W Lublinie „baby” jeszcze bardziej chytre, niż w Radomiu. Czy możemy legalnie napchać sobie cały plecak rozdawanymi towarami?

Codzienne Społeczeństwo dołącz do dyskusji (39) 17.09.2018
W Lublinie „baby” jeszcze bardziej chytre, niż w Radomiu. Czy możemy legalnie napchać sobie cały plecak rozdawanymi towarami?

Udostępnij

Paweł Mering

Była już chytra baba z Radomia, która na wigilii miejskiej dla niezamożnych odznaczyła się tym, że wzięła pod pachę kilka butelek napoju, przeznaczonego dla uczestników. Był również chytry dziad z Mławy, który odznaczył się w historii memów wspięciem się na sklepową lodówkę i niczym Spiderman czołgał się po jej powierzchni, żeby zdobyć karpia z promocji. Natrafiłem na Facebooku na filmik ze święta cydru w Lublinie. Czy skoro coś oferowane jest „za darmo”, to każdy ma prawo nabrać tyle, ile chce?

Wideo można zobaczyć tutaj:

Nie chcę dyskredytować, czy oceniać osób, które widoczne są na nagraniu. Warto jednak zadać sobie pytanie, jak takie zachowanie wygląda w świetle prawa. Zwykła pazerność, potrzeba wynikająca z gorszego statusu materialnego, czy może jednak czyn bezprawny?

Jak za darmo, to wezmę dziesięć!

Nie jestem psychologiem, ani socjologiem, żeby kompetentnie wypowiedzieć się o ludzkiej psychice, czy mentalności. Zauważam jednak pewną właściwość, że Polacy są narodem, który ochoczo korzysta z różnych promocji, kuponów i tym podobnych. Nie mam pojęcia, czy bierze się to z cwaniactwa, czy ze wspomnień czasów słusznie minionych. Przecież w okresie PRL-u ten, kto nie umiał kombinować, nigdy nie wyszedł poza pewien standard życia.

Znam osoby, które – tylko dlatego, że produkt jest w promocji – kupią go w ilości hurtowej nawet, jeżeli nie do końca go potrzebują. To zjawisko znacznie się potęguje w sytuacji, w której coś jest darmowe. Jest to szokujące do tego stopnia, że w sieci istnieje nawet nagranie, na którym grupa ludzi wyrywa sobie z rąk ulotki, które są zupełnie darmowe i dostępne w urzędzie miasta.

Czy napakowanie gratisów w siatki i torby może być niezgodne z prawem?

Żeby odpowiedzieć sobie na powyższe pytanie, należy zastanowić się co zachodzi – w świetle prawa – pomiędzy rozdającym rzecz, a osobą, która rzecz przyjmuje. Osobie, fizycznej albo prawnej, która jest właścicielem rozdawanej rzeczy, zgodnie z art. 140 Kodeksu cywilnego, przysługuje ius disponendi, czyli prawo do rozporządzania rzeczą. Właściciel, w tym wypadku jabłek, może z rzeczą zrobić wszystko to, co mu się żywnie podoba, w tym oczywiście rozdać innym osobom.

Należy się również zastanowić co właściciel czyni ze swoją rzeczą. Czy jest to umowa darowizny w formie dorozumianej z każdym, kto sięgnie po rzecz, w celu objęcia jej w posiadanie, czy też zrzeka się prawa własności rzeczy, pozwalając jednocześnie na to, żeby działo się z nią cokolwiek? Dla wielu osób to właśnie druga teoria wydaje się odpowiednia. Osoby tłumacza sobie, że jeżeli ktoś coś daje, to godzi się na – absolutnie – wszystko.

Moim zdaniem jednak zawiera się tutaj umowę darowizny per facta concludentia, czyli w formie dorozumianej. Właściciel – w tym wypadku jabłek – przenosi własność rzeczy na każdego, kto jest zainteresowany objęciem ich w posiadanie.

Warto mieć jednak na względzie art. 5 Kodeksu cywilnego, który stanowi

Nie można czynić ze swego prawa użytku, który by był sprzeczny ze społeczno-gospodarczym przeznaczeniem tego prawa lub z zasadami współżycia społecznego. Takie działanie lub zaniechanie uprawnionego nie jest uważane za wykonywanie prawa i nie korzysta z ochrony.

Nabycie hurtowej ilości jabłek tylko dlatego, że są za darmo – w moim odczuciu – jest wybitnie sprzeczne ze społeczno-gospodarczym przeznaczeniem prawa.  Przeczy jednocześnie zasadom współżycia społecznego. Są to klauzule generalne, ale chyba każdy się zgodzi, że takie działanie z pewnością nie jest tym, co pierwotny właściciel rzeczy miał na myśli, gdy organizował takie wydarzenie.

Właśnie przez treść powyższego przepisu takie działanie może nieść za sobą dalsze konsekwencje. Może dość tutaj nawet do konfliktu na płaszczyźnie prawa wykroczeń.