Dzieci jak szczury w czasie epidemii dżumy. Albo zamykamy szkoły, albo nie zawracajcie głowy lockdownami

Gorące tematy Państwo Zdrowie dołącz do dyskusji (116) 22.10.2020
Dzieci jak szczury w czasie epidemii dżumy. Albo zamykamy szkoły, albo nie zawracajcie głowy lockdownami

Jakub Kralka

To co napiszę, będzie może brutalne, ale wydaje mi się, że rząd musi słyszeć brutalne rzeczy od opinii publicznej. Albo zamykamy szkoły, albo naprawdę nie ma sensu zawracać społeczeństwu głowy kolejnymi formami pełzającego lockdownu.

Zamykamy szkoły lub kontynuujemy dynamiczny rozwój epidemii w młodym, entuzjastycznym zespole

Oczywiście wiem, że na widok nagłówka „dzieci jak szczury”, niejednej matce wypadł z ręki słoiczek gerbera. Nie znaczy to, że autor niniejszego tekstu stawia znak równości pomiędzy dziećmi a gryzoniami. Natomiast społeczna rola dzieci posłanych do szkół w czasie tej epidemii niezwykle mocno przypomina rolę szczurów, które wraz z towarzyszącymi im pchłami do dziś obwiniane są za roznoszenie najstraszniejszej zarazy w dziejach naszego kontynentu.

Jeśli wierzyć tym teoriom, bo i co do nich nie mamy stuprocentowej pewności, a pogląd o szczurach bywa kwestionowany, mechanizm dzieci wysyłanych do szkół działa w bardzo zbliżony sposób. Najmłodsi nie cierpią z powodu koronawirusa, natomiast nadal mogą być fantastycznymi nosicielami. Każdego dnia grupa kilkuset uczniów z różnych środowisk spotyka się w jednym miejscu, by wymieszać ze sobą bakterie przyniesione przez rodziców z pracy, by następnie ponownie zanieść do domu bank bakterii.

Dziwi mnie, że Prawo i Sprawiedliwość nie rozumie tego mechanizmu, ponieważ dokładnie w ten sam sposób miał/ma działać Centralny Port Komunikacyjny, do którego wedle założeń miał/ma ściągać biznes i handel z całego świata, mieszać swoje biznesowe bakterie i ruszać w swoją stronę.

Zjeść ciastko i mieć ciastko

Największym problemem walki z epidemią w Polsce jest brak konsekwencji i logiki. Tu nie trzeba być oczywiście ani specem od zarządzania krajem, ani znawcą epidemii, przeciętny człowiek dostrzega liczne nieścisłości.

Gdyby na przykład w podobny sposób walczono z wielkim pożarem całej Puszczy Białowiejskiej, pierwszego dnia rząd zakazałby wstępu do 5 losowo wybranych lasów w całej Polsce, ale nie Puszczy Białowieskiej. Drugiego dnia rząd zamówiłby wozy strażackie od znajomego instruktora narciarstwa. Trzeciego dnia otrzymałby wozy, ale policyjne, na dodatek nie wszystkie. W obliczu coraz bardziej dramatycznej sytuacji, rząd postanowiłby zasypywać Puszczę z powietrza. Ale ponieważ Rafał Trzaskowski z Platformy Obywatelskiej podstępnie zatruł wodę robiłby to suchym drewnem. Czwartego dnia każdy miałby obowiązek udać się do Puszczy Białowieskiej, ale tylko skacząc na jednej nodze. Piątego dnia zainaugurowano by program sadzenia sadzonek na stadionie Narodowym. Szóstego dnia podpalono by z kolei Puszczę Kampinoską. Siódmego dnia większość strażaków zginęłaby w czasie akcji podpalania, więc zmuszono by do gaszenia zwykłych obywateli rozjeżdżających Białowieżę policyjnymi sukami, bo tylko takie auta – zamiast wozów strażackich – dostarczył kolega Ministra Leśnictwa. Jest w tym sens i logika?

No nie ma, tak samo nie ma w tym, jak walczymy z koronawirusem. Jak trafnie ujęła to Marzena Sosnowska postulując krótkookresowy lockdown, rząd funduje nam teraz pełzający lockdown. W istocie, są to tylko działania pozorowane, by pokazać, że rząd coś robi. A rząd wyznaje zasadę „wszystkie siły przeciwko koronawirusowi, ale tak na 30 proc.”.

Albo zamykamy szkoły, albo się nie bawmy w lockdowny

Nie jestem kompetentny, by podejmować decyzje dotyczące tego jak Polska powinna walczyć z epidemią. Na nasze nieszczęście – nasz rząd też nie jest. Oczekiwałbym jednak, by przyjmowane działania miały chociaż charakter spójny i konsekwentny. Mieliśmy pół roku na to, by wypracować jakiś plan i się go trzymać wiedząc na czym polega wirus. Jednak PiS wolał najpierw bić się z Hołownią, potem z gejami, a na końcu trylogii, we wrześniu, połączyli ten religijno-seksualny klimat w naparzankę między samymi sobą.

Nie można zabijać kolejnych gałęzi gospodarki równocześnie posyłając dzieci do szkoły. To jest bezcelowe, to jest jak likwidowanie grilla u sąsiada w ogródku, gdy na drugim końcu kraju płonie Puszcza Białowieska. Nie ma takiej formuły, w której szkoły mogą funkcjonować, chyba że przekształcimy je w Hogwart, a następna wizyta rodziców będzie miała miejsce za pół roku.