Kancelaria Onetu twierdziła, że to nie Bartosz Węglarczyk był w studiu, tylko jego deepfake, więc nie może odpowiadać za swoje słowa

Gorące tematy Na wesoło Technologie dołącz do dyskusji (216) 02.05.2020
Kancelaria Onetu twierdziła, że to nie Bartosz Węglarczyk był w studiu, tylko jego deepfake, więc nie może odpowiadać za swoje słowa

Jakub Kralka

Tak będzie w XXII wieku. Wiemy o tym wszyscy, choć osobiście jestem zaskoczony, że o jednej z pierwszych „poważnych” spraw w kontekście deepfake rozmawiamy już teraz, a bohaterem jest w sumie bardzo poważny portal, bardzo poważny dziennikarz i bardzo poważna kancelaria. 

Czym jest deepfake? Pisaliśmy o tym zjawisku w kontekście filmów pornograficznych. To technologia umożliwiająca podmienienie na filmie czyjejś twarzy z wykorzystaniem algorytmów komputera. Pojawia się coraz częściej także w klasycznych przemyśle filmowym, natomiast niestety można uznać ją za znakomite źródło przeróbek, manipulacji i oszustw. Im doskonalsza, tym jest bardziej groźna, choć na szczęście dziś trudno nie zauważyć, że wciąż jeszcze mamy do czynienia z przeróbką.

Czy Bartosz Węgląrczyk, znany dziennikarz i redaktor naczelny Onetu, stał się ofiarą deepfake? I tak, i nie. Nie, bo nikt nie robił z nim filmów „deepfake”, a tak, bo… czytajcie zresztą sami. Co ciekawe, póki co temat podchwyciły głównie prawicowe media, które oczywiście wykorzystują go w swojej narracji o tym jaki to niemiecki kapitał jest zły i jak należałoby Onet znacjonalizować, przyznając go – na przykład – braciom Karnowskim. Albo – symetrycznie – Samuelowi Perreirze.

Niezależnie jednak od politycznych wojenek polskich mediów, temat jest ciekawy i absurdalny, a takie lubimy na Bezprawniku najbardziej.

Chodzi o tę rozmowę. Nie słuchajcie jej całej. Wystarczy 30 sekund, przy czym skupcie się proszę głównie na postaci dziennikarza.

Były wiceminister sprawiedliwości i sędzia Łukasz Piebiak to postać kontrowersyjna. W jednym ze swoich programów Bartosz Węglarczyk przypisywał mu wulgarne słowa pod adresem Małgorzaty Gersdorf, do niedawna Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego.

Pan porównuje rzeczy nieporównywalne. W pana partii uważają, że facet, który pisze do pierwszej prezes Sądu Najwyższego, bardzo Państwa przepraszam, ale cytuję tylko wiceministra sprawiedliwości i pana sędziego, sp….laj, mówi do Pierwszej Prezes Sądu Najwyższego. Bardzo mi przykro, wypikujemy to (słowo), ale to jest państwa wiceminister – odpowiadał Węglarczyk.

Łukasz Piebiak w odpowiedzi na to sformułowanie stwierdził, że jest to nieprawda i wytoczył przeciwko Bartoszowi Węglarczykowi oraz Onetowi powództwo cywilne oraz prywatny akt oskarżenia z art. 212 i 216 kodeksu karnego. Dalsze działania sędziego z pasją opisywały prawicowe media.

Do tego momentu wszystko jest jeszcze w miarę normalne

Dziennikarz się pomylił, sędzia poczuł się dotknięty, wytoczył powództwo – wszystko jest w porządku, miał do tego prawo. Potem jednak zrobiło się wesoło. Jak ujawnia portal wPolityce.pl, kancelaria broniąca dziennikarza postanowiła przyjąć bardzo osobliwą linię obrony. Poczytajcie co ciekawsze fragmenty, które ujawnił wspomniany serwis. Kancelaria podpierając się między innymi przykładami z serialu”Gra o Tron” oraz artykułami na temat zagrożeń, które niesie za sobą technologia „deepfake” stwierdziła, że tak właściwie to w studiu nie było Bartosza Węglarczyka, tylko na kogoś nałożono jego „postać”, a tym samym nie sposób przypisać dziennikarzowi odpowiedzialności za wypowiedziane słowa.

W piśmie nie brakuje pretensji, że powód w zasadzie nie zadał sobie trudu, by udowodnić, że słowa wypowiada Węglarczyk, a nie wyglądający jak on hologram. No genialne. Jak jakiś piłkarz znowu potrąci staruszkę na pasach, powinien domagać się dowodu, że samochód prowadził on, a nie jego Avatar (zresztą w sprawie, którą teraz chyba wszyscy mamy w pamięci, wnioskując z niewielkiej dotkliwości wyroku, domagał się i przeszło).

Nie jest to zła linia obrony, ale gorszej jeszcze nie widziałem

Jego wizerunek został nałożony, właśnie dzięki zastosowaniu deepfake, na inną osobę, która w tym czasie znajdowała się w studiu nagrań. Tym samym to nie Bartosz Węglarczyk dopuścił się rzekomego naruszenia dóbr osobistych powoda

Po pierwsze, gdyby technologia deepfake działała w taki sposób, mielibyśmy bardzo poważny problem. I pewnie zresztą będziemy go mieli wielokrotnie w przyszłości. Na razie jest to nierealne, by tworzyć tak doskonałe kalki, które jeden do jednego naśladują Bartosza Węglarczyka tak wiernie, że nawet jego gość – Jacek Ozdoba z PiS – nie wiedział, że nie rozmawia z panem Węglarczykiem (co zresztą niedawno potwierdził – Bartosz Węglarczyk stał przed nim żywy i cały).

Po drugie, taka linia obrony stawia Onet w tragicznym świetle. Kompromituje portal, jego telewizję oraz dziennikarzy, gdyby przyjąć scenariusz, że wywiady przeprowadza student-stażysta ubrany w green screen, a Bartosz Węglarczyk w tym czasie daje tylko swój wizerunek i głos. Już naprawdę dla medium tej rangi lepiej jest zniesławić po kolei stu sędziów i następnie ponieść tego konsekwencje prawne, niż pozwolić takim sugestiom wyjść na światło dzienne.

Po trzecie, nawet gdyby przyjąć taką linię obrony, to ona przecież nic nie zmienia. Dalej na antenie Onetu prawdopodobnie doszło do zniesławienia pana Piebiaka, a czy zrobił to student, algorytm czy pan Węglarczyk, to już kwestia wtórna – ten argument ratuje dziennikarza, ale wciąż można oczekiwać, że przynajmniej portal poniesie konsekwencje.

Onet zwalnia kancelarię i zapowiada pozwy

Bartosz Węgląrczyk opublikował na swoim twitterowym profilu stanowisko, które w mojej ocenie w ogóle nie jest powiązane ze sprawą. Jest to bardzo słabe oświadczenie, na które mogą się złapać wyznawcy politycznej wojny w kraju, ale raczej nie ludzie bezpośrednio zainteresowani tym, co się tam w ogóle wydarzyło. Mamy w nim ogólnikowe hasła o charakterze „politycznym”, z których słusznością można zresztą się zgadzać – ale nie wnoszą nic do sprawy sędziego Piebiaka czy do dziwnej argumentacji o deepfake.

Po ataku na TVN, teraz media rządowe i prorządowe wzięły się za Onet. Ponieważ spodziewam się dziś wieczorem pierwszej fali ataku na nas w TVP, chciałbym jasno powiedzieć, że:

1. tak, to ja prowadziłem w Onet Opinie rozmowę z p. Jackiem Ozdobą

2. ani ja, ani nikt w mojej firmie nigdy nie twierdził, że było inaczej.

3. nie, nikt z autorów wczorajszych ataków na nas w TVP i u Karnowskich nie pofatygował się do mnie z tym prostym pytaniem przed publikacją.

4. tak, dziś dzwoniło wiele osób z TVP i PR, ale wszystkim odpowiedziałem, że pytania zadaje się przed atakiem, a nie po nim.

5. To dopiero początek. Poczekajcie, co będzie się działo po wyborach. 2 mld zł to gigantyczna kwota. Good night and good luck

Jest tylko jedna rzecz gorsza od tego stanowiska Bartosza Węglarczyka i jest nią linia obrony oparta o deepfake, w sytuacji, gdy rozmówca namacalnie widział dziennikarza, a takie praktyki szkodziłyby wizerunkowi portalu i jego telewizji.

Jak podają Wirtualne Media, wydawca Onetu zdecydował się na odsunięcie kancelarii od sprawy, ale z jego strony padają też zarzuty pod adresem wPolityce.pl, za rzekome twierdzenie, że Onet korzysta w swoich materiałach internetowych z technologii deepfake. Jest to jednak w mojej ocenie nieprawdą, bo wPolityce.pl tak nie twierdzi, a omawia pismo, w którego posiadanie weszło w jakiś sobie znany magiczny sposób (i na pewno nie dlatego, że powodem jest apolityczny sędzia, któremu trudno przypisać głębsze relacje z mocno sympatyzującymi z PiS mediami).

Chciałbym też od razu poinformować Onet, że ja również nie uważam, by stosowali w swoich materiałach dziennikarskich deepfake. Ja tylko omawiam całą sytuację, artykuły w mediach i fragmenty pisma procesowego. Osobiście uważam wręcz odwrotnie (że Onet nie stosuje takiej technologii), jednak z rozwoju spraw odnoszę wrażenie, że wydawcy portalu trzeba wskazywać ten fakt bardzo wyraźnie i powoli.

Widzę to w ten sposób

Sama sprawa jest jedną z bardziej absurdalnych historii, jakie w ostatnim czasie opisywaliśmy na Bezprawniku, choć niewątpliwie jest ciekawa – choćby ze względu na jej futurystyczny charakter. Wiemy stosunkowo niewiele na temat okoliczności rozwoju całej sprawy, jednakże całość wygląda bardzo źle, od strony wizerunkowej, dla Onetu i Bartosza Węglarczyka.

Czytaj też: To się w głowie nie mieści. Dziennikarz Witold Gadowski grozi, że opisze „powiązania” J. Gowina, ale tylko jeśli ten zdradzi dzisiaj PiS

Było mi trudno uwierzyć w prawdziwość tego pisma, ponieważ kancelaria, której logo znajduje się na ujawnionej korespondencji to czołowa polska kancelaria, która zatrudnia wielu świetnych prawników.  Jego prawdziwość potwierdził sam wydawca Onetu (Ringier Axel Springer Polska), który zdaniem serwisu Wirtualne Media odsunął od sprawy kancelarię i nawet rozważa dalsze konsekwencje. Do tej pory zastanawiam się czy próba zrzucania odpowiedzialności na kancelarię nie jest jakąś formą strategii procesowej w obliczu upublicznienia pisma przez wPolityce.

Fragmenty materiałów procesowych przygotowanych przez zewnętrzną kancelarię prawną, dotyczące stosowania technologii deep fake, w żadnej mierze nie oddają stanu faktycznego i zostały sformułowane bez zgody RASP – stwierdziła firma w stanowisku przesłanym Wirtualnym Mediom.

W związku z tym, kancelaria prawna, która dotychczas prowadziła tę sprawę, została od niej odsunięta. Rozważane jest wyciągnięcie dalszych konsekwencji – dodała.

W pierwszej chwili pomyślałem, że kancelaria reprezentuje Bartosza Węglarczyka – a nie serwis – i przyjęła karkołomną strategię ratowania dziennikarza nawet kosztem pracodawcy. Ale z komunikatów medialnych wydawcy możemy wnioskować, że to właśnie wydawca jest klientem kancelarii. Ta kwestia jest już, że tak powiem, wtórna.

Zawsze jest mi trudno winić prawników, bo choć oni też popełniają błędy, to jednak niezwykle często dzieje się to pod wpływem pomysłowych klientów. Nie da się jednak ukryć, że linia obrony w oparciu o deepfake w sporze z sędzią – gdyby próbować ją pod kątem czysto prawno-faktycznym, a nie wymyślnych strategii czy nawet potencjalnego wprowadzenia prawników w błąd przez pracownika klienta – była bardzo karkołomna. Wydawca musi się też liczyć z tym, że decydując się na profesjonalnego pełnomocnika, deleguje na niego swoje zaufanie i wspólną odpowiedzialność – choćby medialną – za tezy stawiane przez tego pełnomocnika.

Dziwi mnie zatem agresywna postawa Onetu wobec wPolityce.pl, ponieważ w tej konfrontacji wydaje się, że prawicowy serwis dostał do ręki bardzo mocne karty, które skrupulatnie wykorzystuje – do czego ma prawo. Gdyby nie hucznie omawiana na Twitterze historia o pomyśle pozwania autora publikacji – Wojciecha Biedronia – o przedmiotowej sprawie, pewnie nigdy bym nie usłyszał, a tak zyskuje ona kolejny bieg medialny.