„Pozdro z KRLD” – Polak na YouTube robi świetną reklamę Korei Północnej. Czy naprawdę wypada reklamować reżim?

Gorące tematy Technologie Zagranica dołącz do dyskusji (463) 25.11.2017
„Pozdro z KRLD” – Polak na YouTube robi świetną reklamę Korei Północnej. Czy naprawdę wypada reklamować reżim?

Udostępnij

Emilia Wyciślak

Czy chcesz się wybrać do Korei Północnej? Poznać nową kulturę, odkryć tamtejsze smaki, zobaczyć na własne oczy, jak żyją tamtejsi mieszkańcy? Taką propozycję wysuwa YouTuber z kanału „Pozdro z KRLD”. Powiemy ci, dlaczego jest to zły pomysł. 

Korea Północna. Kraj mlekiem i miodem płynący, wedle przekazów z tamtejszej telewizji. Udało im się dotrzeć na słońce, wygrywają jeden mundial za drugim, wszystkim też żyje się dostatnio, a nawet, jeśli nie, to – jak mówi tamtejsza propaganda – można przeżyć o jednym posiłku dziennie. Od 1953 roku uciekło stamtąd od stu do trzystu tysięcy mieszkańców. Dzieje się tak dlatego, że prawa człowieka praktycznie tam nie istnieją.

Taki obraz Korei Północnej prezentują nam różne źródła, głównie uciekinierzy. Jednak mamy również inne kanały do dowiedzenia się o tym, jak wygląda Korea Północna. Tyle tylko, że nie są to wcale takie różowe barwy, jak mogłoby się wyłaniać z filmików kanału „Pozdro z KRLD”. Autor zachęca do odwiedzenia tego kraju i przekonania się na własne oczy, z czym można mieć tam do czynienia. Dość aktywnie krytykuje też artykuły, które pojawiają się w różnych serwisach informacyjnych. Sam maluje nam obraz dość pozytywny, w najgorszym razie neutralny. Przyjrzyjmy się jego filmikom i odpowiedzmy sobie na kilka pytań.

Pozdro z KRLD – wyprawa na szczyt kłamstwa

Zacznijmy może od filmiku, w którym autor krytykuje o2.pl za ich artykuł. Wysnuwa kilka tez, którym warto się przyjrzeć. To, co powinno zwrócić uwagę w szczególności, jest twierdzenie, że w Korei Północnej toczy się normalne życie.

To interesujące, bo autor rzadko opuszcza Pjongjang, a nawet stamtąd dostajemy dość okrojony materiał. Wśród jego filmików możemy znaleźć taki, w którym wybiera się na wycieczkę do domu, gdzie miał przed laty przyjść na świat Kim Dzong Il. Czego już się z tego wideo nie dowiemy, to tego, iż tak naprawdę, poprzedni satrapa przyszedł na świat w Związku Radzieckim. Oficjalna propaganda zmienia jednak wszystko, topnieje śnieg, zaś ptaki przemawiają ludzkim głosem. To nie żart – taką wersję narodzin Kim Dzong Ila podaje się w Korei Północnej. O tym również autor nie wspomina. Odwiedza za to nieco później malowniczą Pektu-san, pozwalając nacieszyć się wspaniałymi widokami.

Jak, będąc dosłownie w paru lokalizacjach, może on stwierdzić, jakie życie się tam toczy? Z pewnością ma pewien pogląd na sytuację, na pewno wie więcej, niż przeciętny dziennikarz, nie zaprzecza wielu faktom – ale też nie można powiedzieć, że określi poziom „normalności”. Human Rights Watch – z kolei – na bieżąco alarmuje o problemach, z jakimi borykają się mieszkańcy tego kraju.

Co ciekawe, podczas wyprawy do „rodzinnego domu Kimów” YouTuber zatrzymuje się w pewnym hotelu. Pomijając już fakt, że nie ma tam żarówek, a hotelowa lodówka jest pusta (co starszym czytelnikom przypomni czasy słusznie minione), autor wybiera się zakosztować lokalnego przysmaku, czyli ziemniaków z ogniska. To smaczne warzywo często będzie przewijać się w jego filmikach, pokuszę się nawet o stwierdzenie, że częściej niż Kim Chi, tamtejszy odpowiednik kapusty kiszonej, mocno związany z koreańską tradycją. Dlaczego?

„Rodzinny dom Kimów” leży dość daleko od samego Pjongjangu, dlatego YouTuber musiał dotrzeć tam za sprawą samolotu. Skoro jednak Pektu-san jest taka ważna dla Koreańczyków, dlaczego nikt nie wybudował do niej drogi? Do strefy zdemilitaryzowanej wiedzie (praktycznie nieuczęszczana) autostrada, zaś do miejsca, które powinno stać się miejscem pielgrzymek można jedynie polecieć? I to w zasadzie jedynie turystom, bo najwyraźniej nikogo innego na to nie stać? Jak to się ma do piosenki, która ciągle przebrzmiewa w jego filmikach, a której tytuł głosi – „Wespniemy się na Pektu-san”? Koreańczycy śpiewają ją często, ale nie widać, żeby ktokolwiek miał się tam wybrać.

Nikt cię nie obserwuje

Autor w swojej krytyce artykułów pojawiających się w serwisach informacyjnych wysuwa również tezę, że owszem, odwiedzający Koreę posiadają przewodnika, ale nikt ich nie pilnuje niczym psy obronne, a całość nie jest wyreżyserowana. Można w to uwierzyć, chociaż filmiki są dość fragmentaryczne (z drugiej strony, nikt nie chciałby oglądać kilkugodzinnych relacji, za to kilkunastominutowa forma jest w miarę strawna dla odbiorcy). Czy jednak nie jest obserwowany? Możliwe, że nawet nie zdaje sobie z tego sprawy. Jego przewodnik, jest sympatyczny, ładnie mówi po polsku, ale nie słyszymy go za często. To również zrozumiałe – autor w przystępnych słowach opisuje zastałą rzeczywistość.

Mimo to, w oczy rzucają się detale. Kiedy YouTuber wybiera się na prowincję i mija kolejne domy z zadbanymi ogródkami, prawie nie widzimy mieszkańców, siedzą oni głównie na poboczu jezdni. Jak wzrokiem sięgnąć, nie widać ani jednej krowy, kurczaka, psa czy kota. W Korei Północnej, w której przyświeca ideologia Dżucze – czyli samowystarczalności?

Ludzie żyją skromnie

Największe wątpliwości budzić może już wcześniej wspomniany filmik o artykule z o2. Autor natrząsa się nieco z „First World Problems”, czyli z tego, iż jeden fotograf zauważył ludzi piorących w rzece. Jak sam dodaje, połowa ludzi na świecie „żyje skromnie”, nie wszyscy mają pralkę, telefon czy internet. Nie jest to do końca prawdą, bo ponad połowa Afrykańczyków wyposażona jest w smartfony (mimo, że mieszkają czasem poniżej dolnej granicy ubóstwa), natomiast jeśli chodzi o dostęp do bieżącej wody, to faktycznie – o ile jej brak nie dziwi w Kenii lub Sudanie, to jak to się ma do pełnej jezior, rzek i strumyków Korei Północnej?

Podobnej argumentacji autor „Pozdro z KRLD” używa także w przypadku zakazów. Przykładowo, krytykuje on artykuł na wp.pl, mówiący o tym, że do kraju Kimów nie można wwozić Biblii. Sam podpowiada, że nie jest to jedyne państwo na świecie, które tego zabrania, a w dodatku chrześcijanie są prześladowani w wielu miejscach. Tyle tylko, że przypomina to trochę wybieg stylistyczny o nazwie „a u was biją Murzynów”. Arabia Saudyjska (bo zapewne między innymi o nią chodzi) nie jest wzorem do naśladowania.

Takie zasady, co zrobisz?

W filmikach krytykujących artykuły YouTuber zauważa, że zasady w Korei Północnej są, jakie są i nie ma się co z nimi kłócić. Podaje przykład obowiązku złożenia kwiatów oraz ukłonienia się pomnikom przywódców. Jak sam dodaje, w krajach monarchistycznych (KRLD taki właśnie przypomina) trzeba zawsze okazywać szacunek władcy. Zgoda, tylko, że zarówno w przywoływanej przez niego Tajlandii, jak i na przykład w Arabii Saudyjskiej, nie ma obowiązku kłaniania się przed pomnikami króla. Co więcej, żaden z tych krajów nie udaje republiki socjalistycznej (choć trzeba autorowi przyznać, że sam nazywa Koreę „komunistyczną” – w cudzysłowie).

Autor podpowiada, że takie są zasady, oraz, że nic się z nimi nie da zrobić. I tutaj po raz pierwszy się myli.

Nie jedź do Korei Północnej

Nasi starsi czytelnicy pamiętają Peweksy oraz eksport wewnętrzny, a także luksusy, które można było dostać za czasów słusznie minionych. Wszystko kupowano za tak zwaną walutę dewizową. Kiedy przyjeżdża się do Korei Północnej, wydaje się przede wszystkim ją, ponieważ zrujnowana gospodarka tego kraju sprawia, że wony (koreańska waluta) są warte niewiele więcej, niż papier, na którym zostały wydrukowane.

Nie zawsze tak było. Do lat siedemdziesiątych KRLD była potężniejsza gospodarczo od swojego południowego sąsiada. Rozpad ZSRR i brak źródła dostaw doprowadził do zapaści, a w konsekwencji do wielkiego głodu, wskutek którego szacuje się, że zmarło ponad milion osób. Obecnie ma ona najniższy na świecie Wskaźnik Wolności Gospodarczej, a jej PKB wynosi około 30 bilionów wonów, czyli czterdzieści razy mniej, niż Korea Południowa.

KRLD jest odwiedzane przez około 4000 do 6000 zachodnich turystów rocznie. Zostawiają oni pewną ilość waluty dewizowej. Oprócz tego, rząd koreański wysyła za granicę robotników, a także rekwiruje dewizy przysyłane do własnych obywateli z innych krajów, handluje też z Chinami. Wszystko po to, by generałowie otrzymywali luksusowe dobra – a nikt nie będzie im płacił bezwartościowymi wonami. Każdy wyjeżdżający do Korei Północnej niebezpośrednio przyczynia się do tego, że ich pieniądze ostatecznie trafią do rąk dygnitarzy… lub na program atomowy.

Nie jedź do Korei Północnej. Jeśli chcesz poznać kulturę koreańską, wybierz się do ich południowych sąsiadów. Dostaniesz mniej-więcej to samo, bez ryzyka, że twoje pieniądze, bezcenne dewizy, trafią na sponsorowanie reżimu.