Popularny sklep z biżuterią Wishbone sprzedawał koraliki AliExpress z nawet czterdziestokrotną przebitką

Gorące tematy Zakupy dołącz do dyskusji (712) 27.05.2020
Popularny sklep z biżuterią Wishbone sprzedawał koraliki AliExpress z nawet czterdziestokrotną przebitką

Jakub Kralka

Pewnie nigdy nie usłyszałbym o sklepie Wishbone, gdyby nie fakt, że na przestrzeni ostatniego roku kupiłem tam mojej dziewczynie aż trzy wisiorki. 

Są bardzo ładne, a jednak i tak poczuliśmy się oszukani, gdy okazało się, że być może przepłaciłem za nie kilkunastokrotnie. Patrząc na komentarze internautów i reakcję sklepu w ostatnich godzinach, zacząłem się zastanawiać ile prawdy było w „ręcznym wykonaniu”, czy lekko starte w kąpielach pozłacanie to aby nie ściema ściema, zaś czy samą „biżuterię” można kupić za jakieś 10 złotych na AliExpress.

Czy sklep Wishbone od początku „wprowadzał w błąd” swoich klientów, czy też może to wszystko jest jakąś gigantyczną wpadką cenionego wśród kobiet (40 000 polubień na Facebooku, w tym przynajmniej kilkanaście moich koleżanek) sklepu?

Wishbone sprzedawał paciorki z AliExpress

Kilkanaście godzin temu środowisko polskich instagramerek zaczęło się oburzać, że nowa kolekcja koralików i paciorków na stronie internetowej sklepu Wishbone, to tak naprawdę żadna tam ręczna robota z pietyzmem i starannością twórców, a tandetna masówka z Chin, którą za grosze można kupić w AliExpress.

Nie chciałem w to wierzyć, brzmiało jak jakaś tania sensacja, a bardziej prawdopodobne wydawało się jednak, że prędzej Chińczycy próbują naśladować artystów rzemiosła z Polski, niż odwrotnie. Problem w tym, że Wishbone zareagował z gracją Jessiki Mercedes, która przeszywała metki swojej firmy na przeciętnej jakości koszulki Fruit of the Loom, które można kupić na Allegro za symboliczne kwoty. Dodajmy może jeszcze, że UOKiK poinformował, że przyjrzy się sprawie tych koszulek, a Wishbone już ustawia się w kolejce na kolejną kontrolę.

Kiedy internautki zaczęły pytać Wishbone na Facebooku lub Instagramie o to, dlaczego sprzedają paciorki z AliExpress firmując je swoim logo u góry strony, posty zaczęły znikać w niewyjaśnionych okolicznościach. Również ja kilka godzin temu zwróciłem się w oficjalnej korespondencji o wyjaśnienie – na potrzeby niniejszego artykułu – jakim cudem w ofercie sklepu znalazła się chińszczyzna, na dodatek po znacznie zawyżonych cenach.

Sklep wprawdzie pisze na swojej stronie, że:

Każdy egzemplarz naszej srebrnej i srebrnej pozłacanej biżuterii wykonywany jest ręcznie, co nadaje mu wyjątkowości i znaczenia. Z uwagi na fakt, że biżuteria jest wyjątkowo delikatna dobrym sposobem ochrony naszej biżuterii jest ściąganie jej za każdym razem, kiedy bierzemy prysznic, sprzątamy, używamy kosmetyków lub perfum. Najlepiej zdjąć ją podczas przebierania lub snu, biżuteria bowiem może łatwo zaczepić się o tkaninę, połamać lub zerwać.

Tyle tylko, że jest to też próba szybkiego zacierania śladów oraz oszukiwania swoich klientów. Kiedy bowiem odpalam kopię tej samej strony zachowanej w archiwum Google, to opis wprowadza w błąd. Według internautek tak wyglądał on jeszcze wczoraj.

Każdy egzemplarz naszej biżuterii wykonywany jest ręcznie, co nadaje mu wyjątkowości i znaczenia (…).

Dowód:

Wishbone – tragiczna komunikacja i wprowadzanie konsumentów w błąd w tle

Sklep Wishbone przeżywa obecnie bardzo trudne chwile pod względem wizerunkowym i konsekwencje tej sytuacji mogą być dla sklepu zabójcze. Przeszukałem nawet AliExpress pod kątem naszyjników kupionych dla mojej dziewczyny i choć identycznych nie znalazłem, to były bardzo podobne.

Jest rzeczą oczywistą, że nigdy nie zrobimy już zakupów w tym sklepie, natomiast ponadto pojawiły się wątpliwości co do tego, czy już posiadane wisiorki w istocie są „pozłacane” i ręcznie robione. A może ktoś sprytny po prostu kupił je za symbolicznego dolara i sprzedaje naiwniaczkom lub ich partnerom?

Zakładając, że tak nie jest i Wishbone naprawdę w pocie czoła tworzył te naszyjniki, mamy tu koncertowy przykład złego rozszerzania biznesu, gdy w miarę cenioną i popularną markę związaną z biżuterią ktoś postanowił wzbogacać koralikami z AliExpress. Co więcej, zaczął przypisywać im zdecydowanie bardziej „premium” właściwości, niż w istocie posiadają.

Co gorsza, kiedy internautki trafiły na trop, sklep zamiast posypać głowę popiołem, zdecydował się przyjąć taktykę kasowania materiałów ze strony, kasowania komentarzy, nieodpowiadania na e-maile i chowania głowy w piasek.

Obsługa wdała się w interakcję z jednym ze swoich klientów. Użytkowniczka soie.pl zwróciła się z prośbą o wyjaśnienie sytuacji, a obsługa sklepu poinformowała, że jeśli nie jest zadowolona z paciorków, to zawsze może odstąpić od zawartej umowy w terminie 14 dni.

Otóż nie tylko 14 dni

Jeżeli przedmioty zakupione w Wishbone nie posiadają cech, które obiecywał sprzedawca, mogą być przedmiotem reklamacji w trybie rękojmi w terminie 2, a w praktyce nawet 3 lat od zakupu.

Warto przy tym rozgraniczyć kilka kwestii. Sprzedawanie tandety z AliExpress, nawet z dużą przebitką cenową, nie jest nielegalne. Na tym z grubsza polega handel. Można się oczywiście spierać co do tego czy tak renomowana marka jak Wishbone sama sobie nie szkodzi takimi ruchami, natomiast w tym aspekcie sklep nie złamał prawa. Co nie znaczy, że internautki nie mają prawa do wyrażania niezadowolenia i odpowiedzialności wizerunkowej sklepu. Innym problemem jest natomiast obecne gdzieniegdzie informacje o całkowicie ręcznym charakterze wykonanych produktów, co – jak wiemy – nie jest do końca prawdą. Niektóre sprzedawane na Wishbone rzeczy nie były określane jako „handmade” u dostawcy.

Biorąc jednak pod uwagę to, że sklep przez lata budował – także opisami na stronie – renomę sprzedającego ręcznie wykonaną biżuterię, a przy paciorkach brakowało niekiedy właściwej informacji, konsumenci mogą czuć się wprowadzeni w błąd.

Czy cała sytuacja z Wishbone powinna być przedmiotem interwencji UOKiK-u? Teoretycznie tak, natomiast jeśli chodzi o praktyczną stronę tej sytuacji, niewykluczone, że chińszczyzna stanowiła tylko niewielki wycinek oferty Wishbone i to od stosunkowo niedawna. Nie jest też wykluczone, że sklep sam padł ofiarą jakiegoś pośrednika, choć oczywiście jako profesjonalny podmiot ma obowiązek odpowiadać za to czym handluje – tak prawnie, jak i wizerunkowo. Fakt zacierania śladów i chowania głowy w piasek w obliczu takiego kryzysu wiarygodności, też niestety nie stawia sklepu w dobrym świetle.

Obserwuj Bezprawnika na Instagramie

712 odpowiedzi na “Popularny sklep z biżuterią Wishbone sprzedawał koraliki AliExpress z nawet czterdziestokrotną przebitką”

  1. Ależ…:) Chińczycy na 100% wykonują ręcznie te bransoletki, naszyjniki czy co tam jeszcze z koralików można, bo tak się to robi. Tak samo ręcznie i w Chinach składa się ajfony (celowy zapis fonetyczny). Albo w Indiach szyje się ciuchy. Tu i tam fabryki robią komponenty, tania siła robocza łączy to w cały produkt, a firmy z Zachodu, w tym z Polski, doklejają metkę, dają markę i sprzedają w detalu z dużą albo bardzo dużą marżą.

