Raport Grant Thornton za 2024 (ostatnie dostępne dane) pokazuje, że uchwalono „zaledwie” 14 tys. stron nowego prawa to o 59 proc. mniej niż rok wcześniej i co prawda najmniej od 2008 roku. Niech jednak nikogo to nie uspokaja. W życie weszło ponad 370 nowych przepisów dla firm, 718 zmieniono, a tylko 48 uchylono. Produkcja prawa spadła, ale jego jakość nie wzrosła. Średni czas prac nad ustawą skrócił się do rekordowych 68 dni, a konsultacje publiczne coraz częściej są fasadą.
Długa droga fatalnych polskich przepisów
Rządy się zmieniają, slogany są inne, twarze nowe, a mimo to jedno pozostaje zaskakująco stałe: skłonność państwa do produkowania fatalnych regulacji. Polski Ład jest tu podręcznikowym przykładem. Projekt firmowany jako „historyczna reforma”, w praktyce okazał się legislacyjnym chaosem. Uchwalany w pośpiechu, z niedopracowanymi przepisami podatkowymi, setkami interpretacji i kolejnymi nowelizacjami jeszcze zanim zdążył dobrze wejść w życie, uderzył w przedsiębiorców, samorządy i zwykłych podatników. Co najgorsze, pokazał coś znacznie groźniejszego niż błąd jednego rządu: trwałą chorobę państwa, w którym prawo pisze się pod polityczny efekt, a nie pod realne funkcjonowanie gospodarki. Zmiana władzy nie leczy tego automatycznie, bez pokory wobec rzemiosła legislacyjnego kolejne „wielkie reformy” kończą się tak samo.
Najświeższe przykłady kontrowersyjnej legislacji to temat fundacji rodzinnych. Miały być bezpiecznym narzędziem porządkowania sukcesji, a stały się po części podręcznikowym przykładem, jak można optymalizować podatki. Historia pracy nad tymi przepisami pokazuje, jak łatwo w Polsce pomylić naprawę prawa z jego dalszym psuciem. Gdy w sierpniu 2024 r. minister finansów Andrzej Domański zapowiedział uszczelnienie podatków, a do tematu wrócono latem 2025 r., rynek oczekiwał korekty niedoskonałych przepisów. Zamiast tego 29 sierpnia pojawił się projekt zmian w CIT z kuriozalnym, 48-godzinnym vacatio legis, które zmusiło fundacje do nerwowych i często nieodwracalnych decyzji majątkowych.
W praktyce dano dwa dni na „zabezpieczenie” aktywów przed nowym opodatkowaniem, wprowadzając arbitralną granicę 31 sierpnia dla zachowania zwolnienia przy sprzedaży bez trzyletniej karencji. Intencja jaką jest walka z nadużyciami była zrozumiała, ale wykonanie pokazało klasyczny błąd polskiej legislacji: złe prawo próbowano zastąpić jeszcze gorszym, podważając zaufanie do państwa i sens długoterminowego planowania, które fundacje rodzinne miały przecież wspierać. Przepisy zawetował prezydent, ale temat fundacji zapewne w tym roku powróci.
Z kolei kasowy PIT miał być prostym lekarstwem na jedną z najstarszych bolączek małych firm, czyli podatki od pieniędzy, których jeszcze nie ma na koncie. W kampanii wyborczej sprzedawano go jako realne wsparcie płynności, a w praktyce okazał się kolejnym podatkowym bublem: skomplikowanym, nieintuicyjnym i tylko pozornie ochronnym. Efekt jest wymowny. Z rozwiązania, które miało pomóc setkom tysięcy przedsiębiorców, skorzystało zaledwie 1673 podmiotów. Bo przedsiębiorcy szybko policzyli, że nowy mechanizm nie tylko komplikuje księgowość, ale wciąż nie daje realnej tarczy przed podatkiem. Być może podniesienie limitu przychodów do 2 mln zł od stycznia poprawi statystyki, ale problem pozostaje ten sam: w Polsce nawet dobrze brzmiące podatkowe obietnice zbyt często rozbijają się o źle zaprojektowane prawo, które zamiast upraszczać prowadzenie biznesu, dokłada mu kolejnych warstw biurokracji.
Przepisy pisane w pośpiechu zawsze mszczą się na państwie
2026 będzie rokiem dużych zmian co widać po zmianach w PIT, CIT, VAT czy akcyzie. Krajowy System e-Faktur, który ma ruszyć 1 lutego 2026 r. już przyprawia księgowych o ból głowy, a im bliżej tej daty, tym więcej wątpliwości po stronie podatników. Zamiast jasnych reguł dostajemy katalog pytań: kiedy wolno wystawić fakturę poza KSeF, w jakich sytuacjach wystarczy wizualizacja, a kiedy potrzebne jest formalne potwierdzenie transakcji. Ministerstwo Finansów uspokaja, publikując odpowiedzi ekspertów, ale sam fakt, że trzeba je tłumaczyć w takiej skali, pokazuje problem systemowy. Prawo, które ma być powszechne i obowiązkowe, powinno być zrozumiałe bez przewodnika, bo inaczej od początku generuje niepewność, koszty i ryzyko błędów po stronie firm.
