Szkoły są dziś zniewolone przez 10-letnich psychopatów, MEN nalega by „hodować” ich z normalnymi dziećmi

Gorące tematy Państwo dołącz do dyskusji (33) 16.11.2015
Szkoły są dziś zniewolone przez 10-letnich psychopatów, MEN nalega by „hodować” ich z normalnymi dziećmi

Maja Werner

Piszę to jako matka, ale też jako prawniczka i dziennikarka, która każdego tygodnia otrzymuje na naszą skrzynkę redakcyjną listy  od bezradnych rodziców i… bezradnych – niestety – nauczycieli, którzy stali się niewolnikami nowego, coraz bardziej europejskiego systemu edukacji. 

Rządy Platformy Obywatelskiej oceniane są różnie, starając się być możliwie obiektywnym znajdziemy zapewne kilka jasnych i kilka ciemnych punktów. W tym drugim gronie znajduje się od lat resort edukacji, który szkoły stopniowo zasypuje biurokracją, histerią metodyczną i programową, byle tylko nauczyciele nie mogli się skupiać na tym od czego przede wszystkim są na lekcjach – na nauczaniu.

Problemem jest też znaczący spadek prestiżu nauczyciela, co z kolei przekłada się na ich jakość. Nauczyciele jakich pamiętamy ze szkolnych ławek albo odeszli już do lamusa, albo ostatecznie są w przededniu emerytury. Nowe pokolenie to już zwykle nie są pasjonaci, ani nawet jednostki wybitne (gdyż te zwykle wybierają na studiach „karierę” w stosunkach międzynarodowych i socjologii), tylko raczej osoby, dla których praca z młodzieżą często była czwartym-piątym wyborem.

Zawód nauczyciela to jeden z najważniejszych zawodów w naszym społeczeństwie, jest więc niezwykle istotne, by warunki zatrudnienia przyciągały osoby wykształcone i kompetentne. Niestety z roku na rok się to pogarsza, także z powodu podkopywania autorytetu nauczyciela na rzecz roszczeniowych uczniów i rodziców. „Jak pan śmiał postawić mojemu dziecku jedynkę?” – w moich czasach był taki żart, w dzisiejszej szkole to coraz częściej spotykana prawda.

Ministerstwo Edukacji Narodowej i kuratoria notorycznie rzucają pod nogi też inne kłody, w postaci lewicowej doktryny równych szans i prób hodowli patologicznych, zdegenerowanych jednostek wraz z normalnymi dziećmi. Jeszcze za moich czasów takich przypadków nie było, „nie istniały” rozmaite choroby pokroju ADHD, dysortografii czy dyskalkulii, którymi można było wytłumaczyć niedostatki lub niesubordynację podopiecznych.

Dziecko w dzisiejszej szkole to otwarta księga chorób i ułomności, na które trzeba uważać i dmuchać. Najgorsze jest jednak to, że do tego grona względnie normalnych dzieci bez mrugnięcia okiem wrzucane są przypadki patologiczne, pozbawione jakiegokolwiek autorytetu względem nauczycieli, stanowiące zagrożenie dla życia i zdrowia swoich kolegów z klasy. Wbijające w kolegów z klasy cyrkle, rzucające krzesłami, ławkami, doniczkami, używające względem innych osób przemocy fizycznej i słownej.

Próba asymilacji kilkuletnich psychopatów z normalnymi dziećmi to nieudany eksperyment, to przegrana sprawa. W walce o odratowanie jednego człowieka składamy ofiarę z 25 innych, którzy każdego dnia muszą walczyć o przetrwanie w relacji z degenerującą formą aspołecznej patologii.

Nauczyciele zwracają się do nas z prośbami o poradę, gdyż czują się bezradni. Jeśli przemoc fizyczna w szkole występuje to ze zrozumiałych względów jest to przemoc takiego „ucznia” w stosunku do swojego belfra, a nie odwrotnie. To nie jest ten sam gatunek dzieci, które jeszcze 20 lat temu potrafiły się zdyscyplinować na widok nauczyciela biorącego do ręki linijkę, grożącego jedynką, uwagą do dzienniczka, wizytą rodziców czy – o ratunku! – wizytą w gabinecie dyrektora.

O nie, czytelnicy opisują nam historie patroli policji, które bezradne w trakcie interwencji, zwyzywane od „k…”, dostawały od takich małych psychopatów „po gębie”.

A jednak Ministerstwo i kuratoria upierają się, że takie stracone dla społeczeństwa istoty powinny uczęszczać do normalnej szkoły i integrować się (najczęściej w postaci tortur psychicznych i fizycznych na innych uczniach, a nawet nauczycielach) ze swoimi kolegami.

Dziś niemal w każdej polskiej szkole – i nie chodzi tu tylko o gimnazja, szkoły podstawowe jak najbardziej zaliczają się do tego grona – znajdzie się przynajmniej jeden przykład takiego małego psychopaty. Szkoły nie posiadają skutecznych mechanizmów prawnych pozwalających na wydalenie skrajnych przypadków z placówki. A nawet jeśli posiadają, bo jest przecież statut i ustawa o systemie oświaty, w praktyce jest to martwe prawo kwestionowane przez instytucje nadrzędne czy opinie psychologów, przerzucanie sobie problemu pomiędzy kolejnymi szkołami, choć to przecież nijak nie rozbroi tej bomby.

Być może chociaż w tej materii wiatr politycznych zmian przyniesie nauczycielom, ale i naszym własnym dzieciom ulgę. Żeby znów za szkolnego urwisa można było uznać dziecko, które spisuje pracę domową czy zapaliło papierosa w szkolnej toalecie, a nie małych psychopatów, których nie da się już uratować i pewnego dnia będą zapewne wzbudzali trwogę także wśród swoich kolegów z celi i spacerniaka.

33 odpowiedzi na “Szkoły są dziś zniewolone przez 10-letnich psychopatów, MEN nalega by „hodować” ich z normalnymi dziećmi”

  1. Sam pamiętam, że za moich czasów (jakieś 12 lat temu) takie patologiczne jednostki wrzucało się do klas z normalnymi dziećmi i efekty były straszne. Zastraszanie, bicie, znęcanie się psychiczne, a to wszystko tylko przez jedną/dwie osoby. Kto był silniejszy to jakoś sobie radził, ci słabsi przechodzili piekło w szkole. Oczywiście po części szkoda jest mi tych „małych psychopatów”, oni też przechodzą piekło, tylko że w domu. Jednocześnie jest to smutne, ponieważ to nie ich wina, że urodzili się akurat w tym miejscu, a nie innym, i smutne jest to, że nigdy nie poczują się tak, jak te normalne dzieci.

    • O to, to! Zgadzam się z autorem i przedmówcą. Sam, jako członek pewnej klasy padłem ofiarą podobnego eksperymentu (z 13-15 lat temu). Do ok 5 czy 6 klasy nasza klasa miała opinię niemal wzorowej. Wszyscy, zarówno chłopcy jej i dziewczynki mieliśmy oceny od średnich do bardzo dobrych, sporo czerwonych pasków (tych na świadectwach), praktycznie żadnych problemów wychowawczych. Wtedy postanowiono do nas dołączyć osobę, która sprawiała chyba największe problemy w całym roczniku, w ramach resocjalizacji, z zamiarem żebyśmy przeciągnęli tą osobę na, „jasną stronę mocy”. Chyba nawet nie minął cały rok, jest okazało się ze to cala klasa jest przeciągana siłą jednej osoby… Oceny od złych średnich, generalnie… Eksperyment okazał sie totalnym niewypałem. Nie wiem ile jeszcze lat musi minąć żeby osoby decyzyjne to zrozumiały.

      • U mnie w gimnazjum było podobnie. Na szczęście dołączyli go w połowie roku, a pod koniec od nas odszedł bo niestety nie udało mu się klasy zaliczyć ;)

      • „Nie wiem ile jeszcze lat musi minąć żeby osoby decyzyjne to zrozumiały.”
        Redbeard- te osoby nigdy tego nie zrozumieją z jednego, prostego powodu- bo tak jest najtaniej i najprościej. I to dlatego ci idioci będą głusi na wszelkie argumenty, dlatego będą dalej bredzić o „zbawiennym wpływie” i dalej będą udawać, że to nie oni stwarzają problem, tylko ci „normalni” uczniowie na spółę z nauczycielami wymyślają sobie spiski. Ot- syty głodnego nie zrozumie…

    • Znam to też! W moim gimnazjum dołączył do naszej klasy chłopak, któremu chciał pomóc nasz wychowawca. Był wielki, miał chyba ze 2 metry wzrostu i ledwo mieścił się w ławce. Wszystkich ze sobą skłócał, nie dawał nauczycielowi prowadzić lekcji, zastraszał, przezywał, upatrzył sobie jednego chłopaka, który miał nosić za nim torbę i faktycznie nosił. Wdawał się w głupie pyskówki, na religii przekłuwał naszemu koledze ucho (nie na siłę, akurat się polubili). Plusem było tylko to, że on rzadko przychodził na lekcje. W końcu dowiedzieliśmy się, że koleś został wywieziony do jakiegoś ośrodka wychowawczego na drugim końcu Polski i już więcej nie wrócił.

  2. Zgadzam się z każdym jednym słowem. No może po za kwestią braku wybitnych nauczycieli z pasją. Tacy nauczyciele są, ale cała reszta wymienionych wyżej problemów nie pozwala im pracować. No bo jak pracować kiedy nawet jeden uczeń potrafi rozwalić całą lekcję i nic nie można mu zrobić? Itp itd. Mam nadzieję na powrót dyscypliny wraz ze zmianą władzy. Mam nadzieje że tym razem reforma edukacji się uda.

  3. W normalnym świecie nauczyciele świetnie poradziliby sobie z taką patologią, po prostu dając niesfornym uczniom po łapach i spuszczając im łomot..niestety, przewrażliwieni rodzice, na dorobku, spędzający większość dnia w pracy, uważający sami siebie za alfy i omegi – i wychowani jeszcze w normalnym świecie! – nie tolerują takich zachowań i sami rozpuszczają swoje pociechy, które wręcz napędzają tą patologię do robienia jeszcze większej burdy.

    • Nie wiem, czy normalnym światem można nazwać świat, w którym nauczyciel daje wpie.dol komuś kilka razy młodszemu od siebie. Z jednej strony (jako społeczeństwo) narzekamy na rodziców, którzy dają dzieciom klapsa, z drugiej ganimy obcych, którzy to robią, z trzeciej narzekamy na to, że nauczyciel nie ma możliwości spuszczenia manta uczniowi, albo rodzic nie może podnieść ręki na dziecio… widzę tutaj jakiś dualizm w myśleniu społecznym.

      Tak w ogóle to musimy tutaj rozróżnić, czy rozmawiamy o nastolatkach z gimnazjum, o nastolatkach w liceum, o dzieciach w podstawówce czy w przedszkolu. Zachowanie dzieci w tych szkołach ma różne podłoże. U dzieci z podstawówki duży wpływ ma rodzina (lub jej brak) i z wiekiem zaczyna dominować wpływ środowiska, które staje się bardzo istotne (czasem istotniejsze od wpływu rodziny) w gimnazjum i liceum. Nie generalizowałbym więc z tymi rodzicami, którzy siebie uważają za Α i Ω, bo może też być to wina szkoły albo dzielnicy, wsi, miasteczka, w których szkoła się znajduje. Albo rodziców, którzy nie tylko nie są Α i Ω, nie tylko za takich się nie uważają, ale po prostu są słabi jako rodzice… i może nie powinni się dziećmi zajmować.

  4. Prawda jest taka, że sporo nauczycieli to ludzie po studiach, którym się nie powiodło w firmach. Ale nie zgadzam się, że nie ma pasjonatów. Jednakże w dzisiejszym układzie ich pasja jest tłamszona!
    PS. Za mich czasów nauczyciel był „bogiem”! Ich się kochało, bało i słuchało! Ale wtedy jeszcze mogłem dostać rózgą po łapach, jak się nie uczyłem!

