym roku 166 tys. samozatrudnionych dodatkowo miało wyłącznie jednego partnera biznesowego.

Najwięcej samozatrudnionych jest w raczej biedniejszych województwach – podlaskim, świętokrzyskim, lubelskim, czy małopolskim. Odsetek samozatrudnionych przekraczał w 2019 r. 20 proc. To kolejny powód, by jego rosnącą w zeszłym roku popularność powiązać z presją na pracowników na przejście na samozatrudnienie.

Pozostaje pytanie: czy wypychanie na samozatrudnienie to naprawdę negatywne zjawisko? W realiach epidemii, jak już wspomniano wyżej, może być niekiedy koniecznością. Bywa także, że relacja B2B bywa dla niegdysiejszego pracownika całkiem korzystna. A jednak warto brać poprawkę na specyfikę polskiego rynku pracy z czasów zanim jeszcze przed wybuchem epidemii zaczęliśmy mówić wręcz o „rynku pracownika”.

W sytuacji, gdy bezrobocie staje się realnym problemem, relacja pomiędzy pracownikiem a pracodawcą nie jest równorzędna. Osoba dająca pracę ma tutaj ewidentną przewagę. Wyrównywać ją powinny teoretycznie przepisy kodeksu pracy. Te jednak nie mają zastosowania wobec samozatrudnionych, czy umów śmieciowych. O ile samo samozatrudnienie nie jest niczym złym, o tyle przymuszanie pracownika do stania się „przedsiębiorcą” jest już kolejną patologią polskiego rynku pracy.

I właśnie z patologiami powinno teoretycznie walczyć państwo. Przed pandemią służyć temu miał tzw. „test przedsiębiorcy„. Pozostaje pytanie, czy w momencie gdy gospodarka ledwie sobie radzi z pandemią, a przedsiębiorcy z kolejnymi restrykcjami, pokusa by na razie przymknąć oko nie okaże się silniejsza? Tak było właśnie w trakcie poprzedniego dużego kryzysu. I właśnie takiej pokusie zawdzięczamy problem ze „śmieciówkami”, z którym nie możemy się uporać do dzisiaj.