Moje oczy na problem otworzył pan Adam, który w komentarzu do naszego tekstu na Facebooku (ostatnio głównie tam przenieśliśmy ciężar dyskusji i dobrze nam się to sprawdza) trafnie zauważył, że „chodzi o to, że kadra zarządzająca w większości firm już się okopała na swoich stanowiskach i nie życzy sobie konkurencji ani ze strony rówieśników, ani ze strony młodszych".
No i faktycznie tak jest — władza w wielu warszawskich korporacjach czy firmach średniego szczebla zdominowana jest przez osoby urodzone w latach 70. Historia sprawiła, że pierwsze kroki w karierze zawodowej stawiali w czasach niezwykle dynamicznych przemian — to oni konsumowali początek wolnego rynku w Polsce, oni urządzali się podczas otwierania naszej gospodarki na zachodnie rynki, oni mościli się w pierwszych podrygach internetowych biznesów, wreszcie — nadal konsumowali korzyści związane z wejściem do Unii Europejskiej.
Oczywiście Grzegorz Skawiński mógłby w tym momencie ripostować, że przecież każde pokolenie ma własny czas, jednak millenialsi załapali się co najwyżej na resztki z pańskiego stołu rewolucji startupowej, która w Polsce jest i była — nie bójmy się tego słowa — klęską, projektem o bardzo niskiej kulturze, nastawionym w dużej mierze na przepalanie unijnych pieniędzy przez różne pseudoakceleratory. Oczywiście ktoś zaraz zakrzyknie: „a nieprawda, bo tak powstał przecież (…)", tylko że na każde „anieprawda" przypadają tysiące projektów, których nazw nawet nie znamy, bo tak bardzo nie miały sensu, a pompowano w nie często publiczne pieniądze, opowiadając bajki o jednorożcach.
Moim zdaniem teraz jest nawet jeszcze gorzej. Co z tego, że Gen Z przytrafiła się pokoleniowa rewolucja AI, skoro tak naprawdę jest zaprzeczeniem szansy z początku lat 90., działając na niekorzyść ludzi dopiero zaczynających drogę zawodową (bo automatyzuje najprostsze czynności). Nikt dziś nie jest na rynku zatrudnienia bezpieczny, ale stosunkowo najpewniejszą sytuację mają managerowie górnego szczebla i — zabrzmi znajomo — właściciele środków produkcji.
Ale wracając do tych 50-letnich managerów
Przeciętny 50-letni manager to młody chłopak, młoda dziewczyna. Urodzili się w 1976 roku i pamiętają jeszcze biedę PRL-u na tyle mocno, by — jak już złapali — nigdy nie puścić. Nie ma mowy. Kiedy Stefan Karwowski w dniu swoich 40. urodzin powoli kładł się do grobu i rozliczał z dokonaniami życia, przeciętny warszawski 50-latek na szczeblu managerskim wygląda i wiedzie życie krzyżówki Apolla i Dionizosa, oparte na trenerze personalnym, siłowni premium, medycynie estetycznej i ekskluzywnych podróżach oczyszczających co kwartał. Rozpoznają się w tłumie pytaniami o to, czy też jeździsz pod żagle i gdzie mają dom w Tajlandii, a jeśli w ogóle się między sobą kłócą, to tylko o to, kto zna mniej popularną trasę narciarską we francuskich Alpach.
Nigdzie się nie wybierają. Tu przyznaję, że trochę pracować im się już w tym natłoku obowiązków faktycznie nie chce, ale nie wszystkim — bo część nadal jest pracoholikami o najlepszych wynikach w swoim dziale. Są jeszcze młodzi, pełni sił i okopani po uszy w otoczeniu tych samych jurnych 50-latków. Jak się dobrze wsłuchacie, to oni nawet nie muszą ze sobą rozmawiać o biznesie — to jest taki elitarny klub książki, który porozumiewa się bez słów, bo wszyscy wzajemnie rozumieją przebytą przez siebie drogę. Trochę jak kombatanci z jednego okopu w Wietnamie, a gruby deal pieczętowany jest skinieniem głowy. Marnowanie na to czasu dłużej, niż potrzeba, tylko by przeszkadzało w narzekaniu na to, że Dubaj jest strasznie przereklamowany. Mają to poukładane.
Do emerytury zostało im może nawet z 15 lat, a wyżej w hierarchii za bardzo się już awansować nie da. Przeszli tę grę dekadę temu, a teraz zostało tylko trwać na stanowisku i mieć nadzieję, że korporacja nie zbankrutuje.
Czy to jest ich wina, że życie im się tak poukładało, a najważniejszy okres z punktu widzenia kariery w czasoprzestrzeni umieszczono tuż obok hurtowni pomarańczy? No, nie jest to ich wina, natomiast nie ma co rechotać z 30-latków, którzy mówią, że czują się dyskryminowani na rynku pracy. Ich szklany sufit zawisł naprawdę nisko — mają nad sobą całą armię wciąż jeszcze pięknych, młodych 50-letnich managerów z okresu wyżu demograficznego, a szansa na zmiany w przewidywalnej przyszłości jest naprawdę niewielka.
Obserwuj nas w Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover
Obserwuj