Skoro wyjaśniliśmy już jak wyliczyć urlop, niektórzy intensywnie korzystają z tego prawa. Część Polaków rusza za granicę, część do lasu lub nad jezioro, inni zaś stawiają na atrakcje miejskie, których nieodłącznym elementem powinna być wycieczka do zoo. 

Niestety, ogrody zoologiczne mają taką dziwną przypadłość, że przyciągają osoby ekscentryczne intelektualnie (ma to zresztą miejsce nie tylko w Polsce, nigdy nie zapomnimy o Harambe!). Wydaje się, że można mieć odrobinę zrozumienia dla osób, które nie poradziły sobie w konfrontacji z dzikim zwierzęciem na sawannie albo w dżungli.

Ale jak oceniać doniesienia z kraju, które pojawiają w odstępach rytmicznych, gdy ktoś wybrał się do specjalnie wydzielonego kawałka miasta, by następnie wejść za ogrodzenie z dzikim zwierzęciem? Co i rusz słyszymy o tym, że a to kogoś pogryzł tygrys, a to grupka pijanych mężczyzn biegała w towarzystwie panter lub niedźwiedzi.

Harambe – never forget!

Tym razem bohaterem jest mężczyzna, który wprawdzie nie ryzykował swojego życia, ale też nie przesadzałabym w nazywaniu go przesadnie dobrym ojcem. Surykatki wydają się miłymi, śmiesznie poruszającymi się kotkami z Afryki, które spopularyzował Timon z filmu Król Lew. Ale nie wszystkie wyznają złotą zasadę „Hakuna Matata” i część z nich ma ponadto bardzo ostre zęby. Groźne nawet dla dorosłego człowieka, a co dopiero dla dziecka. Z tego też względu bohater dzisiejszej historii nie popisał się wyobraźnią wstawiając swoje dziecię prosto na wybieg dla tych przemiłych zwierzątek.

Ekipa zoo zareagowała z przerażeniem. Na Facebooku pojawił się taki oto post utrzymany w konwencji „ręce opadają”:

Niektórzy komentujący zastanawiają się nad tym, czy ojciec aby nie naraził swojego dziecka na utratę zdrowia, a może nawet życia, co może wiązać się nawet  z odpowiedzialnością karną.

Dla mnie bardziej istotny jest drugi wymiar tej sprawy (ten akapit jest dla Ciebie, Harambe) – ojciec ojcem, dziecko dzieckiem, natomiast gdyby doszło do ewentualnej tragedii, prawdopodobnie odpowiedzialnością za całe zdarzenie zostałaby obarczona biedna surykatka i nie jest wykluczone, że incydent zostałby zakwalifikowany (również przez media) jako atak wściekłego gryzonia na dziecko przykładnego turysty. Niestety, takie scenariusze bardzo często mają miejsce, a za głupotę odwiedzających regularnie płacą zwierzęta w zoo.