Odpływ pracowników z Ukrainy może doprowadzić do zapaści. To nie jest żart

Gorące tematy Praca dołącz do dyskusji (168) 15.10.2018
Odpływ pracowników z Ukrainy może doprowadzić do zapaści. To nie jest żart

Udostępnij

Emilia Wyciślak

Jeśli Ukraińcy wyjadą do Niemiec, a nie jest to takie nieprawdopodobne, polska gospodarka może to boleśnie odczuć. Już 40% polskich firm wyraża gotowość do zatrudniania pracowników zza Buga. Gdyby ich zabrakło, będziemy mieli poważny problem.

Ilu pracowników z Ukrainy znajduje się w Polsce? Nieoficjalne dane mówią nawet o 2,5 miliona. Pół miliona jest tu legalnie, liczba wakatów wynosi 160 tysięcy. Jeśli nagle wyjechaliby do Niemiec – co w świetle ostatnich zmian w prawie u naszego sąsiada nie jest takie nieprawdopodobne – przekroczyłyby 600 tysięcy. Nagle stracilibyśmy bardzo ważną pomoc. Ukraińcy nie są jednak wcale tanią siłą roboczą, którą można omamić głodowymi pensjami. Mają swoje oczekiwania, wymagania, chcą dobrze zarobić i nie ma im się co dziwić. Pensje w Polsce są prawie pięciokrotnie większe, niż na Ukrainie. Ale w Niemczech będą prawie dziesięciokrotne, więc co będzie stało im na przeszkodzie, żeby wybrać się za Odrę?

Odpływ pracowników z Ukrainy

Jak możemy wyczytać w felietonie opublikowanym na WP.pl, część polskiej gospodarki Ukraińcami stoi. Są zatrudnieni w hotelarstwie, na budowach, w supermarketach. Niektóre firmy budowlane mogłyby zwijać interes, gdyby ich zabrakło. Ponad 40% polskich firm jest gotowych na zatrudnienie pracowników zza Buga. Prawdę mówiąc, to całkiem zrozumiałe. Kiedy wynajęliśmy firmę do wnoszenia nam mebli, większość stanowili Ukraińcy. Moja mama dała im – oprócz zapłaty – trochę pieniędzy ekstra, co zresztą ich szef skwitował słowami „pani, oni wszystko przepiją”.

Ostatnio jechałam dzięki BlaBlaCarowi do domu. Kierowca miał firmę budowlaną niedaleko, rozmawiał w trybie głośnomówiącym. Z rozmowy dowiedziałam się, że zatrudnili dwóch nowych pracowników, rzecz jasna z Ukrainy. Jeśli teraz wstanę i pojadę do najbliższego miasta na obiad, mam pewność, że w restauracji obsłużą mnie kelnerzy zza wschodniej granicy. Gdyby nagle ich zabrakło…

Ale to imigranci!

Problem z Ukraińcami jest taki, jak zwykle. Za dużo ich, nie da się przejść po mieście, żeby nie zobaczyć dwujęzycznych znaków, bo Wołyń, bo nie pracują tak dobrze jak Polacy (jakby to powiedzieli Ślązacy: ja, mhm) i tak dalej, i tak dalej. Nagle każdy ma dziadka, którego zabili banderowcy, nawet, jeśli dziadek urodził się w 1939. Jasne, to jest tylko margines, ale jeśli przyjrzycie się lokalnym grupom facebookowym z danych miast, zobaczycie, jak bardzo narzekają na Ukraińców i jak często pojawia się tam wołyński argument. To nie jest nastrój, w którym ktokolwiek chciałby pracować, więc obok wyższej, niemieckiej pensji dojdzie jeszcze wspomnienie o „świetnym” traktowaniu.

I co się stanie, kiedy Ukraińcy wyjadą? Wzrosną ceny, bo trzeba będzie szukać pracowników na ich miejsce, podnieść pensje. Trzeba będzie też poszukać kogoś na ich miejsce. Co prawda z Indii wpływają dziesiątki tysięcy wniosków o pozwolenie na pracę, zainteresowani są też Białorusini i Nepalczycy. Ale to dalej kropla w morzu potrzeb – z samej Ukrainy takich wniosków wpływa sto tysięcy. Jeśli wyjadą do Niemiec, w odwodzie zostają więc imigranci z Bliskiego Wschodu. Ale tutaj okoniem stanie spora część Polaków: już podczas rozmów o przyjęcie ośmiu tysięcy uchodźców była poważna awantura. Z drugiej strony, co nam pozostanie? Prosić na kolanach tych rodaków, którzy wyjechali i którym dobrze żyje się na Zachodzie?