Jak to było z tym podatkiem od linków w Niemczech i Hiszpanii? Dlaczego unijni urzędnicy wbrew wszystkiemu idą na wojnę z Google?

Technologie dołącz do dyskusji (26) 19.06.2018
Jak to było z tym podatkiem od linków w Niemczech i Hiszpanii? Dlaczego unijni urzędnicy wbrew wszystkiemu idą na wojnę z Google?

Udostępnij

Tomasz Laba

W oczach unijnych urzędników Google musi uchodzić za korporację wyjętą wprost z cyberpunkowego świata. Krwiożercze i bezwzględne algorytmy za nic mają prawa autorskie. Właśnie dlatego wyciągają potężne działa, które przy okazji mogą, zupełnie niczym atomowy grzyb, zmieść internet taki, jakim go znamy. Najgorsze jest to, że urzędnicy zupełnie nie wyciągają wniosków z historii – wcale nie tak odległej. Jak to było z tym podatkiem od linków w Niemczech i Hiszpanii?

Unia Europejska często odwołuje się do zasad i porządku kultury łacińskiej, z której wyrosła obecna cywilizacja na naszym kontynencie. Mogę więc śmiało założyć, że w Brukseli jest znane powiedzenie Cycerona, który powiedział kiedyś historia vitae magistra est. Historia jest nauczycielką życia. Wbrew pozorom, to jakże trafne spostrzeżenie sprzed kilku tysięcy lat, powinni wziąć sobie do serca unijni urzędnicy, którzy już jutro będą głosować nad wprowadzeniem nowego prawa, które może poskutkować wprowadzeniem podatku od linków. Podobne rozwiązania wprowadzono kilka lat temu w Niemczech i Hiszpanii. W obu przypadkach okazały się katastrofą.

Podatek od linków w Niemczech

Jako pierwsi eksperymentowanie z regulowaniem praw autorskich w internecie podjęli nasi zachodni sąsiedzi. To właśnie tam wprowadzono nowy rodzaj praw pokrewnych dla wydawców prasy. Po angielsku określa się to mianem ancillary copyright. Warto zapamiętać ten zwrot, bo w najbliższych tygodniach z pewnością będzie odmieniany przez wszystkie przypadki. Potocznie przyjęła się nazwa podatek od linków. To oczywiście duże uproszczenie, bo nie chodzi o typowy podatek. Najlepszym porównaniem dla podatku od linków będzie porównanie go do systemu, którego symbolem jest ZAiKS. Tak samo, jak stacje radiowe odprowadzają niewielkie opłaty do kasy tej organizacji za odtwarzanie utworów muzycznych, ten system zakłada analogiczne rozwiązanie dla agregatów wiadomości.

W myśl tej zasady każde udostępnienie linku bądź nawet niewielkiego fragmentu danego tekstu ma wiązać się z odprowadzeniem niewielkiej opłaty do organizacji zrzeszającej wydawców. Chodzi o zrekompensowanie im tego, że inne witryny korzystają z treści, do których prawa przysługują wydawcom. Największym agregatem wiadomości jest Google News. Na naszym lokalnym podwórku może to dotyczyć takich witryn jak wykop, a nawet strony ze śmiesznymi obrazkami czy memami. Logiczne? Niezupełnie.

Właśnie taki mechanizm wprowadzili do swojego ustawodawstwa Niemcy w 2013 roku. Wielkie wydawnictwa patrzyły na to, jak na rycerza na białym koniu, który przybył im na ratunek. Od tego czasu wszelkie agregaty wiadomości muszą odprowadzać niewielką opłatę za każde udostępnienie fragmentu tekstu do organizacji VG Media, która jest swojego rodzaju ZAiKSem internetu. Zacierano ręce, licząc na tłuste przelewy od Google. Tak się jednak nie stało. Google pokazał Niemcom środkowy palec i ukrył w swoich mechanizmach tych wydawców. Spadek ruchy był błyskawiczny i zauważalny gołym okiem. VG Media szybko udzieliła Google News bezpłatnej licencji na działanie na niemieckim rynku. Nowe prawo tylko i wyłącznie umocniło pozycję giganta u naszych sąsiadów.

Podatek od linków – nikt się nie spodziewa hiszpańskiej inkwizycji

Porównanie do genialnego skeczu brytyjskich komików pasuje jak ulał do sytuacji, która miała miejsce w Hiszpanii. Tamtejszy ustawodawca wprowadził ancillary copyright do swojego systemu prawnego pod koniec 2014 roku, a więc chwilę po niemieckim eksperymencie. Być może liczono, że Google nieco zmięknie w swoim podejściu do tego tematu. I tym razem nikt nie spodziewał się hiszpańskiej inkwizycji. Na chwilę przed wejściem nowego prawa w życie Google powiedziało głośno adiós i ogłosiło, że zamyka działalność Google News w Hiszpanii. Na półwyspie iberyjskim absolutnie nikt nie spodziewał się takiego rozwiązania. Efektem był, tak samo, jak w Niemczech, ogromny spadek ruchu na portalach, nawet do 16% oraz niezadowolenie wydawców. Ci mieli nawet bezskutecznie apelować do rządu o wycofanie się z nowego prawa, lecz było na to za późno. Upadło wiele mniejszych portali i agregatów wiadomości.

Czy te dwie historie nie są wystarczającą nauczką dla unijnych urzędników, że prawo w takim kształcie, jaki przewiduje artykuł 13 nie przyniesie żadnych rezultatów? Unijny komisarz Günther Oettinger powiedział nawet, że tylko wprowadzenie tego prawa we wszystkich krajach Unii Europejskiej spowoduje, żę Google się ugnie i zacznie płacić wydawcom. To nawet nie jest parafraza jego wypowiedzi, on naprawdę to powiedział. Tak, „ACTA 2” jest naprawdę groźne.