1. Home -
  2. Firma -
  3. Korporacyjny bełkot niszczy firmy od środka. Tylko inteligentni pracownicy to widzą

Korporacyjny bełkot niszczy firmy od środka. Tylko inteligentni pracownicy to widzą

Każdy, kto spędził choć kilka lat w korporacji, zna ten moment. Prezentacja na spotkaniu kwartalnym, slajd pełen strzałek i kółek, a prelegent z zarządu z przejęciem mówi o „growth-hackingu na przecięciu cross-kolateralizacji i blue-sky thinkingu". Część sali kiwa głowami z uznaniem. Reszta zerka po sobie z pytaniem, czy to tylko ona nie rozumie, o co chodzi.

Okazuje się, że ci, którzy kiwali głowami, mogą mieć poważniejszy problem niż ci, którzy się pogubili. Badanie opublikowane w piśmie „Personality and Individual Differences" przez naukowców z Cornell University wykazało, że pracownicy najbardziej podatni na puste korporacyjne frazesy jednocześnie wypadają najsłabiej, gdy przychodzi do rozwiązywania konkretnych problemów biznesowych.

Czym właściwie jest korporacyjny bełkot według nauki

Shane Littrell, psycholog poznawczy i badacz postdoktorski z Cornella, od lat zajmuje się naukowym fenomenem, który w literaturze akademickiej wprost nazywa się „bullshit" – informacją semantycznie pustą, ale zapakowaną w sposób, który sprawia wrażenie głębokiej i ważnej. Korporacyjna odmiana tego zjawiska to osobna kategoria. Chodzi o specyficzny żargon menedżerski, który brzmi profesjonalnie, ale po rozłożeniu na czynniki pierwsze nie znaczy nic konkretnego. Służy przede wszystkim temu, żeby imponować, a nie informować.

„Wiele jest pożytecznego w tym, jak ludzie w firmie komunikują się ze sobą. Ale to staje się problematyczne, gdy zamienia się w nonsens wykorzystywany do manipulacji" – powiedział Littrell w komentarzu do swoich badań. I dodał wprost: „Ci, którzy nie potrafią odróżnić treści od bełkotu, mają największe problemy pracowników".

Generator bełkotu kontra tysiąc pracowników biurowych

Żeby zmierzyć podatność na korporacyjne pustosłowie, Littrell stworzył narzędzie, które automatycznie generuje zdania w stylu: „zaktualizujemy odnowiony poziom certyfikacji od kołyski do grobu" albo „budujemy hiperconnected, frictionless i impact-minded globalny ekosystem". Brzmi znajomo? Prawdopodobnie podobne zdania pojawiały się nieraz na firmowym all-handsie.

Badacz wymieszał te wygenerowane komputerowo frazesy z autentycznymi cytatami liderów firm z listy Fortune 500, a następnie poprosił tysiąc pracowników biurowych o ocenę, które z tych wypowiedzi świadczą o „zmyśle biznesowym" mówiącego. Efekt? Spora część badanych nie potrafiła odróżnić prawdziwych cytatów od losowo złożonych frazesów. Co więcej – osoby, które oceniały wygenerowany bełkot najwyżej, w odrębnym teście podejmowały wyraźnie gorsze decyzje w symulowanych scenariuszach firmowych.

Gorzej myślą, ale za to są szczęśliwsi

Wyniki mają jednak pewien paradoksalny wymiar. W jednym z cząstkowych badań okazało się, że osoby podatne na korporacyjny bełkot oceniały swoich przełożonych jako bardziej charyzmatycznych i wizjonerskich. Były też bardziej skłonne identyfikować się z misją firmy i deklarowały wyższą satysfakcję z pracy. Innymi słowy: kto kupuje firmowy marketing wewnętrzny, ten czuje się w pracy lepiej. Nie znaczy to jednak, że organizacja na tym zyskuje. Ostatnie badania pokazują, że Polacy o pracy myślą w coraz bardziej negatywnych kategoriach – aż 77 proc. nie czuje, że ich praca ma znaczenie dla innych.

Ten mechanizm świetnie tłumaczy, dlaczego w wielu firmach korporacyjne pustosłowie tak trudno wyeliminować. Menedżer operujący „synergiami" i „holistycznym podejściem" zyskuje entuzjastycznych zwolenników wśród części zespołu, nawet jeśli pod tymi hasłami nie kryje się żadna realna strategia. W efekcie firmy mogą awansować ludzi, którzy świetnie brzmią, ale kiepsko myślą. Zjawisko to badacze z Cornella wprost nazywają ryzykiem powstawania „dysfunkcyjnych liderów". Nie jest to problem czysto teoretyczny – wypalenie zawodowe problemem jest w firmach zarządzanych przez ludzi niezdolnych do merytorycznej komunikacji, a pracownicy odczuwają to na własnej skórze.

