1. Bezprawnik -
  2. Państwo -
  3. Ksiądz powiedział mieszkańcom, że "dzik nie ma duszy". Po czterech godzinach było po wszystkim

Ksiądz powiedział mieszkańcom, że "dzik nie ma duszy". Po czterech godzinach było po wszystkim

Miała być zmiana podejścia do dzików, konsultacja z ekspertami i wypracowanie nieśmiercionośnych rozwiązań problemu tych zwierząt. Tymczasem kolejny osobnik został zabity pomimo protestów zebranych mieszkańców. Czy oni tam w tych władzach Warszawy wyciągają w ogóle jakieś wnioski?

Minęły dwa tygodnie od ogólnopolskiej awantury o dziki

Na początku kwietnia w Warszawie zabito na placu zabaw kilkanaście dzików. Ktoś zamknął furtkę ogrodzonego terenu i zawiadomił Straż Leśnią. Wszystko to na oczach mieszkańców, w tym dzieci. W mniej-więcej tym samym czasie zabito lochę z młodymi, która buszowała w rabatce z tulipanami.

Interwencje warszawskich służb skończyły się ogólnokrajową aferą i dyskusją nad tym, co należy robić z dzikami w mieście, które coraz śmielej kolonizują polskie miasta. Przy okazji powróciły sugestie, że cała polityka zwalczania ASF oparta na "zabijmy wszystkie dziki i jakoś to będzie" nie jest tak naprawdę wiele warta.

Władze Warszawy nie tyle posypały głowę popiołem, ile spróbowały zmienić narrację. Zapewnienia polityków, że "Redukcja populacji pozostaje dziś jedynym realnym narzędziem, stosowanym również w innych miastach w Polsce" okazały się niewystarczające, by zdusić protesty mieszkańców.

Dlatego zapowiedziano powołanie zespołu eksperckiego, który ma znaleźć jakieś bardziej akceptowalne społecznie rozwiązanie problemu dzików. Czytaj: takie, w którym nie trzeba ich od razu zabijać.

Mało wam było zabijania dzików na placu zabaw? Niedawno uśmiercono kolejnego w prawie identycznych okolicznościach

Minęły nieco ponad dwa tygodnie, a historia postanowiła powtórzyć się niczym farsa. Tym razem jeden dzik, który kręcił się od kilku dni po okolicy. Wszedł na plac zabaw, gdzie znowu został zamknięty. Zrobiły to zakonnice Domu Zakonnego Sióstr Michalitek. Policję i Straż Leśną wezwał zaś ksiądz.

Na miejscu zebrali się mieszkańcy, którzy chcieli powstrzymać nieuchronny koniec zwierzęcia, które w tym czasie smacznie sobie spało w piaskownicy. W odpowiedzi policja ściągnęła tylko funkcjonariuszy, że aż przypomniały się obrazki z pilnowania domu Jarosława Kaczyńskiego przed protestami. Naliczono ich ponad dwudziestu.

Ostatecznie dzika zabito po czterech godzinach sporu ze zgromadzonymi na miejscu mieszkańcami i prozwierzęcymi aktywistami. Oliwy do ognia dodał ksiądz, który miał stwierdzić w trakcie wymiany zdań, że "dzik nie ma duszy". Ktoś złośliwy mógłby w tym momencie przypomnieć duchownym, jak długo Kościół trzymał się poglądów Arystotelesa na moment nabywania przez człowieka duszy rozumnej.

Dogmat walki z ASF nie wytrzymuje konfrontacji z faktami

Nie jest żadną tajemnicą, że od lat jestem przeciwnikiem eksterminacji dzików w Polsce. W dogmat "konieczności walki z ASF" w ten sposób nie wierzę wcale. Nawet gdybym uznawał jej sens na terenach wiejskich, to jestem bardzo ciekawy, gdzie na Bemowie znajdują się jakieś zagrożone chlewnie.

Tym razem jednak nie chcę się czepiać samego faktu zabicia zwierzęcia. Nie będę się więc rozwodzić nad tym, czy mieszkańcy rzeczywiście nadali mu imię "Henio", czy może mieliśmy do czynienia z kolejną ciężarną lochą.

O wiele większe problemy są dwa. Na uwagę zasługuje przede wszystkim sposób zarządzania problemem dzików przez władze Warszawy w kryzysowym momencie. Nie sposób przy tym pominąć sposobu przeprowadzenia interwencji, który woła o pomstę do nieba.

Skuteczność odstrzału dzików w walce z ASF jest mizerna

Tymczasem wciąż trzymamy się polityki masowego odstrzału, choć dane jednoznacznie pokazują, że skuteczność odstrzału dzików w walce z ASF jest żałośnie niska. Na tysiące zabijanych zwierząt chorych jest zaledwie garstka. Wirus rozprzestrzenia się dalej, a hodowle trzody chlewnej padają jak domki z kart. Eksperci od dawna wskazują, że kluczowa jest bioasekuracja i systematyczne odnajdywanie padliny — nie strzelanie do wszystkiego, co się rusza w lesie czy na osiedlu.

Koncepcja zespołu ekspertów ds. dzików straciła całą wiarygodność

Kierowany przez Rafała Trzaskowskiego warszawski ratusz po prostu musi wiedzieć, że mieszkańcy zaczęli kwestionować politykę likwidowania miejskich dzików. Inaczej nie wpadłby na pomysł powoływania wspomnianego zespołu ekspertów.

Wiarygodność władz Warszawy w tej sprawie posypała się jednak niczym domek z kart. Wszystko dlatego, że codzienna praktyka radzenia sobie z dzikami nie uległa najmniejszej zmianie. Wystarczy, że ktoś zamknie dzika na placu zabaw i zadzwoni na odpowiednie służby. Zaraz robi się aż granatowo od policjantów, a samo zwierzę kończy martwe.

Nie zwykłem ufać intencjom polityków. Spodziewam się więc, że z tym zespołem chodziło raczej o wyciszenie emocji, zajęcie czymś protestujących i wzięcie ich na przeczekanie. Mogłoby się to nawet udać, gdyby kolejna bulwersująca opinię publiczną "egzekucja" dzików nie powtórzyła się dosłownie chwilę potem.

Nikomu nie przyszło do głowy, by po prostu otworzyć furtkę i sobie pójść?

Sama interwencja w sprawie tego konkretnego zwierzęcia, jak już wspomniałem, nie należała do najlepiej zorganizowanych. Powtarza się motyw zamknięcia dzika w pułapce ogrodzenia dookoła placu zabaw.

Owszem, gdyby w środku były dzieci, to mielibyśmy poważny problem wymagający radykalnego rozwiązania. Wówczas zabicie zwierzęcia w celu ochrony ludzi przed zagrożeniem byłoby uzasadnione. Tyle tylko, że dzika można by po prostu wypuścić z pustego placu zabaw poprzez otworzenie furtki.

Nie ma się co dziwić mieszkańcom, że nie rozumieją konieczności zabicia dzika w takich okolicznościach. Zwierzę nie jest jeszcze agresywne. W tym przypadku po prostu sobie spało. Dopiero interwencja domorosłych łowczych wywołała okoliczności, które mogłyby w przyszłości spowodować zagrożenie.

Dodajmy do tego zebrany tłum, który na wszystkie legalne sposoby stara się powtrzymać uśmiercenie zwierzęcia, a także zapewne postronni gapie. Narażanie już i tak wrogo nastawionych mieszkańców na widok zabijania to kiepski pomysł wręcz z definicji.

Mandat za drażnienie zwierzęcia byłby tu adekwatną reakcją

Rozsądek podpowiada raczej właśnie otwarcie tej nieszczęsnej furtki i pogrożenie księdzu oraz zakonnicom mandatem za drażnienie lub płoszenie zwierzęcia w taki sposób, że może stać się agresywne. Warto przy tym pamiętać, że kara za znęcanie się nad zwierzętami w polskim prawie nie jest fikcją — odpowiednie przepisy pozwalają reagować na zachowania, które prowokują dzikie zwierzęta i narażają je oraz ludzi na niebezpieczeństwo. Ostatnie, czego w tej delikatnej sytuacji potrzebujemy, to bawiący się w szeryfów miejscy łowcy dzików.

Specustawa o odstrzale sanitarnym ułatwia zabijanie i karze za jego utrudnianie

Problem z miejskimi dzikami nie kończy się na poziomie warszawskiego ratusza. To pokłosie systemu, w którym odstrzał sanitarny dzików został wpisany w specustawę dającą myśliwym daleko idące uprawnienia. Co więcej, samo utrudnianie takiego odstrzału jest zagrożone karą grzywny, ograniczenia wolności, a nawet pozbawienia wolności do lat trzech. Mieszkańcy próbujący ratować dzika na placu zabaw znajdują się więc w sytuacji, w której prawo stoi po stronie ludzi z bronią, nie zwierzęcia ani protestujących.

Presję w sprawie polskich dzików trzeba by wywrzeć na premierze. Rafał Trzaskowski niewiele tutaj może

Jeżeli pierwsza awantura nie zmieniła postępowania władz Warszawy, to trudno się spodziewać, że tym razem nastąpi jakaś głębsza refleksja. Być może jednak zmasowana krytyka pod adresem Rafała Trzaskowskiego wymusi jakąś korektę kursu albo przynajmniej odcięcie się od działań służb niezależnych od Warszawy.

Patrząc na problem z punktu widzenia aktywistów troszczących się o los dzików, dochodzę do wniosku, że o wiele ważniejsze jest podważenie narracji o konieczności składania ich w ofierze w imię ASF.

Dopiero wtedy otworzy się droga do wywożenia żyjących w miastach zwierząt hen daleko do ich naturalnego środowiska. Nie trzeba będzie wówczas tłumaczyć służbom, że już teraz ich transport jest dozwolony, jeśli dokonuje go lekarz weterynarii z zachowaniem odpowiednich wymogów sanitarnych.

Jest też inny wymiar tej sprawy — zmiana mentalności. Coraz częściej mówi się wręcz o delegalizacji polowań jako rozrywki, a społeczne przyzwolenie na zabijanie zwierząt dla samego zabijania kurczy się z roku na rok. Miejskie egzekucje dzików tylko ten proces przyspieszają.

Najważniejsze jednak jest to, by zakończyć politykę eksterminacji polskich dzików. Decyzji w tej sprawie nie może podjąć Rafał Trzaskowski. Pretensje należy kierować do szefa rządu i przywódcy większości parlamentarnej, a więc premiera Donalda Tuska.

Obserwuj nas w Google Discover
Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover
Dołącz do dyskusji
Najnowsze
Warte Uwagi