1. Bezprawnik -
  2. Gospodarka -
  3. Wolny rynek to mit, gdy w grze są Chiny, Rosja i petrodolary. Tak działa nowa zimna wojna gospodarcza

Wolny rynek to mit, gdy w grze są Chiny, Rosja i petrodolary. Tak działa nowa zimna wojna gospodarcza

Prof. Leszek Balcerowicz przekonuje, że w gospodarce nie ma miejsca na patriotyzm. Wolny rynek wygrywa zaś z socjalizmem i interwencją państwa. Tylko czy aby na pewno? W zglobalizowanym świecie rywalizacja gospodarcza jest przedłużeniem tej politycznej i narzędziem tej militarnej.

Polacy uważają, że patriotyzm gospodarczy jest bardzo ważny

Premiowany na wszystkie sposoby przez władze, organizacje pozarządowe i polskich przedsiębiorców patriotyzm gospodarczy to coś, co cieszy się uznaniem Polaków. Skala tego zjawiska może wręcz zaskakiwać.

W zeszłorocznym sondażu IRCenter dla Onetu aż 73 proc. respondentów uznało, że przejawem patriotyzmu jest kupowanie polskich produktów. To tyle samo, co w przypadku wywieszaniu flag w święta państwowe i nieco więcej od śledzenia sukcesu polskich sportowców. Co ciekawe, patriotyzm w Polsce ma niejedno oblicze – deklaracje brzmią pięknie, ale gdy w grę wchodzą realne pieniądze, gotowość do poświęceń bywa już znacznie mniejsza.

„Patriotyzm jest na polu bitwy, a nie w gospodarce"

Nie każdemu jednak pojęcie patriotyzmu gospodarczego się podoba. Przykładem mogą być słowa prof. Leszka Balcerowicza, który w trakcie Europejskiego Kongresu Gospodarczego przyznał wprost: „Patriotyzm jest na polu bitwy, a nie w gospodarce".

To prawda, że gospodarki zamykające się na świat zazwyczaj piszczą biedą i śmierdzą totalitaryzmem

Trzeba w tym przypadku przyznać, że kontekst tej wypowiedzi wskazuje także na odwieczną walkę pomiędzy wolnym rynkiem a państwowym interwencjonizmem przemieszanym z socjalizmem. Na uwagę zasługuje jednak podejście prof. Balcerowicza do zagranicznego kapitału.

Najwięcej polskości było w PRL, bo wszystko było polskie, czyli państwowe. Zmiana ustrojowa rozpoczęta w 1989 roku polegała na otwarciu na świat, m.in. na kapitał zagraniczny, który był ważnym źródłem transferu technologii.

Sztuką jest wygrywać w konkurencji z firmami zagranicznymi: zarówno w eksporcie, no i to nam nieźle poszło po 1989 roku jak i na rynku krajowym. Gospodarka wolna, otwarta na świat, nie zamyka się przecież na rynki zagraniczne.

W zasadzie można by się było z takim podejściem do pewnego stopnia zgodzić. Wolna gospodarka nie powinna zamykać się na świat niczym Korea Północna czy putinowska Rosja. Pytanie jednak brzmi, czy to oznacza, że powinniśmy otwierać wszystkim zagranicznym podmiotom drzwi do polskiego rynku szeroko na oścież?

Gdybyśmy kierowali się tylko rachunkiem ekonomicznym, to dalej kupowalibyśmy gaz z Rosji

Nie ma się co oszukiwać: współczesna nam rzeczywistość praktycznie na każdym kroku daje nam powody, by jednak optować za jakąś formą protekcjonizmu w relacjach z innymi państwami.

Lekcja Nord Stream: „projekt biznesowy", który okazał się polityczną dźwignią

Zaczęło się od słynnego gazociągu Nord Stream. Wszyscy doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, że nie był to projekt biznesowy, jak próbowali nas uspokoić Niemcy. Gazociąg stanowił kolejne narzędzie Kremla, by uzależniać Europę od rosyjskiego gazu. Uzależnienie to następnie prowadziło do rozgrywania poszczególnych rządów i promowania wpływów Moskwy w Unii Europejskiej. Dzisiaj zniszczony Nord Stream jest już tylko symbolem epoki naiwności europejskich elit, które uwierzyły, że z Kremlem da się robić „normalne" interesy.

Działa to całkiem nieźle do dzisiaj. Przykładem mogą być tutaj Węgry, które pod rządami Viktora Orbana skończyły jako koń trojański Putina w NATO i UE. Do pewnego stopnia w tym samym kierunku zmierza także Słowacja Roberta Fico. Ekonomiczny rachunek był jednak jasny: nowe źródło taniego gazu. Zresztą gaz z Rosji długo był w Europie traktowany jako po prostu surowiec – do momentu, w którym brutalnie okazało się, że jest w istocie narzędziem szantażu energetycznego.

Rosja, Chiny i kraje Zatoki Perskiej poprzez inwestycje na zachodzie długo budowały swoje polityczne wpływy

Podobne zagrożenia Europa zbyt późno dostrzegła w otwieraniu swojej gospodarki na inwestycje z Chin. Obecnie Bruksela próbuje walczyć z zalewem tamtejszych aut elektrycznych, które duszą europejskich producentów.

