Bank Pekao S.A. kupi braciom Karnowskim Antyradio i Radio Zet, bo woleliście Leppera od Balcerowicza

Biznes Finanse Gorące tematy Państwo dołącz do dyskusji (307) 21.12.2018
Bank Pekao S.A. kupi braciom Karnowskim Antyradio i Radio Zet, bo woleliście Leppera od Balcerowicza

Udostępnij

Jakub Kralka

Bracia Karnowscy ze skrajnie prorządowych mediów dostaną gigantyczny kredyt od Banku Pekao S.A. na zakup Radia Zet – donoszą Wirtualne Media. Ośmielę się prognozować, że przedsiębiorca o analogicznym potencjale, bez wsparcia „siły wyższej”, aspirując do takiej kwoty kredytu zostałby z gabinetu banku dosłownie zrzucony po schodach za marnowanie czasu.

Nie trzeba być ekspertem inwestycyjnym, by wydawnictwo braci Karnowskich uznać za podmiot, który będzie miał spore problemy ze spłatą ewentualnego kredytu. Wydawnictwo Fratria wprawdzie w minionym roku 2017 wykazało przychód na poziomie 34 milionów złotych, jednakże zysk stanowił niecałe 3 miliony. Nawet przy polityce skrajnego zaciskania pasa trudno jest mówić w takiej sytuacji o możliwości – uwzględniając realia branży medialnej – podniesienia zysku powyżej 10 milionów. A jest to już skrajnie optymistyczny scenariusz.

10 milionów zysków, jakkolwiek odrealniona jest ta teza, to nadal aż 22 lata spłacania kredytu zaciągniętego w polskim banku, który opiewać ma na kwotę będącą odpowiednikiem 51 milionów euro. Oczywiście realnie rzecz ujmując nie ma to dla transakcji aż takiego znaczenia. Dlatego nie przekonują mnie publikowane np. w mediach społecznościowych opinie na temat tego, że Fratria jest za biedna na zakup Radia Zet. Należy bowiem pamiętać, że na wyniki Fratrii od momentu zakupu pracowałoby wtedy również Radio Zet, a w zasadzie cała grupa Eurozet, na którą składa się sporo radiostacji i kilka serwisów internetowych (m.in. też Antyradio). Ich łączny wynik finansowy to malejące, ale nadal spektakularne 38 milionów złotych rocznie. Daje nam to już ponad 40 milionów zysków rocznie, a zatem spłatę inwestycji w mniej, niż 6 lat.

To nadal dość sporo. Nie wiem czemu, ale jakoś strasznie mi ta koncepcja przypomina przejęcie kilka lat temu warszawskiej Legii przez duet Leśnodorski-Mioduski. Jednak w przypadku braci Karnowskich nie jestem aż tak bardzo pewny sukcesu.

Zasadniczym problemem jest wiarygodność biznesowa braci Karnowskich

W mojej prywatnej ocenie bracia Karnowscy nie są złymi dziennikarzami (warsztatowo) jednak zdecydowali się swoją dziennikarską karierę przesadnie upolitycznić (podobnie zresztą jak wielu dziennikarzy w dzisiejszych czasach po obu stronach sporu politycznego). Problemem braci Karnowskich jest fakt, iż grupa docelowa ich mediów w dużej mierze pokrywa się z grupą docelową wyborców Prawa i Sprawiedliwości. A ten – proszę mnie nie winić, nie ja robiłem te statystyki – nie cieszy się jakimś przesadnym uznaniem reklamodawców, ponieważ tak się jakoś dziwnie składa, że reklamodawca najbardziej lubi elektorat w miarę zamożny (taki jak np. na Bezprawniku – 35% to przedsiębiorcy, 31% to prawnicy, 40% to sama Warszawa – dlatego m.in. większość reklam na naszej stronie jest adresowana do firm). Ten z kolei chętniej wybiera inne ugrupowania polityczne, a tym samym też inne media.

Moim zdaniem dalsze losy Fratrii i Eurozetu będą w dużej mierze zależne od sytuacji politycznej w kraju. Jeśli Prawo i Sprawiedliwość dalej będzie u władzy, to przychody gazet, portali i radiostacji będą rosły. Jeśli władza się zmieni, to pieniądze zostaną przerzucone w kierunku Agory, NaTemat, Axel Springer czy TVN24 oraz innych mediów, które albo swoją rzetelnością, albo sympatią polityczną, dziś przedstawiają nam świat bardziej zgodny z wizją opozycji. Natomiast Fratria i Eurozet będą miały spore problemy ze spłaceniem tego kredytu. Prywatny bank byłby świadomy tego typu zagrożenia i w rezultacie najpewniej nie udzieliłby kredytu. Jednak mówimy przecież o banku należącym de facto do polityków.

Do tego czasu? Wierzę w scenariusz, w którym Bank Pekao S.A. sam spłaca kredyt, którego udzielił, kupując hurtem reklamy od Radia Chill Zet po „Sieci Prawdy”.

Jest to oczywiście nienormalne

Andrzej Lepper nie zostawił po sobie żadnego trwałego dorobku politycznego poza kilkoma złotymi myślami. Jedną z nich było „Balcerowicz musi odejść”. Nikt nie pamięta dlaczego, nikt nie pamięta w jakich okolicznościach mówiono te słowa, mało kto pamięta też jakiego formatu postacią był ich autor. Balcerowicz przez wiele środowisk został uznany za największe zło jakie przydarzyło się naszej ojczyźnie, a ta narracja jest dziś z uśmiechem na ustach przyjmowana przez odradzającą się w Polsce socjaldemokrację, a nawet mające marginalne, choć wciąż za duże poparcie ugrupowania typu Partia Razem, której radykalnymi poglądami daleko nawet do europejskiej lewicy.

Ja osobiście jestem zdania, że nie Lech, a Leszek powinien mieć swój pomnik – choćby symboliczny i w sercach Polaków – w każdej gminie, za wprowadzenie reform, które radykalnie pchnęły nas w kierunku odwrotnym do Ukrainy (wszyscy chyba jesteśmy świadomi jej aktualnych problemów, choć nie wszyscy wiemy skąd one się biorą). Największą bolączką Balcerowicza był fakt, że prywatyzacji nie udało mu się dokończyć, w rezultacie czego borykamy się dziś z zorganizowanym aparatem jeśli nie korupcji, to silnego oddziaływania państwa na obywateli za pośrednictwem przedsiębiorstw państwowych.

Spółki zatrudniające żony, kuzynów, synów, wnuków, wujów, pasierbów i ciotki polityków? Robert Kubica dostający dziesiątki milionów od Orlenu, bo przyłapano premiera jak nieelegancko wypowiada się na jego temat na taśmie? Strumień pieniędzy płynący do prawicowych (ale nie tylko prawicowych – spójrzcie jak na przykład taka 300polityka.pl jest obklejona reklamami spółek skarbu państwa – czy to są komfortowe warunki do pracy neutralnego serwisu o polityce?) mediów mają zapewne za zadanie kupić przychylność w relacjonowaniu wydarzeń w kraju. To co się stało z TVP, które przyjmuje północnokoreańskie standardy narracji i kpi z inteligencji narodu? No i wreszcie Pekao S.A., które udziela bardzo dyskusyjnego kredytu na zakup dużego koncernu radiowego dla dziennikarzy o daleko idących koneksjach politycznych.

Tak to ponoć wyglądało na Węgrzech, gdzie ludzie premiera Orbana stopniowo wykupowali wolne media. Nie da się bowiem ukryć, że bank państwowy, a więc de facto politycy, liczą po prostu na to, że przejmą dla swojej narracji kolejne mainstreamowe medium.

Wybraliście Leppera

Jest taki niezbyt trafiony film Wojciecha Cejrowskiego, który o sędziach mówi „wszystkich won”, wskazując nawet na to, że i ci uczciwi pogodzą się z wymieceniem wraz z pozostałością PRL-u w wymiarze sprawiedliwości. „Wszystkich won” byłoby nieporównywalnie bardziej adekwatne w odniesieniu do spółek skarbu państwa, które są tak naprawdę jednym z największych problemów m.in. współczesnych mediów – w realny sposób oddziałują na ich niezależność. Dziś wcale nie trzeba dziennikarzy porywać na ulicy, by zyskać ich przychylność. Czasem wystarczy wielki banner przedsiębiorstwa z branży bankowej czy paliwowej w ramach serwisu internetowego.

Nie byłoby tych patologii, gdyby nie było państwowych spółek. Nie do końca mi się to podoba, ponieważ nie widzę powodu gospodarczego, by pozbywać się dobrze prosperującego przedsiębiorstwa. Zwłaszcza, że z dużą dozą prawdopodobieństwa wykupi je kapitał zagraniczny (ta świadomość powstrzymuje mnie od bycia fanatycznym wyznawcą pełnej prywatyzacji). Jednak polska klasa polityczna rujnuje te piękne instytucje upychając w nich swoich niekompetentnych krewnych i wymuszając swoimi pieniędzmi lojalność mediów. Albo kierowców.

Jakkolwiek paradoksalnie to brzmi, w mojej ocenie spółki Skarbu Państwa są zarówno jego umocnieniem, jak i realnym zagrożeniem dla demokracji w Polsce.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że to nawet nie ten cały PiS stworzył tę patologię. Ona była na długo przed nimi i pewnie będzie na długo po nich, choć warto też uczciwie zaznaczyć, że PiS z tej patologii zrobił sobie trochę taki model biznesowy.