Pepsi, Theranos i 27 stron o niczym

Littrell przywołał dwa klasyczne przypadki, w których korporacyjny bełkot przyniósł wymierne szkody. Pierwszy to nieudany rebranding Pepsi z 2009 roku, kiedy do mediów wyciekł 27-stronicowy dokument otwierający się zdaniem o „inwestowaniu w historię i etos marki w celu stworzenia nowej trajektorii w przód". Końcowy efekt całego przedsięwzięcia wartego 1,5 miliona dolarów? Nieznaczna korekta logo, którą opinii publicznej trudno było w ogóle zauważyć.

Drugi przykład to Elizabeth Holmes i Theranos. Holmes przez lata skutecznie posługiwała się korporacyjnym żargonem, żeby pozyskiwać kolejne rundy finansowania od inwestorów, którzy – jak się ostatecznie okazało – kupowali wizję, a nie produkt. Historia Theranos to być może najdroższy w dziejach dowód na to, jak niebezpieczna bywa niezdolność do odróżniania treści od opakowania. W polskich realiach analogie można znaleźć choćby w przypadku mobbingu w pracy, gdzie nadęty język menedżerski bywa narzędziem budowania pozycji kosztem podwładnych.

Wykształcenie nie chroni przed bełkotem

Co istotne, uczestnicy badania Littrella to nie byli przypadkowi respondenci ankiety internetowej. Wszyscy pracowali w takich działach jak HR, księgowość, marketing czy finanse. Mieli co najmniej tytuł licencjata, część mogła pochwalić się doktoratami. Podatność na korporacyjne pustosłowie nie jest więc kwestią niskiego wykształcenia ani braku inteligencji.

„To nie jest coś, co dotyka tylko mniej inteligentnych ludzi" – podsumował Littrell. „Każdy może dać się nabrać na bełkot, wszyscy – w zależności od sytuacji – dajemy się nabierać, gdy jest odpowiednio zapakowany, żeby trafić w nasze uprzedzenia."

Na podstawie czterech cząstkowych badań Littrell opracował „Corporate Bullshit Receptivity Scale" – narzędzie, które ma służyć zarówno badaczom, jak i praktykom zarządzania do mierzenia, na ile dana organizacja jest podatna na pseudoprofesjonalny żargon. Wyniki powinny dać do myślenia szczególnie działom HR, które odpowiadają za rekrutację kadry menedżerskiej.

Co to oznacza dla pracowników i firm

Z perspektywy prawa pracy korporacyjny bełkot sam w sobie nie jest oczywiście naruszeniem żadnych przepisów. Ale warto pamiętać, że styl zarządzania oparty na manipulacyjnym języku może w skrajnych przypadkach prowadzić do sytuacji, które już prawne konsekwencje mają – od budowania toksycznej atmosfery po celowe podważanie kompetencji pracownika, to też mobbing, który sądy kwalifikują jednoznacznie.

Art. 94³ § 1 Kodeksu pracy nakłada na pracodawcę obowiązek przeciwdziałania mobbingowi. Systematyczne posługiwanie się pustym żargonem w celu wywierania presji na pracowników, budowania ich niepewności co do własnych kompetencji czy tworzenia iluzji wyższości kadry zarządzającej – to zachowania, które w określonych okolicznościach mogą wchodzić w zakres tej definicji. Szczególnie gdy menedżer celowo używa niezrozumiałego języka, by zdezorientować podwładnych i utrudnić im kwestionowanie podejmowanych decyzji. Dobre warunki pracy to w końcu nie tylko ergonomiczne biurko, ale przede wszystkim jasna, uczciwa komunikacja. Warto pamiętać, że trwają prace nad nowelizacją przepisów – projekt zmian dotyczący kodeksu pracy, mobbingu i odszkodowania przewiduje m.in. uproszczenie definicji mobbingu i podniesienie minimalnego zadośćuczynienia.

Badanie z Cornella powinno być sygnałem ostrzegawczym dla firm, które inwestują w employer branding i „kulturę organizacyjną" wyrażaną głównie w postaci pięknie brzmiących haseł. Jeśli komunikacja wewnętrzna opiera się na frazesach, organizacja może nieświadomie selekcjonować i awansować ludzi, którzy dobrze brzmiący bełkot biorą za wizję – i na tej podstawie podejmują realne decyzje biznesowe. To przepis na firmę, która świetnie się prezentuje, a fatalnie funkcjonuje.

Obserwuj nas w Google Discover
Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover
Dołącz do dyskusji
Najnowsze
Warte Uwagi