1. Bezprawnik -
  2. Inwestowanie -
  3. Złoto bije rekordy, ale Polacy nie mają pojęcia, co ich czeka przy sprzedaży

Złoto bije rekordy, ale Polacy nie mają pojęcia, co ich czeka przy sprzedaży

Złoto znów bije rekordy popularności w zakresie lokat kapitału. Polacy chwalą się, że zgromadzili go coraz więcej. Inwestycje w złoto wydają się dobrym pomysłem, jednak mają również swoje mroczne oblicze. Problem polega na tym, że bezpiecznie kupić to jedno, a dobrze sprzedać — coś zupełnie innego.

Złoto drożeje i właśnie dlatego wciąż kusi inwestorów

Inwestycje w złoto wróciły do łask nie bez powodu. Jeszcze 4 stycznia 2016 r. gram złota kosztował 133,22 zł. W sierpniu 2020 r. było to już 247,5 zł, na koniec 2024 r. 343,57 zł, a 17 kwietnia 2026 r. już 556,8 zł za gram. Na wykresie wygląda to więc bardzo dobrze. Trudno się dziwić, że wielu osobom złoto zaczęło jawić się jako coś pewniejszego niż lokata, spokojniejszego niż giełda i bardziej namacalnego niż kolejne cyfry w aplikacji bankowej.

To zresztą właśnie ta namacalność działa na wyobraźnię najmocniej. Złoto można wziąć do ręki, schować do sejfu, potraktować jako zabezpieczenie „na wszelki wypadek”. Nie jest to przecież akcja spółki, która może zanurkować po jednym złym komunikacie, ani waluta, której kurs potrafi się rozjechać po politycznym kryzysie. I dlatego łatwo uwierzyć, że skoro złoto raczej nie traci na wartości, to jest po prostu dobrą inwestycją. Warto jednak pamiętać, że historia rynku zna wiele przypadków pokazujących, ile można stracić na inwestycjach uznawanych powszechnie za bezpieczne — również na samym kruszcu. Zakup złota nie jest więc wolny od ryzyka, a sama inwestycja wiąże się z pewnymi problemami.

Złoto dobrze się kupuje. Gorzej, gdy przychodzi moment sprzedaży

Problem z inwestowaniem w złoto polega na tym, że w teorii wszystko wygląda prosto. Kupujesz dziś, cena rośnie, sprzedajesz jutro drożej (tak jak w przypadku aukcji na giełdzie, czy wyprzedażowego towaru w sklepie). W praktyce bardzo szybko okazuje się, że prywatny obrót złotem nie budzi powszechnego entuzjazmu, w związku z czym kruszec łatwo nabyć, ale trudno sprzedać.

Ryzyko oszustwa blokuje obrót prywatny

I trudno się temu dziwić. Mało kto chce kupować złoto od przypadkowej osoby z ogłoszenia. Powód jest prosty: ryzyko oszustwa jest zbyt duże. Chodzi nie tylko o najbardziej oczywiste przypadki, czyli zwykłe podróbki. W obrocie funkcjonują też bardziej wyrafinowane metody. Ktoś może próbować zawyżyć wagę. Ktoś może oferować sztabkę, która tylko wygląda wiarygodnie. Ktoś może sprzedawać przedmiot o niepewnym pochodzeniu. Od lat wracają też ostrzeżenia przed fałszywymi sztabkami, w których umieszcza się inne materiały, tak aby całość przypominała pełnowartościowy kruszec. Głośna stała się zwłaszcza sprawa podróbki złota z certyfikatem będącej pozłacanym wolframem, wykrytej w jednym z lombardów — fałszerstwo było tak dopracowane, że podstawowe testy w ogóle go nie wykryły.

W efekcie prywatny kupujący zwykle nie ma ani narzędzi, ani ochoty, żeby to wszystko sprawdzać. I właśnie dlatego opowieść o złocie jako prostym sposobie na szybki zysk bardzo często rozbija się o jedną, dość przyziemną przeszkodę: nie ma komu tego złota sprzedać w sposób szybki, bezpieczny i po satysfakcjonującej cenie. A sprzedaż w skupie raczej nie pozwoli nam na zysk.

Oficjalny skup złota nie działa charytatywnie

Skoro sprzedaż prywatna budzi obawy, większość osób kończy w oficjalnym skupie albo u profesjonalnego dealera. Tam kruszec zostanie sprawdzony, zważony, oceniony pod kątem próby i autentyczności. To oczywiście zwiększa bezpieczeństwo transakcji, ale ma też swoją cenę. A właściwie: ma swoją cenę odkupu, która jest zdecydowanie niższa niż w przypadku złota, które nabywamy z oficjalnych źródeł.

Różnica między ceną zakupu a ceną odkupu potrafi zaskoczyć

Dla przykładu, gdy referencyjna cena grama złota wynosiła 556,8 zł, 1-gramowa sztabka u jednego z dużych dealerów była sprzedawana po 610 zł, a odkupowana po 591 zł. Jeszcze gorzej wygląda sytuacja w przypadku skupów „złotego złomu”, gdzie cena potrafi być nawet o 100-200 złotych niższa niż faktyczna cena sugerowana na rynku (a to niestety najszybsza opcja). Już na pierwszy rzut oka widać więc, że między zakupem a odsprzedażą istnieje luka. I to luka całkiem konkretna. Nieco lepiej pod tym względem wypadają złote monety bulionowe, które są rozpoznawalne na całym świecie i łatwiej znajdują nabywcę niż anonimowa sztabka — ale nawet w ich przypadku spread kupna i sprzedaży potrafi boleśnie uderzyć po kieszeni.

W praktyce oznacza to tyle, że sam wzrost ceny złota jeszcze nie gwarantuje realnego zysku. Żeby naprawdę zarobić, cena kruszcu musi wzrosnąć nie tylko symbolicznie, ale na tyle wyraźnie, by pokryć różnicę między ceną zakupu a ceną odkupu. A to już nie zawsze dzieje się tak szybko, jak lubią sugerować reklamy i inwestycyjne poradniki. Aby zarobić na złocie trzeba czasu. I trzeba liczyć się z faktem, że sprzedający, będący osobą fizyczną, zawsze traktowany jest jako podmiot podejrzany, a więc sprzedaż na „wolnym rynku” jest utrudniona, o ile nie niemożliwa.

Kiedy nagle potrzebujesz gotówki, złoto przestaje być bezpieczną przystanią

Ja osobiście nie znam nikogo, kto na złocie by zarobił. Owszem, znam osoby, które w złoto inwestują. Część z nich trzyma swoje umiłowane sztabki „na czarną godzinę”, część chce w ten sposób zabezpieczyć następne pokolenia. Znam jednak osoby, które potrzebowały pieniędzy w związku z nieprzewidzianymi zdarzeniami i chciały złoto szybko spieniężyć. Niestety, napotkały na drodze szereg problemów. Pod kątem szybkiego „odzyskiwania” gotówki zdecydowanie króluje giełda (chociaż ta obarczona jest większym ryzykiem), czy też nieruchomości — te w dobrej lokalizacji można sprzedać w ciągu kilku dni, bo najdłużej czeka się na notariusza. Warto jednak pamiętać, że rynek potrafi się zmieniać, a najnowsze dane pokazują, ile zajmuje sprzedaż mieszkania w obecnych warunkach — w niektórych miastach nawet ponad dwa miesiące.

Inwestycje w złoto to lokaty długoterminowe — obarczone ryzykiem, jak każda inna inwestycja

I tu dochodzimy do sedna. Złoto rzeczywiście może być rozsądnym sposobem przechowywania części majątku. Daje poczucie bezpieczeństwa, jest trwałe, historycznie dobrze znosi zawirowania gospodarcze i dla wielu osób pozostaje czymś w rodzaju awaryjnej rezerwy. Tyle że to nie jest aktywo idealne dla kogoś, kto może nagle potrzebować pieniędzy. Bo wtedy kończy się myślenie o złocie jako o „bezpiecznej przystani”, a zaczyna bardzo konkretna kalkulacja: gdzie to sprzedać, ile za to dostanę i jak szybko ktoś wypłaci mi gotówkę.

Lokata bankowa bywa nudniejsza, ale szybciej zamienia się w gotówkę

W takiej sytuacji lepsza już nawet jest lokata kapitału, gdzie zwykle wypłacając środki przedterminowo tracimy jedynie odsetki, a pieniądze możemy odzyskać jeszcze tego samego dnia. Co więcej, obecna najlepsza lokata potrafi zaoferować oprocentowanie, które — przy uwzględnieniu spreadu na kruszcu — w krótkim terminie bywa bardziej opłacalne niż spekulacja na rynku złota. Złoto jednak mami wizją zysku i faktycznie, czasami zysk może być odczuwalny. Jednak w większości przypadków, gdy pojawia się chęć sprzedaży tego kruszcu, pojawia się zdziwienie sprzedającego — przecież miał zarobić krocie, a ledwie wyszedł na swoje (a czasem nawet stracił, gdy szczególnie zależało mu na czasie).

Nie chodzi o to, że złoto jest złym wyborem. Chodzi raczej o to, że bardzo często mówi się o nim w sposób przesadnie prosty. Rosnący wykres bywa przedstawiany jako gotowy dowód sukcesu. Tymczasem inwestowanie w złoto ma sens głównie wtedy, gdy traktujemy je jako długoterminowe zabezpieczenie kapitału, a nie jako wygodny produkt, który w razie potrzeby bezboleśnie zamienimy na gotówkę. Kiedy złoto faktycznie ratuje majątki? Jak pokazuje historia, ten kruszec trzyma wartość, a nawet drożeje w obliczu wojen, kryzysów i kataklizmów. Dobrze więc sprawdzi się jako żelazna rezerwa.

Obserwuj nas w Google Discover
Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover
Dołącz do dyskusji
Najnowsze
Warte Uwagi