    O gustach ponoć się nie dyskutuje. Skoro wam się podobało i kupowaliście, to było warte swojej ceny. No bo przecież nie jest prawdopodobne, że snobowaliście się tylko na markę, a bez marki to wszystkie te błyskotki są fuj… XD

  2. Chcacemu nie dzieje się krzywda. Chcesz wisiorek za 500zł? Masz wisiorek za 500zł. To, że ten sam wisiorek można mieć za 10zł A Ty go nie masz bo nie chciało się pogrzebac- Twój problem wynikający z Twojego wyboru. Proponuję kolejny artykuł o lekach których produkcja jednej dawki niejednokrotnie nie przekracza w przeliczeniu na złotówki 5zl , natomiast są sprzedawane za tysiace- chociażby leki stosowane w terapiach nowotworów :) tu problemu zawyżania cen nie ma ….. :)

    • Proponuje przeczytać artykuł, a następnie swoją wypowiedź.. Jeśli firma gwarantuje polski handmade to jest to zwykle oszustwo, kiedy dostaje się w zamian chińszczyznę z aliexpress.

    • TO, że zarobili 10x więcej niż ich kosztował zakup to akurat dobrze – kupią np mieszkanie od autora bloga – to po babci.
      Jeśli pisali, że robione w Polsce, to kłamali a za to powinna być kara. Wg mnie każą im zwrócić 30 zł (czy ile ten ścierający łańcuszek tu kosztował).
      Bo w życiu nie wierzę, że ktoś jest głupi i kupił to za 300 zł lub więcej. Nie, takich przygłupów nie ma.

    • Tylko żeby wprowadzić lek do sprzedaży trzeba najpierw wydać ogromne pieniądze i poświęcić mnóstwo czasu…

    • Dwie różne sprawy – jeżeli ktoś chce zapłacić 500 zł za coś, co można kupić za 10 zł – to jego sprawa.

      Ale jeżeli sklep sprzedaje chińską masówkę jako polski handmade – to jest zwyczajne oszustwo, nawet gdyby sprzedawał taniej, niż kupił.

  3. Oszukiwanie ludzi jest zwyczajnie podłe. Jeżeli ktoś ma ochotę zobaczyć faktycznie ręcznie robioną, w dodatku projektowaną biżuterię, to zapraszam na mój Instagram @objet_jewels Na przestrzeni kilku lat nie raz przekonałam się, jak negatywnie może być postrzegany rzemieślnik. Osobiście, na wyjazdach handlowych, ale też w czasie niejednej luźnej rozmowy przy piwie, gdy ktoś opowiadał jak to się na jakiejś bransoletce czy naszyjniku przejechał. Ileż złego wyrządzają wielkie koncerny, sprzedając drogo i często zwykły szrot. Zniechęcają tym klientów do kupowania wartościowego rękodzieła, które musi walczyć z chińską tandetą. Bardzo nad tym ubolewam. Z drugiej strony, jako mały twórca, staram się spokojnie edukować i tłumaczyć, czym jest biżuteria koralikowa (bo taką się właśnie zajmuję) oraz malowana miniaturą – tutaj trzeba jeszcze konkurować z wydrukowanymi wklejkami, które są nazywane przez sprzedających „miniaturą”. Jak się to ma do faktu, że zanim zaczęłam coś mojego miniaturowego sprzedawać, to spędziłam przeszło 1500 godzin ćwicząc swój kunszt. Jestem samoukiem. Po tych wszystkich godzinach wysłałam prace na wystawę do Londynu (gdzie wpisowe i wysyłki kosztowały blisko 1200 zł + 2 miesiące intensywnej pracy + pomoc kolegi, który sprawę ogarnął na miejscu). Byłam na wystawie, moje prace też. Po cichu, przy Trafalgar Square. Nie ma to jak wydrukować, wkleić do bazy, nakleić szkiełko i nazwać rzecz miniaturą… I sprzedać drogo.

  4. Dobra, jakieś tam dziewuszki od wisiorków dojechane. A weźcie się też teraz za duże firmy, które rżną na potęgę, i to co ciekawe w odwrotny sposób. Dla przykładu taki ciekawy case jak „niemiecka chemia” produkowana w Polsce w jakich zapchlonych fabrykach w świętokrzyskiem albo na Podlasiu.

    Weźcie sobie takie pierwsze z brzegu marki jak Der Waschkonig, Dr Decker, itp. Teraz temat rozwinął się o udawanie chemii angielskiej, włoskiej. I handelek kwitnie! Proceder trwa już lata, jeśli nie dekady i cały czas jest usprawniany. Najpierw to było ordynarne udawanie niemieckości poprzez nazwę i opakowania z niemieckimi nadrukami (nawet z błędami – komedia). Potem januszki się cwaniły – uruchamiasz domenę .de, spółkę-słupa w jakiejś niemieckiej dziurze, w wirtualnym biurze, żeby móc zarejestrować ich EAN, potem nawet wprowadzasz do paru przygranicznych sklepików ten swój badziew, który inaczej się nie sprzeda, na podkładkę, że gdzieś w Niemczech to sprzedają (oczywiście pospolity Niemiec nigdy o tym syfie nie słyszał), uruchamiasz spółkę w PL, która udaje niezależnego importera, itd.

    I w ten sposób sprzedajesz towar, który nigdy nie był poza granicami Polski jako niemiecką chemię.

    Smutne, że z takimi oszustami zaczynają współpracę nawet poważne sieci jak Lidl, który wprowadził Septon producenta, który wsławia się takim procederem.

    Mam czasami wrażenie, że połowa polskiego handlu to takie cwaniaki. Z drugiej strony zastanawiam się, jak oni patrzą sobie w twarz w lustrze i ich nie mdli?

    Jak w ogóle traktować ich produkty, deklaracje składów, bezpieczeństwa itd.? Oni robią produkty dla alergików, niemowląt… Skoro ich cały biznes opiera się w fundamentach na – delikatnie mówiąc – naciąganiu prawdy, to skąd wiadomo, co naprawdę wlewają i wsypują do swoich pudełek?

    • od siebie dodam jeszcze ze wiem na 100% ze siec kaufland sprzedaje podrobione plyny do plukania cocolino

  5. Ale dziewuchy i facety – zamiast się żalić po bezskutecznych próbach wyjaśnienia sytuacji (na zasadzie drugiej szansy to olać sklep i szerzyć info że sklep sprzedaje część swoich materiałów jako nie swoje – gdy zaś sklep sie odezwie i zacznie straszyc to postraszyc ich pismem do rzecznika i kontrola – jesli i wtedy nie zmieknie im rurka postraszyc sądem i tyle …

  6. Ech jessiki, wishbony, odpromienniki, zięby i wiele wiele innych przykładów pokazuje, że mie warto być uczciwym, a prawdziwą kasę można zarobić na kłamstwach lub płaskoziemcach.

  7. Dla mnie to dowód, że cały ten mit „lepsze bo ręcznie robione” to ściema. A co za różnica? Beton mieszany i zagęszczany ręcznie też niby będzie lepszy?

    • w „ręcznie robione” nie chodzi o to, że coś jest lepsze – po prostu chodzi o to, aby doceniać fakt, że ktoś zrobił coś odręcznie, a nie za pomocą maszyny czy innych technologii

      • Powinno się właśnie doceniać fakt, że ktoś chwilę pomyślał żeby zaprojektować i stworzyć dobrej jakości linię produkcyjną, a nie robi po wiejsku ręcznie jak 5 tys lat temu. Mamy się cofać do gospodarki naturalnej?

  8. Po pierwsze jak ktoś myśli, że majfriendy z Ali robią tanie łańcuszki dla bohołosi w EU Wsch. to się myli – to albo odpady z fabryki albo idzie towar na boku ew. Ali czy inne Bang to kolejny kanał sprzedaży dla masówki. Tej samej, która idzie jako super hiper ręcznie postarzana robota do właśnie takich łonabikokoszanel z Polski.
    Jakby Polak kupował dużo i umiał zablokować sprzedaż na boku (akurat wzory użytkowe w China chroni się prościej, ale to pinionc, a Karyny, Kamile i FIlipy biznesu nie potrafią liczyć globalnie tylko widzą banknoty w portfelu) to ma prościej.

    Po drugie – przestańcie płakać kolego red. tech. pud.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *