- Bezprawnik -
- Praca -
- Jest szansa na wyższą waloryzację rent i emerytur. Podwyżka może jednak rozczarować
Jest szansa na wyższą waloryzację rent i emerytur. Podwyżka może jednak rozczarować
Ministra rodziny Agnieszka Dziemianowicz-Bąk przekonuje, że emerytury i renty mogą w 2027 r. wzrosnąć mocniej, niż zakłada projekt budżetu — o 4,29 proc. zamiast 3,96 proc. Zapowiedź brzmi dobrze, zwłaszcza że padła razem z deklaracją, iż seniorzy nie zapłacą za skutki drożejącej ropy. Po przeliczeniu na złotówki okazuje się jednak, że osoba z minimalną emeryturą dostawałaby na rękę niecałe 6 zł miesięcznie więcej.
Wyższa waloryzacja emerytur bez nowej ustawy. Wystarczy decyzja rządu i pieniądze
Sam mechanizm waloryzacji nie jest szczególnie skomplikowany. Świadczenia rosną co roku 1 marca o inflację liczoną dla gospodarstw emerytów i rencistów, do której dolicza się część realnego wzrostu przeciętnego wynagrodzenia; przepisy wymagają, by była to co najmniej jedna piąta. Rząd przyjął w projekcie budżetu, że oba wskaźniki wyniosą po 3,3 proc., co daje 3,96 proc. podwyżki i ok. 19 mld zł wydatków na waloryzację rent i emerytur w 2027 r.
Ministra w rozmowie z „Faktem” proponuje, by płacowa część wskaźnika wzrosła z 20 do 30 proc. Do takiej zmiany nie trzeba nawet nowelizować ustawy — skoro przepisy określają jedynie dolną granicę, wystarczy decyzja Rady Ministrów i zabezpieczenie pieniędzy w budżecie. Dziemianowicz-Bąk twierdzi, że rozmawiała już o tym z ministrem finansów; nie wiadomo jednak, czy resort jest w ogóle zainteresowany takim rozwiązaniem.
Ponad 4 proc. w nagłówkach, ale już tylko 6 zł w portfelu
Najniższa emerytura wynosi dziś 1978,49 zł brutto. W wariancie rządowym od marca 2027 r. byłoby to 2056,84 zł, w wariancie ministry — 2063,37 zł. Różnica to zatem tylko 6,53 zł brutto, a po odjęciu składki zdrowotnej zostaje 5,95 zł miesięcznie. W skali całego roku waloryzacyjnego daje to ok. 71 zł, do czego można doliczyć kilka złotych z trzynastki, która jest równa minimalnej emeryturze.
Dlaczego tak mało? Bo dodatkowe 0,33 pkt proc. liczone od niewielkiego świadczenia daje po prostu niewielką kwotę. Przy wyższych emeryturach część dodatkowych pieniędzy zabiera z kolei fiskus. Zwolnienie z PIT emerytów obejmuje świadczenia do 2500 zł brutto, a powyżej tej kwoty seniorzy płacą już 12 proc. PIT, więc z każdej złotówki podwyżki brutto na konto trafia ok. 79 gr. Przy świadczeniu w wysokości 3000 zł brutto propozycja ministry oznaczałaby ok. 8 zł więcej na rękę, przy 4000 zł brutto — ok. 10 zł.
Okazuje się przy tym, że koszt dla budżetu byłby znacząco. Wyższy wskaźnik kosztowałby państwo dodatkowe 1,5–1,6 mld zł.
Lutowe dane GUS i tak rozstrzygną więcej niż zapowiedzi
Spór o 20 czy 30 proc. może się zresztą okazać mniej istotny, niż wydaje się dziś. Ostateczny wskaźnik zależy od danych GUS publikowanych w lutym, a te potrafią zaskoczyć; w projekcie budżetu na 2026 r. zabezpieczono pieniądze na podwyżkę o 4,88 proc., tymczasem waloryzacja emerytur rent 2026 r. przyniosła ostatecznie wzrost o 5,3 proc. Jeśli ceny ropy rzeczywiście podbiją inflację, emerytury wzrosną mocniej bez żadnej dodatkowej decyzji rządu.
Lewica myśli też na dłuższą metę o nowych zasadach waloryzacji emerytur. Gdyby inflacja przekroczyła np. 5 proc., płacowa część wskaźnika miałaby rosnąć automatycznie — do 30, a może nawet do 50 proc. To wymagałoby już nowelizacji ustawy, a sama ministra przyznaje, że przy obecnych prognozach chodzi raczej o zabezpieczenie na przyszłość. Projekt mógłby zostać przedstawiony jeszcze w tym roku.
Wyższa waloryzacja to głównie sygnał polityczny, nie realna pomoc dla najuboższych emerytów
Zapowiedź wyższej waloryzacji jest więc przede wszystkim sygnałem politycznym — i to takim, który niewiele zmieni w domowych budżetach seniorów. Jeśli rządowi rzeczywiście zależy na ochronie najuboższych emerytów przed drożyzną, procentowa dopłata do wskaźnika wydaje się najmniej skutecznym z dostępnych rozwiązań.