  5. Parę lat temu, gdy miałam „przywilej” pracować w podstawówce, sprawdzałam zadanie domowe w 4 klasie, czyli u 10 latków. Jeden chłopiec mi powiedział, że zadania nie ma, ale „może mi swojego ch**ka pokazać i wydymać”.
    Zezłościsz się – wykorzystają to i będą doprowadzać do złości ciągle, ukarzesz, powie mamie, psychologowi, Bóg wie komu i nikt nie stanie z twojej obronie. Wybrałam mało wychowawcze ośmieszenie przed klasą, odwołując się do jego wypowiedzi i owego „ch**ka”. Więcej nie podskakiwał.
    Ale co siedzi w głowie dziesięciolatka, który mówi tego typu rzeczy?

    • Wzorce wyniesione z domu. Oto co siedzi we łbie takiego szczeniaka.
      Przyznaję że zdębiałem, gdy przeczytałem ten opis. Gdyby coś takiego wydarzyło się w czasach gdy ja chodziłem do podstawówki, szczeniak wylądowałby migiem u dyrektora z uchem naciągniętym jak u słonia i czerwonym jak świeża wołowina.Ten wezwałby rodziców i być może całość zakończyłaby się zachowaniem „nagannym” na świadectwie – co kiedyś było nie do pomyślenia.
      Moja geografka połamała ongiś wskaźnik do mapy na moim tyłku z całkiem prozaicznych powodów, ale dziś uznaję to za zdecydowanie słuszne działanie.
      Poza tym rodzice. Za tego typu zachowanie ojciec posiekałby mi dupę pasem tak, że wyglądałaby jak wzór umaszczenia zebry – I SŁUSZNIE! Parę takich akcji było, bo święty nie byłem. Pamiętam je wszystkie, tak jak powody i przyczyny niemożności siedzenia w ławce bez piekącego bólu tyłka :) Tylko że wtedy człowiek wstydził się pokazać efekty ojcowskiej reprymendy – choćby na lekcjach Wu-eFu…
      Ojcowski pas i mokra ścierka kuchenna mamy, odegrały więc znaczącą i zbawienną rolę w kształtowaniu mojego kręgosłupa moralnego :) Pozdrawiam.

  6. Mialem watpliwa przyjemnosc bycia w klasie z osoba, ktorej siala strach nawet u siebie w domu. Bylo to blisko 30 lat temu. W miedzyczasie ow osobnik probowal dorobic sobie na kradziezach czy handlu narkotykami. Kilka pobytow za kratami utemperowalo jego zapedy i o dziwo od kilku lat pracuje jako brygadzista w jednej z firm, zbierajac calkiem dobre oceny przelozonych. Trzeba mu tylko oddac, ze jak na psychola byl calkiem inteligentny chociaz mial ciekawsze zajecia niz nauka ;)

  7. Generalnie problem jest dość złożony. Nie zapominajmy, że rodzicami są obecnie osoby, które właśnie kiedyś uczęszczały do szkoły. Zatem skoro inaczej wychowują swoje dziecko, to zapewne nie bez powodu. Najwyraźniej to, co się kiedyś działo w szkole, także wielu osobom nie odpowiadało. Choć wiadomo, że nigdy nie będzie idealnie.

    W każdym razie problem z uczniami jest według mnie taki, że nie mają szacunku. Często rodzice nie okazują sami sobie szacunku, więc skąd ma je czerpać kilkunastoletnie dziecko? Jeżeli mąż nie szanuje żony (i odwrotnie), to dziecko też nie będzie. Po prostu widzi pewien schemat i chcąc nie chcąc wpaja mu się go do głowy. Zwłaszcza jeśli jest to norma. A jak widzę po znajomych czy starszych, to tak istotnie jest. Ludzie wolą strzelać fochy, obrażać się, kłócić niż porozmawiać.

    Dlatego nie dziwi mnie, że potem jest problem w szkole. Takie dziecko nie jest nauczone szacunku do kogolwiek, więc z pogardą patrzy na kogoś, kto mu tylko utrudnia życie. Bo w ten sposób patrzy dziecko. Możliwe nawet, że i to zachowanie ma swoje podłoże w tym, że np. rodzice narzekają na szefa/przełożonego. U dziecka takie działanie często jest podświadome.

    Znam też nauczycieli, którzy nie mieli szacunku do uczniów. To były osoby, które kompletnie nie nadawały się do pełnienia swojej roli. Same były aroganckie, nie uznawały innego spojrzenia i za każdym razem eksponowały swoją władzę. Jeżeli o tym się nie rozmawia, to może cholernie zmienić światopogląd dziecka. Może wpłynąć na to, jakim będzie dorosłym. Zwłaszcza jeśli rodzic niesłusznie stanie po stronie nauczyciela.

    Nie brakuje teraz przypadków, kiedy niesłusznie oskarża się nauczyciela. Gdyby moja córka obraziła nauczyciela, to nie przeszedłbym obojętnie wobec tego. Oczekiwałbym, że nauczyciel przedstawi mi co się wydarzyło, ale konsekwencje należałoby wyciągnąć wspólnie. Jednomyślność jest bardzo ważna w tej kwestii, by dziecko pojęło, że postąpiło źle. Podobnie zresztą działam w związku – jeżeli mama się na coś nie zgadza, to ja również.

    Poza tym to cholernie głęboki temat, w którym najczęściej swojej winy nie dostrzegają dorośli. Na dodatek każdy przypadek jest indywidualny. Sprowadzanie całej dyskusji do tego, że kiedyś było tak, a teraz jest tak.. to chore. Każde pokolenie tak robi i jaki to ma sens? Jeżeli kiedyś było lepiej, to dlaczego te dzieci już jako dorosłe osoby to zmieniły?

  8. U nas jednostki, nazwijmy to, patologiczne sprowadzały się „zaledwie” do osiedlowych zadymiarzy. Po prostu wtedy, pomimo znacznie mniejszego zdegenerowania psychicznego młodzieży wybryki uczniowskie, jakie wtedy były standardem, dziś byłyby skandalem.

  9. A ja uważam że WSZYSCY nauczyciele szkolni i akademiccy powinni całować na rękę naszego rządu i jego bandyckim prawom, bo w moim rozumowaniu każdy nauczyciel w Polsce jest bandziorem.
    Gdyby w Polsce było prawo dla ludzi jak w USA to bym wszystkim placówkom oświaty pozwał do sądu!!!!

    http://creeclaw.org/online-content-lawsuit-harvard-mit/

    Niestety w Polsce prawo jest przyjazne bandytom i żaden prawnik w Polsce nie pomoże mi zmusić uniwersytetom aby wzięli do roboty i wreszcie zrobili te napisy!!!!

  10. Ktoś na tym forum powiedział, że kiedyś nauczyciele byli bogami, inny, że dziś nauczyciele są z selekcji negatywnej.
    Na prawdę aż tak bardzo ci, którzy zostali nauczycielami przed 40 laty różnią się od tych, którzy dziś nimi są/zostają?

    Moim zdaniem to nie nauczyciele się zmienili, nawet nie uczniowie, lecz szkoła, czyli oprzyrządowanie dane tym grupom by ze sobą współpracowały. Kiedyś nauczyciele, realnie mogli więcej dziś uczniowie. Jest efektem świadomej polityki państwa.

    Kiedyś w szkole rządzili nauczyciele. Dzis finansami szkoły rządzi gmina, papiery muszą się zgadzać ze wszystkimi ustawami i konwencjami międzynarodowymi + wytycznymi ministerstwa (często sprzecznymi), co kontroluje wydział edukacji, kuratorium, RPO i x instytucji, a za wszystko odpowiada dyrektor, który jeśli przestrzegałby wszystkich przepisów to popadłby w paranoję, aj jeśli ich nie przestrzega to może być podpadnięty.
    Mimo tego wszystkiego szkoła daje sobie radę i to, moim zdaniem, nieźle.

    Patrzę czasem na nauczycieli i nauczycielki, moich kolegów po fachu, i zastanawiam się, czemu oni nie położą na to wszystko lachy? Czemu nie są tacy, jak podpowiada system, dlaczego wymagają od uczniów, mimo że jest to źródłem stałych konfliktów, dlaczego robią sprawdziany, zadają prace domowe, sami dokładając sobie wiele pracy. Przecież można inaczej, lekko, bez wysiłku, bezproblemowo, stawiać za nic piątki, szóstki, każdy będzie zadowolony: uczniowie, rodzice, dyrekcja.
    Raczej nie są pasjonatami, To jakaś trudna do wytłumaczenia siła bezwładu, mówiąca, że w szkole ma być porządnie, niezależnie od wszystkiego, co wokół, niezależnie od ustaw i przepisów. Myślę, że taka postawa w końcu pozwoli różnym Tuskom i GazWybom zarżnąć tę szkołę. Nadzieja w części młodych, którzy mają taką postawę, że jak ich olewają to i oni olewają. To może doprowadzić do ozdrowieńczego kryzysu. Jeśli nie będzie trwało jak trwa, raz z korektą w tę raz w tę.

  11. Ja sam uczę i podpisuję się pod artykułem obiema rękami. Te dzieci problemowe są znakiem czasu, ich jest tak dużo, że to już epidemia. Nawet gdyby było prawo do usunięcia ich ze szkoły, to gdzie by ich umieszczać? Do ośrodków szkolno-wychowawczych jest kolejka jak do sanatorium. MEN ma świadomość, że robi tylko dobrą minę do złej gry. Nie ma wyjścia. Niestety, uważam, że będzie dużo gorzej. Społeczeństwo chamieje. Demokracja to stają się rządy roszczeniowego pospólstwa. Zwrot nastąpi, i to jak zwykle oczywiście o 180 stopni, ale dopiero gdy nie będzie innego wyjścia. Będzie wtedy kompletne odejście od liberalizmu w stronę dyktatury. Ot, historia kołem się toczy.

  12. Ja sam uczę i podpisuję się pod artykułem obiema rękami. Te dzieci problemowe są znakiem czasu, ich jest tak dużo, że to już epidemia. Nawet gdyby było prawo do usunięcia ich ze szkoły, to gdzie by ich umieszczać? Do ośrodków szkolno-wychowawczych jest kolejka jak do sanatorium. MEN ma świadomość, że robi tylko dobrą minę do złej gry. Nie ma wyjścia. Niestety, uważam, że będzie dużo gorzej. Społeczeństwo chamieje. Demokracja to stają się rządy roszczeniowego pospólstwa. Zwrot nastąpi, i to jak zwykle oczywiście o 180 stopni, ale dopiero gdy nie będzie innego wyjścia. Będzie wtedy kompletne odejście od liberalizmu w stronę dyktatury. Ot, historia kołem się toczy.

  13. Ja sam uczę i podpisuję się pod artykułem obiema rękami. Te dzieci problemowe są znakiem czasu, ich jest tak dużo, że to już epidemia. Nawet gdyby było prawo do usunięcia ich ze szkoły, to gdzie by ich umieszczać? Do ośrodków szkolno-wychowawczych jest kolejka jak do sanatorium. MEN ma świadomość, że robi tylko dobrą minę do złej gry. Nie ma wyjścia. Niestety, uważam, że będzie dużo gorzej. Społeczeństwo chamieje. Demokracja to stają się rządy roszczeniowego pospólstwa. Zwrot nastąpi, i to jak zwykle oczywiście o 180 stopni, ale dopiero gdy nie będzie innego wyjścia. Będzie wtedy kompletne odejście od liberalizmu w stronę dyktatury. Ot, historia kołem się toczy.

  14. Prawo, jak to prawo wyjątków nie uznaje (chyba, że wyjątki się zapisze w tym prawie) i z zasady nie jest w stanie objąć wszystkich możliwych życiowych sytuacji. Widzę tu sporo narzekania wśród komentujących, przykładów z ich życia, które potwierdzają to co mówi autorka.

    A ja powiem tak – to wszystko wina rodziców i nauczycieli (w ogólności szkoły). Jak nauczyciel sobie nie radzi, a rodzic ma w dupie, to efekt jest na załączonych obrazkach. Zawsze można powiedzieć, że nauczyciel gdyby mógł, to by sobie radził, ale prawo mu nie pozwala. Tylko co by robił? Bił liniałem po rękach? Czy autorka ma jakiś pomysł na to jak sprawę załatwić? Jak pomóc dzieciom, rodzicom, nauczycielom, szkołom? Narzekać każdy może – to nie wymaga żadnego wysiłku. A znalezienie rozwiązania wymaga naprawdę dużego wysiłku, myślenia o przyszłości w sposób krótko- i długofalowy. Autorka jest w stanie to zrobić?

    Do klasy mojej córki (podstawówka) trafił spadochroniarz, który rozbił wcześniej 2 klasy doprowadzając do szewskiej pasji różnych nauczycieli. Jednak w klasie mojej córki problemy były przez pierwsze 4 miesiące, potem chłopak się poprawił, oceny mu skoczyły do góry, w drugim semestrze nawet była nadzieja, że da, bo matka zaczęła się starać. Czyli chwalić nauczycieli, że zmobilizowali także matkę, że jej się zachciało. A przede wszystkim wychowawcę a w pewnym stopniu klasę. Jednak na miesiąc przed końcem matka znowu położyła laskę, syn olał kilka przedmiotów i znowu nie zdał… Wychowawcy nie ma co ganić… i tak wyciągnął z młodego co się dało. Fakt – chłopak wywarł przez chwilę negatywny wpływ na klasę (większość 11 i 12-latek wzdychało za tym palącym papierosy dzieciakiem), ale potem klasa wraz z nauczycielem wywarła na nim wpływ pozytywny.

    Tak czy inaczej zastanawiam się – bo w felietonie nie było to wyraźnie napisane – czy macie na myśli też dzieci z zaburzeniami takimi jak zespół Aspergera (https://pl.wikipedia.org/wiki/Zesp%C3%B3%C5%82_Aspergera), które potrafią się zachowywać skandalicznie (są często nazywane „niegrzecznymi dziećmi” – http://niegrzecznedzieci.org.pl/), ale integracja daje takim dzieciom szansę na normalne życie w przyszłości, a zamykanie ich w szkołach specjalnych taką szansę odbiera.

  15. Mam dosc duzy problem z argumentem o swietlanej przeszlosci.
    W pradawnych swietlanych czasach moja praciotka, nauczycielka z powolania, kochajaca mlodziez i wprowadzajaca w latach 60-tych takie eksperymentalne techniki jak np. praca w grupach, bywala proszona przez kolege, czy nie moglby jej odprowadzic do domu. Dlaczego? Bo kolega mial ciezka reke i nie raz zdarzylo mu sie wytargac jakiegos urwisa za uszy. I nie raz w okolicach szkoly czaili sie starsi bracia wytarganych, pamietajacy swoje naderwane uszy i majacy zamiar wytlumaczyc psorowi, jak bardzo kochaja swoje rodzenstwo, jezykiem… hmmm…. rownie manualnym. Towarzystwo nauczycielki, ktora ich szanowala i ktora oni w ramach rewanzu szanowali doglebnie, wiele razy uratowalo skore kolegi.
    W dawnych swietlanych czasach w mojej szkole przemoc fizyczna byla na porzadku dziennym, a nauczyciele nie radzili sobie w ogole. Nie radzila sobie moja wychowawczyni, ktora popelniala podstawowe bledy z budowania stosunkow w grupie, nie radzily sobie dwie kolejne wychowawczynie mojej siostry. I to byla jedyna zaleta osmioklasowej podstawowki, moglam przeprowadzac rozmowy dyscyplinujace z kolegami mlodej.
    To dlaczego wydaje sie nam, ze teraz jest gorzej? Bo o tym slyszymy. Oraz dlatego ze ogolny poziom agresji w spoleczenstwie spadl. To pierwsze to oczywistosc – nawet w moich czasach takie sprawy zalatwialo sie na forum szkoly, ew. angazowalo kuratorium, ale nie pisalo o tym w internecie. Krag osob majacych swiadomosc jakiegos problemu byl znacznie mniejszy. To drugie to rzecz, ktora jest sprzeczna z wizja swiata, ale prawdziwa. Poziom agresji w spoleczenstwie spada, to co kiedys uchodzilo za norme, dzis jest zachowaniem przemocowym. I to dotyczy takze sytuacji szkolnych. Zachecam do przeczytania klasycznych lektur typu „sposob na alcybiadesa” czy „wspomnienia niebieskiego mundurka” i przeanalizowanie opisanych tam sytuacji pod katem obecnych przepisow. Wyobrazacie sobie, co by dzis bylo, gdyby uczniowie zostawili rozebranego i skrepowanego kolege na dworzu? Albo gdyby jeden kolega drugiemu „wybębnia(l) mu pięścią marsza to na jednej, to na drugiej łopatce.”?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *