Artykuł 13 to nowa ACTA – o co chodzi z tą „cenzurą internetu”, o której wszędzie piszą?

Codzienne Technologie dołącz do dyskusji (133) 19.06.2018
Artykuł 13 to nowa ACTA – o co chodzi z tą „cenzurą internetu”, o której wszędzie piszą?

Udostępnij

Marek Krześnicki

„Nie pozwól Unii Europejskiej zniszczyć internetu” – to hasło, jakie znajdziemy na stronie antyart13.pl, wzywającej do sprzeciwu wobec nowego prawa, które 20 czerwca ma zostać przyjęte przez Parlament Europejski. Czy słusznie? Czy my, internauci, mamy się czego bać? Czy artykuł 13 dyrektywy to rzeczywiście nowe ACTA?

Dyrektywa w sprawie praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym – to brzmi niewinnie, jednak treść będącego przedmiotem prac legislacyjnych w parlamencie aktu prawnego budzi ogromne kontrowersje. Organizacje zajmujące się wolnością słowa alarmują, że nowe prawo – jeśli zostanie przyjęte – wprowadzi do internetu cenzurę prewencyjną, a tak prozaiczna czynność jak linkowanie zostanie „opodatkowana”.

Na stronie antyart13.pl czytamy alarmującą wyliczankę:

  • Każdy Twój komentarz będzie musiał przejść obowiązkową kontrolę jeszcze przed jego publikacją. Treści kontrowersyjne lub potencjalnie groźne będą blokowane.
  • Znalezienie interesujących Cię treści będzie niezwykle trudne. Z powodu opłaty za linkowanie, wyszukiwarki i agregaty treści będą blokowały dostęp do wielu mniejszych serwisów.
  • Udostępnianie treści, dzielenie się linkami, tworzenie memów może zostać potraktowane jako plagiat.

Czy ewentualna zgoda europosłów na wdrożenie nowych regulacji rzeczywiście oznacza koniec internetu, jaki znamy?

Nieszczęsny artykuł 13 – czy rzeczywiście jest się czego bać?

Na początek zawsze najlepiej sięgnąć do tekstu aktu prawnego, który budzi kontrowersje (link). Artykuł 13 ustęp 1 projektu dyrektywy brzmi tak:

Dostawcy usług społeczeństwa informacyjnego, którzy przechowują i zapewniają publiczny dostęp do dużej liczby utworów lub innych przedmiotów objętych ochroną zamieszczanych przez swoich użytkowników, we współpracy z podmiotami praw podejmują środki w celu zapewnienia funkcjonowania umów zawieranych z podmiotami praw o korzystanie z ich utworów lub innych przedmiotów objętych ochroną bądź w celu zapobiegania dostępności w swoich serwisach utworów lub innych przedmiotów objętych ochroną zidentyfikowanych przez podmioty praw w toku współpracy z dostawcami usług. Środki te, takie jak stosowanie skutecznych technologii rozpoznawania treści, muszą być odpowiednie i proporcjonalne. Dostawcy usług przekazują podmiotom praw adekwatne informacje na temat funkcjonowania i wdrażania środków, a także, w stosownych przypadkach, adekwatne sprawozdania na temat rozpoznawania utworów i innych przedmiotów objętych ochroną oraz korzystania z nich.

Celowo pogrubiłem najbardziej kontrowersyjny fragment, bo nakłada on obowiązek wprowadzenia przez takie serwisy jak YouTube czy Facebook narzędzi do wykrywania treści łamiących prawa autorskie (np. nielegalnie skopiowanych, całych filmów) i ich usuwania. Potencjalnie zbyt gorliwe dostosowanie się do treści przepisu może faktycznie skutkować cenzurą, jednak bez problemu można sobie wyobrazić takie rozwiązania, które nie będą zbyt inwazyjne dla nikogo, za wyjątkiem piratów. Pozostali powinni cieszyć się, wciąż obowiązującym, prawem cytatu. O ile, oczywiście, algorytmy nie będą zbyt nadgorliwe.

Podatek od linków? To nie tak

Niektóre serwisy i organizacje sugerują, że nowe prawo „zakaże linkowania”. Cóż, to bzdura. Żaden z przepisów planowanej dyrektywy tego nie zabrania. Gorzej będą się miały co najwyżej takie serwisy jak Google News, które opierają się na korzystaniu z cudzej treści. Warto przypomnieć, że są już kraje, gdzie zdecydowano się na takie rozwiązanie – choć, trzeba przyznać, bezskutecznie. Ba, w Hiszpanii przyczyniło się to wręcz do spadku przychodów wydawców. Jednak „normalne” cytowanie artykułu prasowego czy dzielenie się linkiem do tekstu ze znajomymi nie powinno być uznane za coś, za co należy się autorowi artykułu wynagrodzenie. Kluczowe będzie jednak sensowne podejście do tej materii państw członkowskich (które musiałyby przekuć treść, dosyć ogólną, dyrektywy na język ustaw) i sądów rozpatrujących sprawy z tej materii.

Nie da się jednak ukryć, że podstawowym problemem proponowanej dyrektywy jest mglistość i nieprecyzyjność jej przepisów, które stwarzają pole do mniej lub bardziej trafnych prognoz co do praktycznego wymiaru jej przyszłego stosowania. A dobre prawo powinno być jasne i precyzyjne – zwłaszcza, jeśli dotyczy tak ważnych kwestii, jak wolność słowa. Może zatem lepiej będzie, jeśli europosłowie te niefortunne przepisy poprawią tak, aby nie było wątpliwości, jak je interpretować? To byłoby najlepsze rozwiązanie.