Mamy nowy rekord – pozew o zapłatę 1,93 złotego. Czy Polacy to pieniacze?

Gorące tematy Codzienne Zbrodnia i kara dołącz do dyskusji (108) 07.09.2017
Mamy nowy rekord – pozew o zapłatę 1,93 złotego. Czy Polacy to pieniacze?

Marek Krześnicki

Pozew na miliony – to robi wrażenie. Pozew o złotówkę? Wrażenia może na nikim nie zrobi, co najwyżej spowoduje uniesienie brwi i wzruszenie ramion, ale takie są realia polskiego sądownictwa, coraz mniej wydajnego, bo muszącego sobie radzić z rodakami-pieniaczami.

Polskie pieniactwo, przejawiające się w toczeniu sporów o wszystko, wszędzie i ze wszystkimi, to zjawisko na tyle dobrze zdiagnozowane, że od wieków pojawia się choćby w literaturze, a „spór o miedzę” to znany frazeologizm. Myliłby się ten, kto by pomyślał, że rozwój cywilizacyjny, jakiego niewątpliwie nasz kraj doświadcza, wyrugował niechlubne przejawy antyspołecznych zachowań. Zmieniło się się co najwyżej nazewnictwo, a zamiast „ostatniego zajazdu na Litwie” – mamy „czyszczenie kamienic na Pradze”.

Jednym z wielu przejawów polskiego pieniactwa jest patologiczna nieraz niezdolność do ugodowego załatwiania spraw. Na pierwszy rzut oka, polubowne rozwiązywanie sporów ma same zalety. Jest szybsze, jest tańsze, a nawet jest szansa, że wszyscy będą równie (nie)zadowoleni – a więc nikt nie będzie pokrzywdzony. Ba, nawet jaśnie oświecony i racjonalny ustawodawca premiuje takie zachowania, a kodeksy już od dłuższego czasu zawierają między innymi przepisy regulujące postępowanie mediacyjne.

Pozew o złotówkę? Czemu nie – bo przepisy nie stoją temu na przeszkodzie

Tomasz Laba pisał ostatnio o planach rządu w zakresie nowelizacji procedur sądowych. Ich celem ma być m.in. przyspieszenie postępowań, na długość których dość powszechnie Polacy narzekają. Narzekania te co prawda nie zawsze są słuszne, co zresztą starałem się swego czasu wykazać, a polskie sądy są – powiedzmy – wydolne ani bardziej, ani mniej niż europejska średnia. Każda zmiana, która miałaby nasz polski wymiar sprawiedliwości uprościć, przyspieszyć, polepszyć i poprawić, jest oczywiście mile widziana, i szczerze chciałbym ministerstwu w tych zamiarach kibicować.

W międzyczasie jednak – zwłaszcza, zanim poznamy szczegóły mgliście zapowiadanych nowelizacji – polscy sędziowie muszą sobie radzić z nieograniczoną inwencją twórczą polskich pieniaczy. Na przykład taką, jak… pozew o złotówkę. A właściwie, nieco więcej:

Jak się okazuje, takie pozwy nie są odosobnione, a złotowe, czy wręcz groszowe, sprawy trafiają się częściej, niż można by przypuszczać. Jak się można łatwo domyślić, w takich sprawach sam koszt nadania listu z pozwem do sądu kosztuje wielokrotność dochodzonego roszczenia. A doliczając do tego wynagrodzenie pełnomocnika, koszty pracy sądów, korespondencja, niekiedy biegli sądowi… Ba, sama opłata sądowa (niezbędna, aby sąd zajął się sprawą) wynosi w takiej sytuacji złotych trzydzieści. A to wszystko po to, aby wygrać złotówkę (plus odsetki i koszty).

Kłopotliwość tej sytuacji jest ogromna. O ile procedurę cywilną można uprościć i przyspieszyć (albo, jak to raczej bywa w praktyce – utrudnić, skomplikować i pobawić sensu i logiki), o tyle ograniczenie prawa obywateli do dostępu do sądów jest co najmniej kontrowersyjne. Jedynym, nasuwającym się sposobem na pozbycie się takich groszowych spraw z wokandy byłoby określenie dolnej granicy „wartości przedmiotu sporu”.

Pozew o złotówkę to w gruncie rzeczy realizacja słusznych praw obywatela

To jednak byłby bardzo ryzykowny ruch, bo każde takie ograniczenie w jaskrawy sposób wyklucza możliwość „walki o swoje”. Oczywiście, można sobie wyobrazić np. wprowadzenie specjalnych sądów do rozpatrywania spraw mniejszej wagi. Niestety, złe doświadczenia z sądami 24-godzinnymi (służącymi głównie do skazywania pijanych rowerzystów) studzą zapał do wprowadzania takich wynalazków do polskiego prawa.

Wychodzi więc na to, że sędziowie wciąż będą musieli zajmować się sprawami budzącymi śmiech. „Pozew o złotówkę” pozostanie zatem elementem polskiego krajobrazu prawniczego jeszcze na długo. Tylko nie narzekajmy potem na powolne sądy, bo sędzia musi się pochylić tak samo wnikliwie nad procesem o miliony, jak i o grosze.

108 odpowiedzi na “Mamy nowy rekord – pozew o zapłatę 1,93 złotego. Czy Polacy to pieniacze?”

  1. Jest na to sposób: wyeliminować możliwość uzyskania kosztów zastępstwa procesowego w tego rodzaju sprawach. Albo reguła, zgodnie z którą koszty zastępstwa nie mogą przekroczyć np. 1/4 WSP. Tego rodzaju pozwy to dzieło „powodów masowych”, a taka reguła ich zniechęci.

  2. Mało informacji. W artykule o „rekordowym pozwie” spodziewałem się dowiedzieć czegoś o „rekordowym pozwie”.

    Opinie o stanie polskiego sadownictwa są fajne, ale zróbcie dla nich osobny dział, ok?

      • Losie… Widać, że prawnik, bo nie potrafi czytać między wierszami :)

        Jak dajecie tytuł o rekordowym pozwie, to napiszcie o nim coś więcej. Ja bym się chciał dowiedzieć np. Kto? Jak? Po co? Czemu?
        A nie: „Pozew o 1,90; Polskie sądownictwo jest do dupy, chociaż w sumie to właściwie nie, jesteśmy w średniej unijnej, ale trzeba by to poprawić, ale nie mam pomysłu jak.”.

  3. Hmmm… Zastanówmy się od kogo ludzie się tego nauczyli. No? No kto najczęściej ubiega się u ciebie o zaległą złotówkę?

  4. Jako że firm w Polsce często potrafią wysłać polecony o zaległy grosz (moja żona miała taką sytuację z T-Mobile o 2 grosze się wykłucali) to ja się nie dziwię że w drugą stronę też to działa. I żeby było jak na pieniacza przystało poprosiliśmy o szczegółowe wyjaśnienie o co chodzi, potem kilka reklamacji i 2 grosze zapłaciłem, ale kosztowało o ich pewnie i parę stów za obsługę.

    • Ja ze dwa lata temu zmieniłem operatora komórki. Byłem już po lojalce, więc uczciwie policzyli, że mam nadpłatę 5 euro z groszami. I tak regularnie co miesiąc dostaję emaila i list fizyczny na sumę -5.32 z groźbą, że jak nie wyrównam, to odetną mi usługę. I tak od dwóch lat :D

  5. W sprawach prywatnych i firmowych, gdzie jest wmieszany problem skarbowy, to jest w praktyce przymus takiego pozwu, bo inaczej biurwa od fiskusa sama wymierzy karę za wyłudzanie lub niedopłatę.

  6. M-bank przez dwa miesiące po rozwiązaniu umowy wysyłał mi pisma z windykacji, że nie uiściłem opłaty za prowadzenie konta ;-) Konta, którego nie było ;-) No ale po dwóch miesiącach odpuścili ;-) Mimo to i tak nie polecę tego banku nikomu ;-)

        • Coś w ten deseń. Jak chciano ze mnie ściągnąć po raz drugi ten sam dług – pozdrawiam firmę na G – to sprawę od razu skierowali do sądu, bez kontaktu. Przy prawdziwym długu natomiast kazali mi zapłacić 100zł więcej bo od razu dołączyli koszta sądowe, a sprawa w e-sądzie była jeszcze przed kontaktem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *