Już teraz producenci i importerzy muszą informować konsumentów na etykiecie o tym, skąd pochodzi produkt
Przyjęcie umowy pomiędzy Unią Europejską a południowoamerykańskim Mercosurem odbyło się pomimo sprzeciwu części państw członkowskich, w tym Polski. Powodem oporu były w tym przypadku obawy o zalanie naszych rynków płodami rolnymi. Byłyby one może i gorszej jakości z punktu widzenia wszystkich unijnych wymogów, za to tańsze. Sami rolnicy bardzo aktywnie protestowali przeciwko umowie z Mercosurem i na dobrą sprawę nie ma się co dziwić.
Teraz w debacie publicznej pojawiają się różne egzotyczne pomysły na to, jak sobie poradzić z nową rzeczywistością. Media związane z opozycją postulują wręcz specjalne oznaczenie kraju pochodzenia żywności pochodzącej z Ameryki Południowej. Przyznam, że mam co do tego ambiwalentne odczucia. Doceniam deklarowaną intencję w postaci troski o świadomy wybór polskiego konsumenta. Bardzo przy tym staram się ignorować tę prawdziwą, która sprowadza się do bieżącej walki politycznej.
Jest jednak małe "ale". Oznaczenie kraju pochodzenia żywności już teraz stanowi wymóg określony przepisami prawa. Co ważne w tym kontekście: wynika on w dużej mierze z prawodawstwa unijnego. Mam na myśli liczne rozporządzenia Komisji Europejskiej dotyczące informowania konsumentów o pochodzeniu produktów dostępnych na wspólnym rynku, w tym przede wszystkim to w sprawie przekazywania konsumentom informacji na temat żywności o numerze 1169/2011.
W pierwszej kolejności interesuje nas art. 7, który określa minimalne standardy informowania konsumenta o właściwościach sprzedawanych produktów spożywczych:
1. Informacje na temat żywności nie mogą wprowadzać w błąd, w szczególności:
a) co do właściwości środka spożywczego, a w szczególności co do jego charakteru, tożsamości, właściwości, składu, ilości, trwałości, kraju lub miejsca pochodzenia, metod wytwarzania lub produkcji;
b) przez przypisywanie środkowi spożywczemu działania lub właściwości, których on nie posiada;
c) przez sugerowanie, że środek spożywczy ma szczególne właściwości, gdy w rzeczywistości wszystkie podobne środki spożywcze mają takie właściwości, zwłaszcza przez szczególne podkreślanie obecności lub braku określonych składników lub składników odżywczych;
d) przez sugerowanie poprzez wygląd, opis lub prezentacje graficzne, że chodzi o określony środek spożywczy lub składnik, mimo że w rzeczywistości komponent lub składnik naturalnie obecny lub zwykle stosowany w danym środku spożywczym został zastąpiony innym komponentem lub innym składnikiem.
2. Informacje na temat żywności muszą być rzetelne, jasne i łatwe do zrozumienia dla konsumenta.
3. Z zastrzeżeniem odstępstw przewidzianych w prawie Unii mającym zastosowanie do naturalnych wód mineralnych i żywności specjalnego przeznaczenia żywieniowego informacje na temat żywności nie mogą przypisywać jakiemukolwiek środkowi spożywczemu właściwości zapobiegania chorobom lub leczenia chorób ludzi bądź też odwoływać się do takich właściwości.
4. Ust. 1, 2 i 3 mają również zastosowanie do:
a) reklamy;
b) prezentacji środków spożywczych, w szczególności kształtu, wyglądu lub opakowania, zastosowanych materiałów opakowaniowych, sposobu ustawienia oraz otoczenia, w jakim są pokazywane.
Warto w tym momencie wspomnieć, że dalsze przepisy rozporządzenia – w tym art. 9 oraz 26 – czynią oznaczenie kraju pochodzenia żywności absolutnie obowiązkowym. Przy okazji nakazują także informowanie konsumenta o pochodzeniu podstawowego składnika danego produktu.
Oznaczenie kraju pochodzenia żywności za pomocą flagi byłoby dużo wydajniejsze od tekstu
Jak należy to wszystko rozumieć? Już teraz producenci oraz importerzy muszą oznaczać pochodzenie swoich produktów. Gdyby było inaczej, to nigdy nie dowiedzielibyśmy się na przykład o indyjskich ogórkach z Biedronki. Wymóg ten oczywiście dotyczy także państw Ameryki Południowej.
W tym momencie moglibyśmy skwitować problem wzruszeniem ramion. Wymóg informowania o pochodzeniu produktów spożywczych istnieje, a sprzedawcom nie wolno w tej kwestii kombinować. Warto się jednak zastanowić, czy w praktyce rzeczywiście polscy konsumenci są dostatecznie poinformowani. W tym przypadku sprawa jest nieco bardziej skomplikowana.
Owszem, na każdym produkcie spożywczym znajdziemy informację o tym, z którego państwa on pochodzi. Najczęściej ma ona jednak formę napisu gdzieś na etykiecie. "Wyprodukowano w Polsce", "Made in Germany" i tak dalej. Art. 13 przytoczonego wyżej rozporządzenia określa minimum czcionki na 1,2 milimetra. Napis może być nawet mniejszy w przypadku opakowań z etykietą o całkowitej powierzchni poniżej 80 cm2.
Jeżeli ktoś ma problem ze wzrokiem, to z całego serca podpowiadam mu robienie zakupów wyłącznie w okularach. Nawet jeśli takiej osobie nie zależy na informacji o kraju pochodzenia produktu, odczytanie kluczowych danych znajdujących się na etykiecie może się okazać niemałym wyzwaniem. Dotyczy to między innymi składu czy wartości odżywczych.
Nie da się także ukryć, że w dzisiejszych czasach informacja w formie zbitej ściany tekstu nie należy do najwydajniejszych sposobów komunikacji z konsumentem niezależnie od jego wieku. Być może należałoby wrócić do pomysłu oznaczania produktów spożywczych flagą państwa, z którego ten pochodzi. Pamiętacie ziemniaki z polską flagą, które proponował poprzedni rząd? To wcale nie był taki głupi pomysł, jak próbowano wówczas przedstawić. Jeżeli flaga byłaby dostatecznie duża i dodatkowo podpisana, to wystarczyłby jeden rzut oka, by od razu i bezbłędnie rozpoznać kraj pochodzenia danego produktu. Dodatkowa korzyść jest taka, że praktycznie żaden kraj na świecie nie korzysta z flagi, którą moglibyśmy pomylić z naszą.
Obserwuj nas w Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover
Obserwuj