Dyskusja o „ACTA 2” w polskiej sieci to festiwal głupoty. Internauci walczą z argumentami, które sami wymyślają na poczekaniu

Gorące tematy Technologie dołącz do dyskusji (219) 01.07.2018
Dyskusja o „ACTA 2” w polskiej sieci to festiwal głupoty. Internauci walczą z argumentami, które sami wymyślają na poczekaniu

Udostępnij

Jakub Kralka

Uważam, że przeciwko dyrektywie w sprawie praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym warto się postawić. Jednak polscy internauci – tradycyjnie już – walczą z argumentami, które sami sobie wymyślili. Nie mają pojęcia o czym w ogóle rozmawiają, ale zupełnie nie przeszkadza im to w aktywnej walce w internecie czy nawet wychodzeniu pod sztandarami na ulice przeciwko ACTA 2.

Polski internet się ośmiesza. Nie dlatego, że oprotestowuje dyrektywę, bo są ku temu powody. Dlatego, że nie wie co oprotestowuje, coś tam słyszał, coś tam sobie wyobraził, coś tam mu powiedzieli, ale nie chciało mu się sprawdzić. Dokładnie tak samo w 2012 roku wyglądała wielka krucjata przeciwko ACTA, gdy twarzami kampanii anty-ACTA w stacjach telewizyjnych byli youtuberzy od Minecrafta głośno sprzeciwiający się postulatom, które… w polskim prawie autorskim już i tak obecne są od kilkudziesięciu lat.

Ustawa, rozporządzenia, dyrektywa? Polskiemu internaucie wszystko jest jedno z czym walczy, choć przecież w przypadku RODO czy „ACTA 2.0” jest to jednak dość spora różnica (np. w trybie późniejszego wdrożenia tego do polskiego prawa). Moim zdaniem neutralnemu widzowi powinna zapalić się czerwona lampka już na etapie dyskusji, w którym internetowi komentatorzy sami nie potrafią powiedzieć z aktem jakiego typu mają do czynienia. Z jednej strony nie wymagam od nich wiedzy – powiedzmy – prawniczej, ale z drugiej – wygłaszają bardzo radykalne sądy, dokonują bardzo daleko idących interpretacji, a ich oceny są momentami wręcz rozpaczliwe. Tymczasem już szczątkowe wypowiedzi wskazują na to, że nie mają zielonego pojęcia na temat dyskusji.

Obecnie zaczynam dostrzegać taką wewnętrzną potrzebę tworzenia publikacji o „ACTA 2” powielającą wszelkie mity na temat tej dyrektywy. Inspiracją do tego tekstu jest zresztą youtube’owy kanał „Nie wiem, ale się dowiem!”, który dosłownie kilkanaście minut temu opublikował fatalny, niekompetentny film na ten temat. Musiałem się pożegnać z jego subskrypcją, bo straciłem zaufanie do wszelkich treści pojawiających się w jego obrębie.

Opór przeciwko dyrektywie ma sens, ale nie w roli „pożytecznych idiotów”

Spójrzmy na przykład tutaj – przykładowy film jako reprezentant jednego z tysięcy komentarzy, setek artykułów, dziesiątek filmów. Przez moment można odnieść wrażenie, że autor może nawet wiedzieć o czym mówi i że faktycznie jest to straszne:

I tu właśnie pojawia się zasadniczy problem. Nawet jeśli autorzy piszą postulaty będące nie do końca oderwane od wniosków, które z całej sprawy można wyciągać, to jednak jest to tylko powtarzanie sensacyjnych frazesów, kompletnie bez zrozumienia dla sprawy.

Czytam od paru dni rozpaczliwe apele o końcu wolności słowa, frazesy o ACTA 2 i czuję się trochę niezręcznie. Ponieważ takie ryzyko faktycznie istnieje, natomiast mimo wszystko autorzy tych postulatów nie potrafiliby powiedzieć dlaczego dokładnie. Dośpiewują jakieś ideologie o opresji tłumów, podczas gdy w tym wszystkim chodzi wyłącznie o biznes.

Artykuł 11 w skrócie głosi: „Tutaj mamy takie przepychanki przy korycie. Wydawcy dużych portali w Niemczech wymyślili sobie, że będą ściągali z Google czy Wykopu dodatkową dolę, choć tak naprawdę nie są w stanie bez tego typu usług żyć. Chodzi tylko i wyłącznie o rozliczenia między dużymi podmiotami”

Artykuł 13 w skrócie głosi: „Jeśli masz stronę internetową, której użytkownicy mogą publikować dużo własnych treści, to musisz jakoś pilnować żeby nie naruszali prawa autorskiego i zacząć ich pilnować (tak jak robi to teraz np. YouTube), a nie ciągle tylko ględzić, że nie masz z tym nic wspólnego, nie interesujesz się, zarobiony jesteś”

Przyjmijmy, że wszystko co słyszałeś o „ACTA 2” było kłamstwem i pewnie mało który małoletni youtuber widział te artykuły w ogóle na oczy

Umówmy się, że od kilku dni słuchałeś w sieci kaznodziejów, którzy zapowiadali, że rozgniewaliśmy bogów i właśnie idzie koniec świata.

To była nieprawda.

Przykładowo Michał Białek z Wykop.pl od kilku tygodni umiejętnie gra sensacyjnymi tezami na temat Artykułu 13, żeby przy okazji obalić Artykuł 11, który to właśnie jest prawdziwym problemem dla jego biznesu. Zupełnie prywatnie myślę zresztą, że Artykuł 11 jest konstrukcją niesprawiedliwą, oderwaną od rzeczywistości medialnej i kłamliwą, jakoby tego typu witryny zarabiały bezpośrednio na linkowaniu. Nie, linkowanie przeważnie leży w interesie tych, do których się linkuje, a nie linkujących.

Jednakże, o ile pogłoski o końcu świata są nieprawdziwe, faktycznie zbierają się nad nami niepokojące fronty burzowe, mogą wystąpić trąby powietrzne i lepiej zostać w domu.

O ile dyskusja o „ACTA 2” jest nierzetelna, niekompetentna i sprzeciwiający się jej nie mają bladego pojęcia przeciwko czemu protestują, to jednak mamy do czynienia z dyrektywą, która pozostawia bardzo wiele niebezpiecznych wątpliwości. Dyrektywę od rozporządzenia (RODO) charakteryzuje to, że dopiero na jej podstawie to polscy rządzący przygotuję – zgodnie z wytycznymi – odpowiednie przepisy. Na podstawie dyrektywy powstała m.in. chwalona i lubiana przez was ustawa o prawach konsumenta (ta z 14-dniowym terminem odstąpienia przy zakupach przez internet).

Dlaczego dyrektywę warto kwestionować?

Artykuł 11 jest moim zdaniem owocem lobbingu niemieckich wydawców prasy, którzy wykorzystują swoją pozycję w Unii Europejskiej i za wszelką cenę chcą zdobyć pieniądze od stron internetowych typu Google czy Facebook, które same nie produkują własnej treści. To prawda, nie produkują, są za to bezcennym źródłem ruchu dla stron internetowych niemieckich (i wszystkich innych) portali. O ile pojawiania się na Facebooku nie zależy od wydawców prasy, tak mogą zażądać, by wyindeksowano ich z Google. Nie chcą jednak tego zrobić, ponieważ byłoby to dla nich zabójcze. A mimo to, domagają się pieniędzy.

Brzmi to na tyle absurdalnie, że może podam przykład analogicznej sytuacji z bardziej tradycyjnej rzeczywistości.

Wyobraźcie sobie, że portal internetowy prowadzi restaurację, zaś Google stoi na rynku i zaprasza do niej ludzi, zaś portal chce od Google pieniędzy za możliwość robienia tego naganiania, nazywa go darmozjadem i zarzuca, że wyciera sobie buzię cudzą restauracją, zamiast wziąć się do pracy.

Głupie? Absurdalne? Pewnie, że tak. Artykuł 11 może w krótkiej mierze doprowadzić do powołania takiego „ZAiKS-u internetu”, który od Google, Facebooka, Wykopu, a może i normalnych portali, będzie domagał się pieniędzy za rekomendowanie cudzych treści. W porządku – może część podmiotów zapłaci, ale co się stanie, jeśli część podmiotów powie, że nie ma ochoty i na przykład mocno okroi wyszukiwarkę z wartych uwagi tekstów?

Gdyby na przykład taki podatek groził Bezprawnikowi, oto co powiedziałbym mojemu redaktorowi:  to nie linkuj artykułu, na który się powołujesz i udawaj, że sam wynalazłeś na końcu świata taki ciekawy temat. Prawo autorskie tego nie zabrania, póki nie przekleimy cudzego tekstu, tylko napiszemy go swoimi słowami. Wiele stron typu Wirtualne Media od lat działa w ten sposób, nie linkując lub nawet nie wspominając źródeł oryginalnych artykułów. My uważamy, że to niegrzeczne i staramy się linkować inne podmioty, ale w przypadku przegłosowania przeciwko nam opłat zapewne pozbędziemy się takich skrupułów.

Innymi słowy – artykuł 11 przez pazerność niemieckiej prasy wyświadczy mediom w internecie niedźwiedzią przysługę.

Artykuł 13 sam w sobie nie jest taki groźny, ale w obecnej formie pozostawia taki luz interpretacyjny, że dla wydawców mediów w sieci może oznaczać duże nowe wydatki na moderację treści, tworzenie bardzo drogich skryptów od sztucznej inteligencji, a w skrajnych przypadkach nawet wyłączeniem możliwości dodawania treści przez użytkowników. Artykuł 13 może więc oznaczać „ograniczenie wolności mediów”, natomiast jest to raczej trzeciorzędny efekt uboczny, niż realne zagadnienie do robienia nagłówków.

Wreszcie, artykuł 13 pozostawia tyle swobody wdrażającemu go państwu, że rząd o niepokojących zapędach (np. taki, który lubi wbrew konstytucji majstrować przy sądownictwie) faktycznie pod pozorem prawa autorskiego mógłby wprowadzić coś na kształt rządowej cenzury. Bardziej jednak zależy to od rządów krajowych i tego czy im ufamy. Ja naszym politykom nie ufam co do zasady, niezależnie od opcji.

A jak to będzie z tymi memami? Cóż, temat sam w sobie urósł do rangi mema i poświęcę mu osobny tekst na Bezprawniku. Szczątkowo wyjaśniam jednak, że to też „nie tak” jak krzyczą nagłówki w mojej rozmowie z Dziennikiem Gazetą Prawną na temat Art. 13.

Krzyczeć, ale wiedzieć czemu krzyczymy

Uważam, że Unia Europejska i polski rząd powinny wiedzieć, że patrzymy i że mamy liczne obawy. Prywatnie jestem zdania, że Artykuł 11 nie jest ani słuszny, ani sprawiedliwy, nie znajduje też odzwierciedlenia w faktach (co nie znaczy, że kiedyś nie znajdzie, bo Google i Facebook faktycznie mają zakusy na przejmowanie ruchu internetowego i zamykanie go w swoich ekosystemach, ale póki co nie robią tego skutecznie) i godzi w interesy stron internetowych. Artykuł 13 to kolejna porcja stresu i obowiązków dla twórców stron, choć fenomen bezkarnego piractwa na CDA.pl czy Chomikuj.pl pozwala mi się domyślać skąd taka, a nie inna regulacja.

Jeśli chcemy się sprzeciwiać, to warto wiedzieć czemu to robimy, zamiast powtarzać slogany o „ACTA 2” bez większego związku z rzeczywistością.