Historia Polaka, który w lipcu porwał brytyjską modelkę, a następnie żądał 300 tysięcy euro okupu w bitcoinach, coraz mniej trzyma się kupy. Tak samo, jak jego przynależność do tajemniczej organizacji. Wygląda na to, że to jedna wielka lipa, a być może nawet rodzaj promocji modelki.

Z pewnością pamiętacie historię, którą media opisywały w weekend. Brytyjska modelka uprowadzona przez Polaka, następnie przetrzymywana w opuszczonym domu pod Turynem, a ostatecznie przez niego wypuszczona. Udało jej się przekonać porywacza do wypuszczenia jej. Tym, co podziałało na sumienie naszego rodaka, miał być fakt, że kobieta jest matką dwuletniego dziecka, a jego organizacja nie porywa matek. Cała historia wyglądała jednak na dość przerażającą, chociaż już wtedy niektóre wątki wydawały się bez sensu. Śledztwo włoskiej policji ujawnia coraz więcej dziwnych okoliczności z tego zdarzenia.

Polak porwał modelkę do walizki. Wystawił ją na sprzedaż za 300 000 euro. Uwolnił, bo okazała się być matką

Po zeznaniach porywacza policjanci określili go mianem mitomana i patologicznego kłamcy. Miał powiedzieć, że należy do tajnej organizacji Black Death, oraz że choruje na białaczkę. Okup z porwania, na który liczył, miał mu zapewnić środki na leczenie. Swojej teorii nie potrafił jednak poprzeć żadnymi dowodami. Jeszcze więcej ciekawostek wyszło na jaw po tym, jak policjanci przesłuchali modelkę.

Chloe Ayling znalazła niebanalny sposób na promocję

Chloe Ayling, bo tak nazywa się kobieta, miała swojego porywacza poznać już w kwietniu podczas podróży do Paryża. Według jej zeznań, porywaczy miało być pięciu, chociaż policja zatrzymała jedynie Polaka i jego brata. Również okoliczności samego porwania dziwią policjantów, ponieważ według tego, co mówiła, zastrzyk z ketaminy dostała w ramię. To budzi wątpliwości śledczych, ponieważ miała ona wtedy być ubrana w grubą, skórzaną kurtkę co powinno skutecznie powstrzymać igłę. Te dziwne zeznania można jeszcze zrzucić na karb stresu, jakim niewątpliwie jest porwanie. Najdziwniejsze jednak dopiero przed Wami.

Włoscy dziennikarze dotarli do transkrypcji z przesłuchania modelki. Miała ona zeznać, że dzień przed jej uwolnieniem wybrała się z porywaczem… na zakupy. Konkretnie to pojechali na poszukiwania butów. Rozpoznał ją sprzedawca z lokalnego sklepu. Gdy detektywi postanowili nieco zagłębić się w ten wątek, okazało się, że kobieta miała stracić buty podczas porwania i udało jej się wyprosić Polaka o kupno nowych. Ten miał mieć wyrzuty sumienia po tym, jak wyszło na jaw, że kobieta jest matką, co ta wykorzystała na swoją korzyść. Gdy następnego dnia udali się do brytyjskiego konsulatu, aby zgodnie z umową, wypuścić kobietę na wolność okazało się, że konsulat jest jeszcze zamknięty. Postanowili zatem nie tracić czasu, więc… poszli zjeść śniadanie w pobliskiej restauracji. Początkowo miał ją zostawić w odległości 15-minutowego spaceru od umówionego miejsca, jednak najwidoczniej zmienił zdanie.

Całe porwanie najprawdopodobniej od samego początku było ukartowane

Porywacz tuż po porwaniu kobiety miał wysłać maila to Daily Mail, w którym miał zaproponować sprzedaż zdjęć uprowadzonej kobiety. Sama wiadomość była zatytułowana „Brytyjska modelka porwana przez rosyjską mafię”. Podczas przesłuchania powiedział, że zwrot „rosyjska mafia” miał być tylko przynętą dla dziennikarzy.

Przyznajcie sami, że jeśli to faktycznie miało być porwanie, to chyba jedno z najgorszych w historii. Podejrzewam, że na takiej upozorowanej historii chcieli zarobić trochę pieniędzy, a sama modelka znalazła niezły sposób na wypromowanie się. Jak widać, półnagie fotki na snapchacie niekoniecznie wystarczą do osiągnięcia sukcesu w tej branży.