Politycy nie muszą słuchać wyborców – i bardzo dobrze! Na tym polega demokracja przedstawicielska

Państwo Społeczeństwo dołącz do dyskusji (28) 15.07.2019
Politycy nie muszą słuchać wyborców – i bardzo dobrze! Na tym polega demokracja przedstawicielska

Udostępnij

Rafał Chabasiński

Ustrój naszego kraju zakłada, że wybrani do piastowania najważniejszych urzędów państwowych nie muszą zbytnio przejmować się wolą narodu. Demokracja przedstawicielska bywa powodem częstego pomstowania na klasę polityków, oraz źródłem niechęci do samego systemu. Tylko czy przypadkiem bezpośrednia alternatywa nie byłaby dużo gorszym rozwiązaniem? 

Władzę w Polsce sprawuje naród, ale…

Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej w swoim czwartym artykule reguluje stosunki pomiędzy państwem a zwykłymi obywatelami. Zgodnie z art. 4 ust. 1 Konstytucji, władzę w Polsce sprawuje naród – a więc zbiór wszystkich obywateli naszego kraju. Tyle tylko, że zgodnie z ust. 2, władza ta sprawowana jest także za pośrednictwem przedstawicieli. Wbrew pozorom, przejawów demokracji bezpośredniej mamy w ustroju państwa kilka. Przykładem może być instytucja referendum, czy uprawnienia kontrolne w rodzaju dostępu do informacji publicznej. Nie ulega jednak wątpliwości, że ciężar władzy spoczywa nie na obywatelach, lecz właśnie na ich reprezentantach.

Nie wystarczy wygrać referendum, by politycy zostali zmuszeni do czegokolwiek przez naród

Demokracja przedstawicielska nie cieszy się, ze zrozumiałych względów, specjalnym uznaniem ze strony opinii publicznej. Bardzo często można spotkać się ze stwierdzeniami, że politycy w ogóle nie przejmują się wolą obywateli. „Robią co chcą”, działając czasem wbrew woli narodu. Takim poglądom sprzyja swoisty kryzys instytucji referendum w Polsce. Poprzedni tego typu plebiscyt zorganizowany przez prezydenta Bronisława Komorowskiego cieszyło się rekordowo niskim zainteresowaniem obywateli. Referendum konstytucyjne jego następcy, Andrzeja Dudy, mające dotyczyć zmian ustrojowych zostało po prostu zablokowane przez izbę wyższą.

Najwyraźniej Polacy nie mają poczucia, że ich głos cokolwiek znaczy – wszak parlament i tak może zignorować wynik, jeśli nie osiągnie się wysokiego progu 50% frekwencji. Co więcej, diabeł tkwi w szczegółach: co innego wygrać referendum, co innego sprawić żeby faktycznie było wiążące – a co innego dokonać implementacji wyniku do systemu prawnego kraju.

To przykład właściwie tylko jeden z wielu. Większość antysystemowych partii politycznych, które faktycznie zdołały wprowadzić swoich reprezentantów do parlamentu – czy będzie to Samoobrona Andrzeja Leppera, czy ruch Pawła Kukiza – tak zrobiło karierę. Na powszechnym odczuciu niereprezentowania przez klasę polityczną interesu obywateli, oraz ubezwłasnowolnienia nominalnego suwerena przez rządzących.

Reprezentant nie ma prawnego obowiązku przejmowania się wolą swoich wyborców, ma działać w interesie całego narodu

Konstytucja na wszelkie strony zabezpiecza posłów i senatorów przed koniecznością wsłuchiwania się w wolę wyborców. Parlamentarzyści dysponują mandatem wolnym. Nie otrzymują instrukcji od swoich wyborców, co zdarzało się chociażby w czasach Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Mandat imperatywny stosowany jest dzisiaj zresztą bardzo rzadko. Nie powinno to w żadnym wypadku dziwić. Przedstawiciele narodu reprezentują wszystkich obywateli, nie tylko swoich wyborców.

Kolejnym składnikiem zabezpieczającym niezależność władzy, także od wyborców, jest w pewnym stopniu instytucja immunitetu. W tym przypadku jednak zasadniczym celem jest wyeliminowanie możliwych nacisków na urzędnika, za pomocą groźby wszczęcia przeciwko niemu postępowania karnego.

Co więcej, demokracja przedstawicielska zakłada, że reprezentanci narodu ponoszą z racji pełnionej funkcji tak naprawdę jedynie odpowiedzialność polityczną. Jak z tą formą odpowiedzialności w praktyce w naszym kraju bywa, wszyscy doskonale wiemy. Politycy, wszystkich chyba opcji, generalnie sprawiają wrażenie niezatapialnych – pomimo rozmaitych afer. Jeżeli już coś jest w stanie zakończyć karierę polityczną, to poważne zarzuty kryminalne, bądź sprawy czysto obyczajowe. Odwołanie przedstawiciela możliwe jest co najwyżej na poziomie samorządu, w referendum lokalnym. Poseł czy senator, który uzyskał mandat, może spać spokojnie do samiusieńkiego końca swojej kadencji.

Na chłopski rozum, demokracja przedstawicielska sprawia, że politycy mogą robić co tylko chcą bez żadnej realnej odpowiedzialności

Można by odnieść wrażenie, że demokracja przedstawicielska to niespecjalnie korzystna dla kraju opcja. Klasa polityczna nie musi liczyć się z wolą wyborców, reprezentantów narodu w trakcie kadencji nie da się zastąpić. W praktyce ta względnie niewielka, przynajmniej w stosunku do całej populacji Polski, grupa wybrańców może z państwem robić praktycznie co chce.

Może zrobić wiele rzeczy, które niekoniecznie byłyby po myśli obywateli. Kompromitacje na arenie międzynarodowej, zawieranie niekorzystnych układów handlowych, machlojki przy systemie emerytalnym, edukacji czy ochronie zdrowia. Zwiększanie socjalu kosztem reszty, zmniejszanie socjalu kosztem beneficjentów. Wspieranie jednej branży gospodarki kosztem drugiej. Lekceważenie problemów istotnych dla dużych grup populacji i angażowanie się zamiast tego w ideologiczne wojenki. Bez wskazywania na konkretne formacje. Wydawać by się mogło, że gdyby tylko politycy słuchali swoich wyborców, to większość z tych problemów udałoby się wyeliminować, prawda? Nieprawda.

Demokracja przedstawicielska wcale nie jest taka zła, jak by się na pierwszy rzut oka wydaje

Problem współczesnej polityki polega na tym, że klasa polityczna bardzo się wsłuchuje w wolę swoich wyborców. To w końcu od ich głosów co wybory zależy ich być albo nie być – stanowiska wiążą się najczęściej z pieniędzmi, wpływami, prestiżem. By uzyskać te dobra, politycy są gotowi na bardzo wiele. Wskazać należy dwie bardzo niebezpieczne i szkodliwe tendencje prowadzące do gromadzenia głosów, często się ze sobą ścierające i prowadzące do swoistej degeneracji polityki jako takiej.

Pierwszą z nich jest dobrze znany populizm. Ten sprowadza się do obiecywania wyborcom tego, co ci chcieliby usłyszeć. I to nieważne, czy wola narodu ma w ogóle jakieś pozory sensu, albo czy faktycznie jest opłacalna dla państwa. Przykładem działania wynikającego wprost z woli wyborców a sprawiającego wrażenie katastrofy jest oczywiście Brexit. Najbardziej typową zagrywką populistów jest zadłużanie państwa ponad stan, byle tylko uzyskać i utrzymać poparcie – i w efekcie władzę.

Kolejna tendencja na pozór może się wydawać przeciwieństwem populizmu, w praktyce jednak jest jedynie jego niejako odwróconym wariantem. Tak zwana „postpolityka” zakłada, że rządzący, by utrzymać poparcie, powinni unikać zbędnych wstrząsów, podejmowania trudnych decyzji i jakichkolwiek działań mogących rozzłościć wyborców. Przykładem z naszego podwórka będzie tzw. „polityka ciepłej wody w kranie”, zresztą będąca przeszczepieniem na polski grunt sposobu rządzenia kanclerz Niemiec, Angeli Merkel. Przynajmniej sprzed kryzysu uchodźczego.

To właśnie cyniczne wsłuchiwanie się w wolę wyborców prowadzi do plagi populizmu i asekuranctwa „postpolityki”

Demokracja przedstawicielska, wbrew pozorom, jest naprawdę sensowną koncepcją. Jej podstawowym założeniem jest to, że reprezentanci woli narodu będą zasadniczo swoistą elitą. Wyborcy powinni głosować na ludzi mądrzejszych od siebie, lepiej zorientowanych w realiach i gotowych działać w najlepszym interesie nie tylko swoim, ale dobra wspólnego. I to nawet wówczas, gdy wymaga to działania wbrew powszechnie panującym w danym kraju nastrojom. Taki prawdziwy mąż stanu może być nawet w stanie przekonać obywateli do poparcia trudnych decyzji, bądź będzie gotowy poświęcić stanowisko dla dobra ojczyzny.

Tyle tylko, że coraz trudniej o tego formatu polityków, nie tylko w Polsce – to tendencja widoczna w całym zachodnim świecie. Wybieranie na eksponowane stanowiska tych ludzi, którzy gotowi zrobić wszystko, byle się tylko przypodobać wyborcom, prowadzi nieuchronnie do podejmowania obiektywnie złych decyzji. Długi wyborcze trzeba w końcu spłacać, jeśli się myśli o następnej kadencji. To właśnie przesadne słuchanie tego, co chcą wyborcy prowadzi do kłopotów. Nie powinno to zresztą dziwić: ogół głosujących wcale niekoniecznie interesuje się sprawami państwa, nie ma wiedzy na tematy gospodarcze, nie zna się na tworzeniu czy stosowaniu prawa. Nie musi. Od tego, w teorii, powinna być demokracja przedstawicielska.