W nowym roku widmo powrotu do zmian w przepisach dotyczących kryptowalut w 2026 r. niepokoi rynek nie dlatego, że regulacje są zbędne, lecz dlatego, że wszyscy pamiętają, jak wyglądały poprzednie próby. Zamiast spokojnego wdrożenia europejskich ram i jasnych reguł gry, Polska flirtowała z nadregulacją, nieufnością wobec innowacji i pokusą „bycia mądrzejszym od Brukseli”. Jeśli dziś znów słychać zapowiedzi korekt, to przedsiębiorcy i inwestorzy nie pytają już, czy prawo się zmieni, tylko czy znowu zostanie napisane bez zrozumienia realiów rynku. Krypto to kapitał mobilny, który nie czeka cierpliwie na interpretacje, tylko przenosi się tam, gdzie państwo potrafi być przewidywalne. Powrót do tematu w 2026 r. będzie testem dojrzałości legislacyjnej: albo Polska wyciągnęła wnioski i stworzy rozsądne, konkurencyjne ramy, albo po raz kolejny sama wypchnie innowacyjny biznes za granicę.
Najnowszy projekt Ministerstwa Finansów UD308, opublikowany po cichu 22 grudnia, tuż przed świętami niestety pokazuje, że wniosków co do sensownego tworzenia prawa na razie nikt nie wyciąga. Projekt ma „uszczelnić” pobór akcyzy na rynku e-papierosów, ale w praktyce przepisy są dziurawe jak durszlak. Resort Andrzeja Domańskiego chwali się walką z lukami podatkowymi, a realnie obejmie legislacją niewiele ponad 1 proc. rynku papierosów. Prawnicy – m.in. dr Andrzej Tatara i dr Piotr Stanisławiszyn – już ochrzcili go na łamach Rzepy jako „Lex 1 procent”.
UD308 wprowadza 40-złotową akcyzę wyłącznie na e-papierosy indukcyjne oraz ich wkłady, czyli pody z 2 ml płynu i blaszką ferromagnetyczną. Problem w tym, że e-papierosy indukcyjne to dziś rynkowy margines – 1 proc. Rynku – i ciekawostka technologiczna, a nie masowy produkt. Cała reszta rynku przechodzi bokiem, nietknięta.
Równolegle państwo bezradnie przygląda się znacznie większej luce. E-papierosy sprzedawane są „na części”: osobno bateria, osobno grzałki, osobno zbiorniki na płyn i sam płyn. Złożenie trwa sekundy, ale fiskalnie to już nie „zestaw części”, więc nie ma 40 zł akcyzy, jest tylko 1,44 zł za ml płynu. Model ten potwierdziła nawet KIS w wiążących informacjach akcyzowych. Dla swojego bezpieczeństwa sprzedawcy wystawiają jednak dwa paragony. Legalnie, sprytnie i poza zasięgiem nowelizacji ustawy o numerze UD308.
Tak wygląda prawo pisane byle jak: szybkie, fragmentaryczne i zawsze o krok za rynkiem. Państwo udaje uszczelnianie, rynek liczy oszczędności, a system podatkowy traci wiarygodność. Prawo tworzone bez zrozumienia rynku nie uszczelnia systemu, ono tylko udaje skuteczność.
Ambicje Polski są ogromne, ale wykonanie jak zwykle
Jeśli Polska rzeczywiście chce zasiąść przy głównym stole G-20, to wraz z gospodarką wartą ponad bilion dolarów musi przyjść coś więcej niż ambicja i dobre statystyki. Klub największych gospodarek świata to nie tylko skala PKB, centrum usług biznesowych czy handel z Niemcami większy niż Francji, Włoch i Wielkiej Brytanii — to także zdolność do tworzenia przewidywalnego, dojrzałego i stabilnego prawa.
Trudno poważnie mówić o byciu głosem dynamicznej Europy Wschodniej, gdy legislacja wciąż bywa chaotyczna, podatna na polityczne zrywy i zmiany reguł w trakcie gry. G-20 to liga państw, które potrafią planować na dekady, a nie na jedną kadencję. Jeśli PKB per capita liczony parytetem siły nabywczej rzeczywiście przebił Japonię, to tym bardziej nie ma już wymówki, by tolerować prowizorkę legislacyjną. Od kraju tej skali i ambicji po prostu należy wymagać więcej. Zwłaszcza gdy chodzi o tworzenie prawa.
Obserwuj nas w Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover
Obserwuj