Polska Izba Książki zaprojektowała ustawę stabilizującą ceny nowych książek. Różnice przez pierwszy rok od premiery będą mogły wynosić maksymalnie 5%. Dziwne?

Małe księgarnie i księgarenki nie mają lekko, konkurencja ze strony Merlina, Matrasa, Empiku czy generalnie ebooków i audiobooków jest w ostatnich latach coraz większa.

Polska Izba Książki i MKiDN chcą ratować księgarenki przez atak na wolny rynek

Moim zdaniem tego typu praktyki są niezbyt pożądane i spokojne przyglądanie się im w kontekście akurat mało istotnej sprawy mniejszych, niesieciowych księgarni, może z czasem doprowadzić do zuchwałości władzy i wprowadzania takich regulacji w innych obszarach życia. Straci na tym oczywiście czytelnik.

O co chodzi? Jednolita cena książki ma uchronić od wykorzystywania swojej przewagi przez duże sieci nad małymi księgarenkami. Jeśli projekt Polskiej Izby Książki znajdujący się obecnie w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego wejdzie w życie, to książka przez rok od premiery będzie miała stałą cenę – taką, jaką sugeruje okładka. Dlatego też na okładce znajdzie się informacja o dacie wydania. I dopiero po dwunastu miesiącach księgarz będzie mógł zaproponować stawkę wedle własnego uznania.

Projekt w obecnej postaci dopuszcza jedynie możliwość modyfikowania tej stawki w postaci rabatu 5% w stosunku do ceny zaproponowanej na okładce lub rabatu 15% jeżeli sprzedaż będzie się odbywała na targach książkowych. Rabaty będzie można też przyznawać książkom uszkodzonym (czyżby niedługo zaczęto umyślnie niszczyć książki w sieciach księgarń?) czy podręcznikom. Wymóg nie będzie dotyczył wysyłki internetowej za granicę. Za naruszenie nowych przepisów projekt przewiduje karę grzywny.

Jednolita cena książki – a po co to komu? A dlaczego?

Pan Włodzimierz Albin, prezes Polskiej Izby Książki, ewidentnie przedstawia iście XX-wieczną diagnozę problemu. Wskazuje na to, że w porównaniu z ostatnią dekadą ubiegłego wieku zniknęły ponad dwa tysiące księgarń, szczególnie w małych miejscowościach, gdzie były one nie tylko sklepem, ale i instytucjami kultury. Co więcej, jak przyznał sam zainteresowany:

„Duże markety są zainteresowane tylko książkami, które są popularne, hitowe, jeżeli tylko takie zostaną na rynku, to upada pewien etos związany z wydawaniem książek. Upada wielość podmiotów, które je wydają i upada wielość podmiotów, które je sprzedają” (…) „Jeżeli nie będzie tej ustawy, to na koniec czytelnik będzie miał gorzej, dlatego że będzie miał dalej do książek, internet tego nie zapewnia”.

Panie Włodzimierzu, proszę mi wybaczyć bezpośredniość, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że reprezentuje Pan kolejną instytucję, która nie tylko mentalnie utknęła w zamierzchłej przeszłości, ale na dodatek tę archaiczną wizję świata stara się narzucić innym.

Księgarnie nie upadają dlatego, że konkurują między sobą cenami, bo w takim wypadku na miejsce pokonanych wchodziłyby sieciowe (tak się dzieje m.in. na rynku aptek). Księgarnie upadają, ponieważ czytelnictwo zmienia swój profil, a jeszcze nigdy w życiu nie widziałam księgarni stacjonarnej, która sprzedawałaby ebooka.

Nie tylko nie zwiększycie Państwo w ten sposób czytelnictwa, ani nie wypełnicie marketów niszowymi książkami, ponieważ one dalej nikogo nie będą interesowały. Doprowadzicie jedynie do tego, że nowe książki będą… droższe. Niby świat, w którym żyjemy, jest taki prosty, a jednak stale ktoś odnajduje sposób na to, jak go trochę skomplikować.