Upadek austriackiego rządu: skrajnie prawicowy koalicjant daje się przyłapać na lewych interesach z Rosjanami

Państwo Zagranica dołącz do dyskusji (12) 21.05.2019
Upadek austriackiego rządu: skrajnie prawicowy koalicjant daje się przyłapać na lewych interesach z Rosjanami

Udostępnij

Rafał Chabasiński

Styk wielkich pieniędzy i świata polityki często prowadzi do konfliktu interesów, dwuznacznych sytuacji. Czasami zjawiska te przeradzają się w zwyczajną korupcję. Co gorsza, udział w całym procederze mogą mieć siły z zewnątrz. Przykładem takiej sytuacji może być upadek austriackiego rządu. 

W Austrii wystarczyła doba by zarządzić wybory parlamentarne, w Polsce przykrych spraw się nie lekceważy

Kanclerz Sebastian Kurz zrywa umowę koalicyjną i domaga się od prezydenta Alexandra Van Der Bellena rozpisania przedterminowych wyborów parlamentarnych. Ten przychyla się do kanclerskiego wniosku. W całej Austrii oburzenie, zarówno wśród klasy politycznej, jak i pośród zwykłych obywateli. Co się stało? Coś, co świetnie znamy z naszego podwórka – wypłynęły taśmy. Nagranym był Heinz Christian Strache, lider uważanej za „skrajnie prawicową” Wolnościowej Partii Austrii (FPO).  Trzeba przyznać, że upadek austriackiego rządu był szybki – od ujawnienia nagrań do rozwiązania koalicji nie minęła nawet doba.

Wicekanclerz dał się przyłapać latem 2017 r. na Ibizie, razem z szefem klubu parlamentarnego FPO, Johannem Gudenusem. W zamian za wsparcie dla swojej partii od rzekomej rosyjskiej miliarderki, panowie obiecywali rządowe kontrakty, na przykład na budowę autostrad. Proponowali kobiecie również zakup udziałów w austriackim tabloidzie, „Kronen Zeitung”. Gazeta ta miałaby, rzecz jasna, pokazywać FPO w odpowiednio przychylnym świetle. Gazeta pod rosyjską kontrolą zaowocowałaby lepszymi rezultatami kandydatów tej partii w wyborach. Strache roztaczał też wizję rynku medialnego podobnego do sąsiednich Węgier – niby wolny, ale jednak pod kontrolą państwa.

Teraz nagrany polityk broni się, że padł ofiarą zabójstwa politycznego. Choć przyznaje, że zachował się „głupio” i „nieodpowiedzialnie”, zwraca uwagę, że nagrywający czekali długi czas z ujawnieniem zapisu rozmowy. Warto zauważyć, że Brzmi znajomo, nieprawdaż?

Upadek austriackiego rządu z powodu podsłuchów w Europie to nie pierwszyzna

Trzeba przyznać, że upadek austriackiego rządu i cała sytuacja, w którą wplątał się wicekanclerz Strache, jest dość symptomatyczna. FPO nie jest wcale jedyną formacją „skrajnie prawicową” żyjącą w dobrej komitywie z Rosjanami. Austriacka partia od 2016 oficjalnie współpracuje z Jedną Rosją, macierzystą partią i politycznym zapleczem Władimira Putina. Taką samą umowę zawarła włoska Liga Północna, współtworząca tamtejszy rząd. Ligę oskarżano o przyjmowanie pieniędzy od Rosjan, podobnie jak francuski Front Narodowy. W przypadku partii Marinne Le Pen chodzi o pożyczkę w wysokości 9 milionów euro, uzyskanych w rosyjskim banku.

Myliłby się ten, kto stwierdzi, że to przecież problem „prawicy”, czy „populistów”. W przeszłości najbardziej jaskrawym przejawem politycznej korupcji było zaangażowanie kanclerza Niemiec Gerharda Schroedera w powstanie gazociągu Nord Stream 1. Ten polityk reprezentował przecież Socjalistyczną Partię Niemiec (SDP). Po zakończeniu kadencji Schroeder otrzymał od Gazpromu nagrodę w postaci lukratywnego stanowiska w spółce zajmującej się budową gazociągu.

Rosjan oskarżano o wiele. O manipulacje przy Brexicie, czy mieszanie się w amerykańskie wybory. Trzeba jednocześnie pamiętać, że nie tylko oni grają nieczysto. Amerykańska Agencja Bezpieczeństwa Narodowego podsłuchiwała Niemców na masową skalę. Stany Zjednoczone o szpiegostwo oskarżają chińską firmę Huawei, rozpętując przeciwko niej regularną wojnę handlową. Trzeba zauważyć, że upadek austriackiego rządu wcale nie był pierwszy. Nagrana rozmowa była gwoździem do trumny rządu Ferenca Gyurcsánego, węgierskiego premiera. Ten reprezentujący tamtejszych socjalistów polityk został przyłapany, jak przyznaje się do kłamstwa co do stanu gospodarki Węgier. Protesty spowodowały jego odwołanie, co z kolei utorowały drogę do władzy Victorowi Orbanowi.

Wbrew pozorom, zobojętnienie Polaków na rozmaite afery i podsłuchy wcale nie musi być czymś na dłuższą metę złym

Nie trzeba chyba nikomu przypominać słynnych nagrań z „Sowy i Przyjaciół”. Te wypływają co jakiś czas, uderzając najpierw w ówczesny rząd – teraz zaś, dla odmiany: w ówczesną opozycję. Trzeba przy tym zauważyć, że odpowiedzialny za podsłuchy biznesmen Marek Falenta miał powiązania z rosyjskim biznesem węglowym. To zresztą tylko wierzchołek góry nagrań. Taśmy Kaczyńskiego, taśmy Chrzanowskiego. Afera goni aferę, rządy jednak jakoś nie upadają.

Niektórzy oskarżają Prawo i Sprawiedliwość o wspieranie swoją polityką prezydenta Rosji, wypychanie Polski z Unii Europejskiej i właściwie wszystko co najgorsze. Pomińmy może zbytnią uległość wobec Amerykanów, ten zarzut pada stosunkowo rzadko. Warto przy tym zauważyć, że nie mamy tak naprawdę, w przeciwieństwie do innych państw europejskich, żadnej partii otwarcie prorosyjskich. Może z wyjątkiem oskarżanej o agenturalne powiązania „Zmiany”, ze znikomym poparciem w społeczeństwie. Do tych wyborów startuje jednak ultrakonserwatywna, narodowa i silnie eurosceptyczna Konfederacja.

Wbrew pozorom, nasz kraj wydaje się być szczególnie podatny na wstrząsy takie, jak upadek austriackiego rządu. Sprzyja temu silna polaryzacja społeczeństwa, obecność populistycznej prawicy – która stopniowo łapie wiatr w żagiel. Nie sposób nie docenić przy tym swobody działania rozmaitych podsłuchujących i nagrywających. Jest jednak jeden czynnik, który przed sianiem chaosu z zewnątrz nas chroni, dość paradoksalny. Znieczulenie społeczeństwa na kolejne z rzędu „wielkie afery” sprawia, że Polaków wcale nie tak łatwo rozgrywać, jak inne społeczeństwa.