Chińczycy mogą sobie pozwolić na oferowanie niższych cen dzięki ogromnej skali produkcji oraz technologii w dużej części pozyskanej od europejskich partnerów zapatrzonych w wielki chiński rynek. Doskonale widać to także w przypadku platform e-commerce – nawet bojkot Temu, AliExpressu i Sheinu okazuje się skrajnie trudny, bo konsumenci kierujący się ceną nie chcą rezygnować z tanich zakupów, nawet jeśli długoterminowo szkodzi to rodzimym producentom.

Elektronika z Państwa Środka i metale ziem rzadkich jako broń

Jeszcze bardziej problematyczna okazuje się elektronika pochodząca z Państwa Środka. Nie jest tajemnicą, że dane znajdujące się w sprzęcie gospodarstwa domowego, smartfonach, a także wspomnianych wyżej samochodach mogą trafiać do Pekinu.

Jeżeli to nie wystarczy, chińskie władze mogą po prostu ograniczyć reszcie świata dostęp do metali ziem rzadkich. Zeszłoroczny manewr Pekinu nie wynikał przecież z rachunku ekonomicznego, ale z rywalizacji ze Stanami Zjednoczonymi.

Chiny to akurat świetny przykład tego, że „socjalistyczne" autokracje są w stanie zaadaptować kapitalizm do swoich potrzeb

W jednym prof. Balcerowicz ewidentnie się myli, gdy twierdzi: „Nie ma przypadków sukcesów krajów zdominowanych przez własność państwową, wszystkie zakończyły się klęską. Jakie zostały przykłady? Kuba, Korea Północna".

Chiny stanowią ewidentny wyjątek od tej reguły. Tamtejsza „prywatna przedsiębiorczość" jest praktycznie całkowicie podporządkowana wszechwładnej Komunistycznej Partii Chin. Tamtejsze władze po prostu zaadaptowali kapitalistyczne metody tak, by służyły „socjalizmowi", czytaj: totalitarnej autokracji.

Na uwagę zasługuje także coraz głębsza infiltracja rozwiniętych państw zachodnich przez petrodolary krajów Zatoki Perskiej. Doszło do tego, że europejskie rozgrywki sportowe potrafią rozgrywać swoje finały w Dubaju.

W dzisiejszych czasach nawet sojusznicy są w stanie wbić nieuważnemu partnerowi nóż w plecy

Ktoś mógłby w tym momencie argumentować, że mówimy przecież o dyktaturach, monarchiach absolutnych i innych państwach spoza „naszej bajki". Inne wolnorynkowe państwa zachodnie by nam czegoś takiego nie zrobiły, prawda? Otóż nieprawda.

Trumpowskie cła i amerykańscy giganci technologiczni

Wszelkie groźby Donalda Trumpa spod znaku „zróbcie to, czego od was żądam, albo nałożę na was karne cła" to jeden z przykładów wykorzystywania gospodarki przez naszego największego sojusznika przeciwko Europie. Zapowiadane przez Biały Dom cła na produkty z UE pokazują dobitnie, że nawet sojusz NATO nie chroni europejskich przedsiębiorców przed tym, że gospodarka stanie się kartą przetargową w politycznych rozgrywkach. Nie jest to jednak przykład najlepszy.

O wiele większym problemem jest uzależnienie naszego kontynentu od amerykańskich gigantów technologicznych. Google, Meta, Apple i te wszystkie firmy stojące za modelami sztucznej inteligencji owinęły sobie Europę wokół palca. Wszelkie próby ograniczenia ich wpływów i ucywilizowania ich działalności kończą się mniej lub bardziej agresywną reakcją ze strony władz Stanów Zjednoczonych.

Zbyt szeroko otwarte drzwi na zagraniczne inwestycje to zaproszenie do gospodarczej kolonizacji danego kraju

Nie chodzi mi jednak o to, że w dzisiejszych czasach w sprawach gospodarczych nie wolno ufać tak naprawdę nikomu. Po prostu handel i inwestycje zagraniczne zawsze były narzędziem pozyskiwania i utrzymywania globalnych wpływów politycznych.

Jeżeli pozwala się zagranicznym partnerom na zbyt wiele, to kończy się niczym Chiny w starciu z Wielką Brytanią w czasach Wojen Opiumowych. W pewnym momencie nie da się już powiedzieć „nie" i w praktyce kończy się jako czyjaś kolonia gospodarcza.

Wolny rynek jest czymś pozytywnym, a dla Polski stanowi wręcz błogosławieństwo. Błyskawiczny rozwój naszego kraju nie byłby możliwy bez członkostwa w Unii Europejskiej, w której swobodny przepływ towarów, kapitału i osób jest jednym z filarów całej organizacji. Nawet w tych cieplarnianych warunkach musimy bronić swoich interesów i twardo negocjować z partnerami.

Globalna wymiana gospodarcza to twarda gra interesów pomiędzy państwami, a nie jakaś wolnorynkowa idylla

Chyba wszyscy znają słowa teoretyka wojskowości Carla von Clausewitza o tym, że wojna jest kontynuacją polityki innymi środkami. Nie każdy jednak zdaje sobie sprawę, że ten sam von Clausewitz porównywał wojnę do handlu:

Lepiej niż do jakiej bądź sztuki da się ona porównać do handlu, który jest również konfliktem ludzkich interesów i czynności, a wiele bliższą wojnie jest polityka, którą ze swej strony można uważać za handel na większą skalę.

W tym kontekście patriotyzm gospodarczy to po prostu jedna z wielu linii obrony przed politycznymi wpływami zagranicy w naszym kraju.

Obserwuj nas w Google Discover
Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover
Dołącz do dyskusji
Najnowsze
Warte Uwagi